poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 13

   Kusząca propozycja. Musiałam jednak to przemyśleć. Postanowiłam, że zdecyduję w ciągu tygodnia. To wszystko było takie skomplikowane… Dostarczono mi tak wiele informacji w jeden dzień, że musiałam odpocząć i pomyśleć. Niekiedy miałam jeszcze napady bólu głowy, a przede wszystkim męczył mnie słuch. Z czasem to zniknie. Ponadto, kiedy czułam jakiś intensywny zapach, od razu chaotycznie kichałam. To też ma minąć.
   Dziś wieczorem Sonii nie było w domu. Poszła na jakąś dużą imprezę. Odradzaliśmy jej to, biorąc pod uwagę, że nie będzie czuła się dobrze w pomieszczeniu, w którym będzie dużo śmierdzących potem ludzi. Jej nos będzie wariował ze względu na natłok zapachów, poza tym będzie czuła je dwa razy silniej. Węch jak węch, ale słuch? To dopiero będzie ostra jazda. Nie dała sobie jednak przemówić do rozsądku, a my nie mogliśmy jej zatrzymać siłą.
   Na kolację Lou zamówił chińskie jedzenie. Moje kubki smakowe były w niebo wzięte. Kocham takie jedzenie. Zjedliśmy je w salonie, przed telewizorem, oglądając jakiś film akcji. Nie ukrywam, że takie filmy bardziej mnie interesują niż romanse, ale nimi też nie pogardzę. Rozsiedliśmy się na kanapie, a ja od czasu do czasu zerkałam w stronę Lou. W zasadzie nie był taki zły. Troszczył się o nas, był miły i wbrew pozorom odkryłam, że on wcale nie chciał odebrać mi Sonii. Chciał się zaprzyjaźnić z nami dwiema, tylko ja nie chciałam. Zrobiło mi się strasznie przykro i głupio, że osądziłam go z góry. Przykro mi, ale ja nie mam zaufania do płci przeciwnej. Znów spojrzałam na niego. Na głowie miał artystyczny nieład, a wzrok miał zaspany. Wyglądał jakby dopiero co wstał z łóżka. Chyba zauważył, że mu się przyglądałam, ponieważ spojrzał mnie i uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech. I wtedy zarumieniłam się. Odwróciłam wzrok. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. W końcu chwyciłam puste opakowanie po jedzeniu i wyszłam z pokoju. Odstawiłam je na blacie i ochlapałam twarz zimną wodą.
   Ogarnij się. To nie jest chłopak dla ciebie.
   Nie wiem, dlaczego o tym pomyślałam…
   Jezu… Ja wariuję. Dlaczego Sonia zostawiła nas samych?
   Wytarłam twarz ręcznikiem i postanowiłam, że pójdę już spać. Gdy przechodziłam przez salon, rzuciłam na pożegnanie „dobranoc”.

  Znalazłam się w ciemnej uliczce. Rozejrzałam się dookoła i oblał mnie strach. Pamiętam ją. To właśnie tego wieczoru przechodziłam przez ten zaułek, gdy…
   Trzask.
   Spojrzałam za siebie, szukając napastnika.
   Nic.
   Dokładnie tak, jak wtedy.
   Ruszyłam biegiem w stronę domu. Domu, który wtedy był jeszcze dla mnie schronieniem. Dlaczego znów się tu znalazłam? Nie chcę przechodzić tego jeszcze raz. Zatrzymałam się na rozwidleniu dróg. Pójdę w drugą stronę. Może mnie nie złapie.
   Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i teraz biegłam w tą stronę, w którą nigdy więcej nie skręciłabym. Opadałam z sił. Odwróciłam się na moment. Nie było go. Zatrzymałam się, jednak moje przerażenie nie opadło. Dobrze pamiętam, co sobie wtedy myślałam. Że go zgubiłam i że mogę pozwolić sobie na kilka sekund odpoczynku. To był wielki błąd. Chciałam zmusić się do biegu, ale nie potrafiłam. Druga ja nie chciała mnie słuchać.
   Nagle ktoś mnie pociągnął. Upadłam prosto w krzaki. Wierzgałam się ze wszystkich sił, lecz był zbyt silny.
   Uderz go łokciem! – krzyczałam w myślach, lecz ciało nie chciało mnie słuchać.
   Krzyczałam tak długo, aż zdarłam sobie gardło, gdy poczułam, jak wkłada mi rękę pod bluzkę.
   Tym razem na to nie pozwolę!
   Wyrywałam się z całych sił.
   - Bryn! – usłyszałam przytłumiony głos.
   - Zostaw mnie! – krzyczałam do gwałciciela.
   W końcu udało mi się zmusić rękę, aby zwinęła się w pięść. Jednym, silnym ruchem, uderzyłam z całej siły w jego szczękę.


   Siedziałam na swoim łóżku, cała mokra od potu. Serce waliło mi jak oszalałe, oddech był płytki i przyśpieszony. Nagle coś poruszyło się na ziemi. Leżał tam skulony Louis, trzymając się za szczękę.
   Podkuliłam kolana i schowałam w nich głowę. Kolejne łzy przedzierały się przez moje powieki.
   Dlaczego to mnie prześladuje? Dlaczego nie mogę po prostu zapomnieć? Tak po prostu. Nic nie pamiętać.
   Poczułam jak trzęsą mi się ramiona. Opadłam z powrotem na łóżko i wcisnęłam twarz w poduszkę. Błagałam w myślach, aby Lou odszedł bez słowa, ponieważ nie lubiłam, gdy ktoś widział, jak płaczę. Ale on został. Usiadł na łóżku i położył mi rękę na plecach. Miałam uczucie, że mnie rozumie, lecz to przecież nie możliwe. Nikt mnie nie rozumie i nie zrozumie. Chyba, że przeżyje to samo co ja.
   Położył się i przez jakieś pół godziny głaskał mnie po plecach. W końcu odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam mu w oczy. O nic nie pytał, co mnie wielce ucieszyło. Patrzył na mnie tylko przez chwilę zmartwionymi oczami, po czym odgarnął mi kosmyk z twarzy.
   Widziałam takie sceny w filmach. Czy to oznaczało, że on… mnie lubił? Obserwowałam go próbując odgadnąć wyraz jego twarzy.
   - Dasz radę – powiedział. – Nie płacz. – Otarł mi łzę z policzka.
   Ja też chyba go lubię. Ta myśl uderzyła mnie jak bicz. Spuściłam wzrok. Nie, to nie możliwe… Ja nigdy… a może jednak?
   Nie.
   Zebrałam wszystkie te niepokojące myśli i usunęłam z głowy. Postanowiłam zająć się czymś innym.
   - Co wiesz o organizacji M.A.R.Z.N.?
   Poruszył ręką, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że znajduje się na mojej talii.
   - Skąd o niej wiesz?
   - A co?
   - Nic… po prostu ja Ci o niej nie mówiłem.
   - Ja… spotkałam się z dyrektorem. Zaprosił mnie na spotkanie.
   - Zaproponował Ci naukę?
   Kiwnęłam głową.
   - I co o tym myślisz?
   - Nie wiem. Nigdy się tam nie uczyłem. Dowiedziałem się wszystkiego od mamy. Ale słyszałem, że jest warta zaufania. Możesz się tam wiele nauczyć, tym bardziej, że twoja moc jest nietypowa… - spojrzał mi w oczy. – Chcesz tego?
   Westchnęłam.
   - Sama nie wiem… Ciebie też zapisywali do systemu?
   - Tak. Teraz jeszcze Sonia.
   Znów westchnęłam.
   - Wszystko się skomplikowało, po tym jak… - zamknęłam oczy przypominając sobie ciepło krwi na rękach i dźwięk Ericka, gdy dusił się własną krwią.
   - Nie martw się, wszystko będzie dobrze – przyciągnął mnie bliżej siebie, a ja wtuliłam się w jego tors.
   - Nienawidzę, jak ludzie tak mówią.
   Był tak blisko mnie.
   Spojrzałam mu w oczy i zrobiłam coś, czego będę żałować do końca życia. Przytknęłam swoje usta do jego. Gdy je oderwałam, wiedziałam już wszystko. Jego twarz wyrażała tylko jedno: zaskoczenie. Wypuścił z płuc powietrze, które przetrzymywał.
   - Bryn… - zaczął, ale nie dałam mu skończyć.
   - Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, że czujesz to samo, to lepiej nic nie mów.
   Znów schowałam głowę w poduszce. Nie usłyszałam ani słowa.


   - Podjęłam już decyzję.
   - Ale ja nie chcę, aby to co wydarzyło się w nocy wpłynęło na nią – Lou patrzał mi w oczy.
   Już wpłynęło.
   Po tym co wczoraj zrobiłam, nie potrafię spojrzeć mu w oczy. Wstyd zżera mnie co cna. Co ja sobie w ogóle myślałam, całując go? Dlaczego pomyślałam, że on też coś do mnie czuje? Może dlatego, że był taki miły… sama nie wiem.
   Najgorszy z tego wszystkiego był ból. Odrzucenie cholernie boli. Zastanawiasz się wtedy co z tobą nie tak, dlaczego on cię nie chce, czy jesteś aż taka nieznośna…
   Westchnęłam.
   - Dzwoniłam już do pana Arthura. Jutro kogoś po mnie przyśle.
   Na tym zakończyłam rozmowę i wyszłam na dwór.
   Zmierzchało się. Cały dzień Louis i  Sonia próbowali mnie namówić abym została. Wmawiałam im, że chcę się uczyć o moich zdolnościach, ale czy to prawda? Tak naprawdę chciałam uciec od Louisa. Za każdym razem, gdy był w pobliżu, chciałam płakać. Tak bardzo bym chciała, żeby podszedł do mnie, przytulił, pocałował i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Ale nie będzie. Ja już zawsze będę czuła się niezręcznie w jego towarzystwie.
   Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na klasycystyczny budynek. Jestem tu zaledwie parę dni, a już przywykłam do luksusu. Już myślałam o tym miejscu, jak o domu rodzinnym.  Tak w zasadzie to mieszkała tu moja rodzina. Wliczając w to pana Aurelia, jego żonę i Brice’a. No właśnie, Brice… Nie zdążę się z nim zobaczyć. Pewnie wyrósł na wysokiego i odważnego przystojniaka, o niebieskich jak woda oczach.
   Ruszyłam w stronę lasu i kątem oka dostrzegłam basen. Nawet nie zdążyłam się w nim wykąpać.
   Pogrążona w swoich rozmyślaniach, nawet się nie obejrzałam, a znalazłam się daleko od domu.
   Dlaczego z twardej kobiety, która nienawidziła mężczyzn, stałam się słabą dziewczyną, która całuje pierwszego lepszego chłopaka? Co on miał takiego w sobie? Chyba urok osobisty… Piękne, morskie oczy, miękkie ciemne włosy, wspaniały uśmiech i och… czemu o tym myślę? Hmm… kiedy się do mnie uśmiechał, nogi mi miękły.
   Nagle coś strzeliło, a ja usłyszałam ogłuszający świst strzały, która lekko zraniła moje ucho.
   Obejrzałam się za siebie.
   Moje serce gwałtownie przyspieszyło, gdy zobaczyłam znajomą mi twarz. Był ubrany na czarno, w ręce trzymał łuk, a na plecach miał strzały.
   - Mogłaś się nie ruszać. I byłoby po krzyku – na jego ustach pojawił się drwiący uśmieszek. – Od razu się domyśliłem, że to ty go zabiłaś. I powiem Ci, że wytropienie was wcale nie było takie łatwe.
   Oblał mnie strach. O mnie zabije, a ja nawet nie wiem, jak się bronić. Louis mnie jeszcze nie nauczył…
   - A gdzie twój brat? – mimo oszalałego serca zdołałam wykrztusić parę słów. – Siedzi w krzakach za moimi plecami, żeby zaatakować znienacka? – zdołałam opanować drżenie głosu.
   - Nicolas? – spojrzał na lśniący grot jednej ze strzał. – Nie. Został w domu, z ojcem. W końcu wytropili alfę – spojrzał mi prosto w oczy. – Mi zostały szczeniaki.
   - Kogo nazywasz szczeniakiem, śmieciu?
   Zacisnęłam pięści i poczułam jak długie pazury wbijają mi się w dłonie. Dotarł do mnie metaliczny zapach krwi.
   Nate uśmiechnął się.
   - Masz niebieskie oczy. A wiesz dlaczego? Bo zabiłaś niewinną osobę. Wtedy wasze oczy zmieniają kolor ze złotego na zimny niebieski.
   W oczach zebrały mi się łzy.
   - Eric nie był niewinny! Zaatakował mnie! – wargi zaczęły mi drżeć. – Broniłam się. Poza tym Lou zabił na moich oczach innego Łowcę, a jego oczy wciąż są złote…
   - Ten Łowca z pewnością miał już kilka wilków na sumieniu – westchnął i spojrzał na zegarek. – Zakończmy to już wreszcie.
   Wziął strzałę i wycelował łukiem we mnie. Napiął cięciwę.
   Wiedziałam, że uciekanie nic nie da. I tak byłam na straconej pozycji. Nie zdążyłabym nawet się odwrócić. Wystarczy, że puści strzałę.
   Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Ginąc teraz, stracę bardzo wiele. Nigdy nie dotrę do nowej szkoły, nigdy nie nauczę się jak panować nad moją mocą. Już nigdy nie poczuję zapachu z kilometra, nigdy nie poczuję blasku księżyca w pełni na mojej sierści, nie zakocham się drugi raz, nie nauczę się pływać. Nie spędzę czasu z Sonią…
   Pamiętam jakby to było dziś… Miałyśmy może… osiem lat? A może dziewięć? Sama nie wiem. Pamiętam, że wtedy zbliżyłyśmy się do siebie. To był tak zasadzie początek naszej przyjaźni. Bawiłyśmy się lalkami. W pewnej chwili Sonia powiedziała:
   - Bryn… Będziemy przyjaciółkami? Ale takimi najlepszymi.
   - Tak, przecież już nimi jesteśmy – odparłam.
   - Wiem, ale chcę, żeby nasza przyjaźń trwała do końca świata. Obiecaj mi, że mnie nigdy nie zostawisz.
   - Obiecuję, przyjaciółko.
   - Ja też Ci to obiecuję, przyjaciółko.
   Rzuciłyśmy lalki i przytuliłyśmy się do siebie.
   Poczułam gorąco łez spływających mi po policzkach. Już nigdy się do niej nie przytulę. Usłyszałam świst. Zacisnęłam mocniej zęby.
   Myślałam, że coś poczuję.
   Nic.
   Czy jestem już w niebie? Z pewnością nie, biorąc pod uwagę moje wszystkie grzechy. A może po śmierci nic nie ma? To by wyjaśniło ciszę panującą wokół. Tylko jedno nie pasowało. Czułam palący ból w dłoniach. Zdobyłam się na otwarcie oczu i odskoczyłam jak oparzona, ponieważ zobaczyłam strzałę zawieszoną w powietrzu, która była milimetry od mojego czoła. Upadłam na ziemię. Spojrzałam na Nate’a stojącego w bezruchu. Czy ja… czy ja zatrzymałam czas? Najwidoczniej.
   Wstałam i podeszłam do Łowcy. Pierwsze co zrobiłam, to wyjęłam jego strzały z kołczanu i wszystkie połamałam. Potem stanęłam przed nim i wyciągnęłam mu z rąk łuk. Wiedziałam, co muszę zrobić. Nie mogłam zostawić go przy życiu. Nie, jeśli chcę ocalić innych. Rzuciłam łuk na ziemię i spojrzałam na swoje pazury. Już raz to zrobiłam. Zamknęłam oczy i westchnęłam. I to był ogromny błąd. Nagle usłyszałam świerszcze grające w trawie, tak jakby czas znów leciał dalej. Nie myliłam się. Otworzyłam oczy i ujrzałam zdziwioną minę Nate’a. Szybko zamachnęłam się ręką, aby go uderzyć, ale on zdążył złapać ją w locie. Drugą tak samo. Zaczęłam napierać na niego z ogromną siłą.
   - Nie doceniłem Cię Bryn – wysyczał.
   Popchnęłam go i upadliśmy na ziemię. Siedziałam przez chwilę na nim okrakiem, ale splunął mi w twarz i przewrócił nas na drugą stronę. Na moje wielkie nieszczęście z ziemi wystawał konar i nabiłam się na niego, nieco powyżej prawego pośladka. Krzyknęłam, a Nate się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że ten cholerny korzeń tam wystaje. Wstał, ale ja nie mogłam się ruszyć. Ból całkowicie sparaliżował moje ciało.
   - Jeszcze trochę pocierpisz – odparł i złapał mnie za nogi.
   Pociągnął, a konar przejechał mi przez całe plecy.

sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 12

   Natłok dźwięków przyćmił wszystko inne. Co chwilę zasłaniałam uszy rękoma. Słyszałam wszystko. Od samochodów na autostradzie, przez dźwięk kosiarki, kilometry stąd, po upierdliwe drapanie się starszego pana w głowę. Słyszałam nawet przepływającą krew w swoich żyłach.
   Otworzyłam oczy i przeżyłam kolejny szok. Wszystko było takie jaskrawe, świecące. Bolały mnie oczy i co chwilę musiałam je mrużyć.
   Gdy szłam wąskim holem w stronę schodów co chwilę obraz powiększał mi się, a potem oddalał. Chwilę później kręciło mi się w głowie. Nim się obejrzałam, leżałam na brzuchu u podnóża schodów, cała obolała. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ktoś mnie woła. Nadal nie potrafiłam odróżnić dźwięków znajdujących się blisko, od tych, które są daleko.
   - Bryn, Bryn! Skup się! Skup się na jednym dźwięku!
   - Nie… Nie mogę… - wyjąkałam.
   Poczułam jak odwraca mnie na plecy i kładzie moją głowę na swoje kolana.
   - Słuchaj… Słuchaj jak bije moje serce – usłyszałam. – Skup się tylko na tym, a inne dźwięki odrzuć.
   Zamknęłam oczy. W tym natłoku dźwięków słyszałam wiele serc. Ale jedno przyciągnęło moją uwagę. Było najgłośniejsze i jednostajne. Musiało należeć do Lou.
   Skup się. No już.
   Uspokoiłam przyśpieszony oddech.
   Bum-bum. Bum-bum.
   Wycisz inne dźwięki, usuń je z głowy.
   Bum-bum.
   Otworzyłam oczy, ale wciąż nie mogłam odrzucić innych dźwięków. Zacisnęłam zęby.
   Bum-bum.
   - Skup się – mówił Lou.
   Bum-bum. Bum-bum. Bum-bum.
   Zakryłam oczy.
   - Otwórz je – powiedział – muszą się przyzwyczaić. Staraj się w ogóle ich nie zamykać.
   Spojrzałam mu w oczy. Najpierw jaskrawe, a po chwili coraz ciemniejsze.
   Bum-bum.
   Usiadłam.
   - Po pierwszej przemianie zawsze tak jest – powiedział.
   Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się słabo. Czułam się trochę głupio.
   - A co z Sonią? – spytałam, uświadamiając sobie, że ona też pewnie czuje się tak jak ja przed chwilą.
   - Z nią już wszystko dobrze. Mógłbym powiedzieć, że chyba czuje się lepiej od ciebie. Nie spadła ze schodów – uśmiechnął się, pokazując przy tym białe zęby.
   Wstałam trochę onieśmielona. Ciekawe czy jej też kazał słuchać jak bije jego serce…
  Przez cały dzień czułam się jak podczas okresu, ale zamiast bólu brzucha, bolała mnie głowa. Byłam wyczerpana, jakbym przebiegła maraton na dziesięć kilometrów.
   Po południu Lou wyciągnął nas na lody, abyśmy zaczerpnęły trochę świeżego powietrza. Usiedliśmy w małej kawiarence z dużymi lodami w gałkach. Niezręczna cisza wisiała w powietrzu, a ja zawsze mam głupoty w głowie przy takich sytuacjach i zrobiłam pierwsze co mi przyszło do głowy.
   - Czemu to zrobiłaś? – spytał Louis siedzący naprzeciwko mnie.
   - Bo atmosfera jest spięta. Chciałam ją rozluźnić, poza tym nie jestem nudziarą.
   - Ta… a myślisz, że ja jestem? – tym razem to jego lód wylądował na mojej twarzy.
   Krzyknęłam śmiejąc się i oddałam mu tym samym. Sonia, widząc nas, odsunęła się z krzesłem od stolika i patrzyła na nas jak na głupich. Ja z Lou obsmarowywaliśmy się lodami po twarzach, aż w końcu nic z nich nie zostało.
   Wieczorem wpadliśmy do małego supermarketu, aby kupić kilka potrzebnych rzeczy.
   - Dziś na kolację będzie spaghetti – powiedział Lou.
   Obok mnie przeszedł szczupły mężczyzna w ciemnej bluzie. Wepchnął się na sam początek kolejki, co wywołało burzę wśród kupujących.
   - Przepraszam, ale… - zaczęła ekspedientka, ale przerwał jej mężczyzna.
   - Dawaj forsę – wyciągnął pistolet.
   Cały sklep zamarł. Słychać było tylko ciche pomrukiwanie radia.
   Spojrzałam znacząco na Lou. Wbił we mnie wzrok i prawie niezauważalnie potrząsł przecząco głową.
   Mój wzrok mówił: „Musimy pomóc tym ludziom”, za to jego: „Wiesz, że nie możemy tego zrobić. Wydamy się”
   Przełknęłam ślinę i czekałam.
   Ekspedientka powoli otworzyła kasę , bojąc się pistoletu. Jej ręce drżały, a wzrok uciekał na lufę. Bandyta zaczął na nią krzyczeć i grozić jej. Położył czarną torbę na ławie. Chwilę później młody chłopak, stojący za nim, chwycił za pistolet. Szarpali się przez chwilę.
   Rozległ się strzał.
   Wszyscy gwałtownie wciągnęli powietrze. Chłopak stał twarzą w twarz z facetem w bluzie. Na ziemi pojawiły się krople krwi. Na początku nie wiedziałam do kogo należały. Dopiero po chwili chłopak upadł na ziemię. Ludzie zaczęli krzyczeć, a bandyta zagroził, że będą kolejne ofiary, jeśli ekspedientka się nie pośpieszy.
   Coś mną targnęło. Wpatrywałam się w ciało leżące na ziemi. Chciał pomóc, być bohaterem.
   Ludzie stali w bezruchu, gdy facet wychodził z torbą pełną pieniędzy.
   Podbiegłam do chłopaka. Ledwo co oddychał i wpatrywał się tępo w sufit. Gdy mnie zauważył, spojrzał mi prosto w oczy. Mogliśmy mu pomóc! JA mogłam powstrzymać bandytę!
   - Umrę jak bohater… – ledwo dostrzegalnie się uśmiechnął i zamknął powoli oczy.
   Umarł z mojej winy! Och, gdybym mogła cofnąć czas…
   Nagle przed oczami zaczęły mi wirować różne twarze i barwy. Zacisnęłam mocno oczy, czując łzy pod powiekami. Gdy je otworzyłam, cały czas stałam w kolejce. Najpierw nie wiedziałam co się dzieje. Wciągnęłam ze świstem powietrze.
   - Dziś na kolację będzie spaghetti – powiedział Lou.
   Morderca znów przechodził obok mnie. Tym razem zauważyłam, że w jednej ręce trzymał torbę, a drugą miał schowaną w kieszeni. W kieszeni, w której był pistolet.
   Bez zastanowienia poderwałam się z miejsca i rzuciłam się na mężczyznę.
   - Bryn! – krzyknęła Sonia.
   Ale ja już przyciskałam go do ziemi. Usiadłam mu okrakiem na brzuchu, a on wyciągnął swój pistolet i wycelował go we mnie. Zdążyłam chwycić go za rękę. Muszę przyznać, że był niezwykle silny jak na takiego szczupłego faceta. A może to ja po prostu byłam wyczerpana po pełni? Na szczęście udało mi się wytrącić pistolet z jego ręki. Facet strasznie się wyrywał, więc zawołałam Lou. Ktoś kopnął pistolet, a Louis pomógł mi przytrzymać bandytę. Potem parę facetów rzuciło się nam na pomoc. Wyszukałam w tłumie chłopaka, który „umarł” na moich rękach. Patrzył się na mnie jakby wiedział. Jakby wiedział, że gdybym tego nie zrobiła, to on umarłby.
   Nagle poczułam, jak ktoś mnie ciągnie za rękaw.
   - Choć – powiedziała Sonia i pociągnęła mnie za sobą.
   Wsiedliśmy szybko do auta i wróciliśmy do domu. Nie mogliśmy sobie pozwolić, aby ktoś nas nagrał czy coś w tym stylu.
   Włączyliśmy wszyscy telewizor, a tam już roiło się od reporterów komentujących to zdarzenie. Na szczęście nikt nas tu nie znał, więc mogli tylko opisać wygląd „bohaterki”. Wiedziałam tylko jedno: że już nigdy moja noga nie postanie w tym sklepie.
   - Skąd wiedziałaś? – Lou wyłączył telewizor.
   Powiedzieć mu czy nie?
   - Cofnęłam czas – odparłam. – Ten facet zabił chłopaka i wyszedł z pieniędzmi.
   Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się.
   - Najwyraźniej twoja moc się ujawniła. Ale… tak szybko? Ogółem ujawnia się około pół roku po pierwszej pełni, a to był zaledwie dzień… Chociaż tak w zasadzie to powinnaś szaleć w czasie pełni, tak jak Sonia, ale byłaś spokojna… Pamiętasz wszystko?
   - A to źle? – spytałam automatycznie.
   Popatrzył na mnie przez chwilę, a potem odparł:
   - Sam nie wiem…
   Następnego dnia znalazłam w skrzynce list zaadresowany do mnie. Nie rozumiem, przecież nikt nie wiedział, że tu jesteśmy… Przyjrzałam się kopercie. Z tyłu, dużymi literami napisano moje imię i nazwisko turkusowym tuszem. Za to z przodu, również turkusowa pieczęć, na której odbite były litery: M.A.R.Z.N.
   Otworzyłam list i przeczytałam:

   Bardzo proszę o spotkanie w kawiarni  La Estacion Cafe dzisiaj o godzinie 18:00. Sprawa dotyczy twoich zdolności. Bardzo proszę, aby nasze spotkanie pozostało w tajemnicy.
M.A.R.Z.N.
Arthur Moore

   Ktoś mnie widział? Co to jest M.A.R.Z.N.? Kim jest ten Arthur i dlaczego chce się ze mną spotkać? Tyle pytań zostawało bez odpowiedzi…
   Pół dnia zastanawiałam się czy mam iść. W końcu ciekawość zwyciężyła. Przecież w kawiarni nic mi nie mogą zrobić…

   - Co podać? – zapytał kelner.
   - Kawę, najlepiej bezkofeinową – odparłam, a on zapisał na kartce i odszedł.
   W kawiarence nie było prawie wcale ludzi. Gdzieś w kącie siedziała starsza pani, gdzieś indziej siedziała para. Kelner podał mi kawę, a ja nadal czekałam, wpatrując się w obraz drzewa wiśni przy moim stoliku. Ciekawe jak wygląda Arthur… Spojrzałam na zegar. Osiemnasta pięć. Spóźnia się. Strasznie denerwowałam się na to spotkanie. Nie wiedziałam co mnie czeka. Prawdziwym wilkołakiem jestem od wczoraj, a już się wydałam? Może pobiłam jakiś rekord?
   - Witaj Brynel – usłyszałam.
   Zobaczyłam przystojnego mężczyznę w szarym garniturze. Miał około pięćdziesiąt lat. Miał ciemne włosy, które przeplatały pasma siwizny. Gdy bliżej się przyjrzałam dostrzegłam podobieństwo między nim a Georgem Clooney’em. Usiadł naprzeciwko mnie i uśmiechnął się.
   - Nie byłem pewny czy przyjdziesz.
   Siedzieliśmy chwilę patrząc na siebie, po czym zapytałam:
   - Kim pan jest? I czego pan ode mnie chce?
   - Nazywam się Arthur Moore. I muszę zameldować Cię w S.I.N.
   Zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi?
   - Muszę jednak dowiedzieć się o tobie kilka rzeczy – wyjął tablet z dużej siwej teczki, której wcześniej nie zauważyłam. – Zechciałabyś odpowiedzieć na kilka pytań?
   - Zaraz, zaraz. Co to jest S.I.N.?
   - Nie wiesz? S.I.N. to System Istot Nadprzyrodzonych. Zapisujemy was wszystkich, aby wyeliminować ewentualne zagrożenia. Jeśli dany osobnik nie panuje nad swoją mocą, M.A.R.Z.N. bierze go pod skrzydła i pomaga rozwijać talent. Natomiast jeśli przez kogoś giną ludzie – musi zniknąć. M.A.R.Z.N. to skrót od: Międzynarodowa Agencja Rozwijania Zdolności Nadprzyrodzonych.
   Siedziałam w pełnym osłupieniu patrząc się na Arthura i trawiąc powoli informacje, które przed chwilą dostały się do mojego umysłu. Jedyne co zdołałam z siebie wydukać to:
   - Jak mnie znaleźliście?
   - Nawet nie masz pojęcia, ile was jest. Niektórzy potrafią wyczuć, czy jesteś wyjątkowa.
   - Zrobiłam coś nie tak?
   „Musi zniknąć” – przeraziły mnie te słowa. Tym bardziej, że zabiłam Ericka.
   Przebiegł mnie dreszcz, gdy przypomniałam sobie martwe ciało.
   Arthur przyglądał mi się przez chwilę.
   - Nie, ale muszę cię zameldować.
   Najwyraźniej nic nie wiedział o tym zdarzeniu. A ja już świrowałam…
   - Zadam Ci kilka pytań, dobrze?
   Kiwnęłam potakująco głową.
   - Dobrze, a więc… - spojrzał na tablet. – Jaki jest twój gatunek?
   - Słucham? – to pytanie zbiło mnie z tropu.
   - Jesteś czarownicą, wilkołakiem czy jeszcze czymś innym?
   - W-wilkołakiem – odparłam nieśmiało.
   - Tak myślałem – zapisał coś w tablecie – jest ich najwięcej. Mamy wiele typów wilkołaków. Głównymi z nich są: elementarni, adfectusi i effericorzy. Ci pierwsi zajmują się żywiołami, drudzy uczuciami ludzkimi, a ostatni rzeczami martwymi. Jest oczywiście wiele więcej klasyfikacji, ale inne są bardzo rzadkie. Na czym polega twoja moc?
   - Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że cofam czas.
  Patrzył na mnie przez chwilę. Uśmiechnął się, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy.
   - Nadzwyczajne. Ostatniego tempusa miałem dziesięć lat temu. Typ: tempus – mruknął zapisując to w tablecie. – Urodziłaś się wilkiem, czy zostałaś zmieniona?
   - Zmieniona.
   – Kiedy była twoja pierwsza pełnia?
   - Dwa dni temu.
   Spojrzał na mnie zdziwiony.
   - Jak to? I już twoja moc się ujawniła?
   Kiwnęłam głową.
   - Jesteś pewna? A pamiętasz swoją przemianę?
   - Tak – powiedziałam. – Wszystko. To dobrze czy źle?
   - To… to świetnie! W całej historii wilkołaków było tylko pięć takich przypadków. A panujesz już nad swoją mocą?
   - Nie, dopiero co się ujawniła.
   - Dobrze. A więc, jako dyrektor M.A.R.Z.N. proponuję Ci naukę w naszej tajnej bazie. Nauczysz się wszystkiego co potrzebne w życiu.

czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 11

   - Tak, informacje są już potwierdzone. Na policję zgłosił się świadek, który poinformował nas, że widział jak jakaś młoda kobieta biegnie przez ulicę w okolicy zbrodni. Miała długie ciemne włosy. Powtarzam, sprawcą była młoda kobieta. Miejcie się a baczności! Heather Miller.
   Gdy to usłyszałam, myślałam, że padnę trupem. Ktoś mnie widział? Jak to możliwe? Zanim wyszłam z ogrodu dokładnie obejrzałam ulicę. Nikogo nie było. Zresztą, to już nieważne.
   - Przykro mi – powiedziała Han, gdy wsiadałam do auta.
   Lou prowadził, ja usiadłam z przodu, a Sonia z tyłu. Jej rodzice wiedzą, że wyjechała. Powiedziała im, że chce poznać świat i ma okazję zamieszkać w wielkim mieście. Zgodzili się. Niedługo miała mieć osiemnastkę, więc i tak długo by jej nie trzymali. Czasami chciałabym mieć takich rodziców.
   Han ugryzła Sonię w nadgarstek, opatrzyła go i pomachała nam na pożegnanie.
   Zawsze chciałam wyjechać z tego zadupia do jakiegoś większego miasta. Ale nie w taki sposób. Byłam bez grosza i bez ubrań. Jechałam w nieznane. Będę musiała znaleźć sobie pracę.
   Z drugiej strony czułam się wolna. Mogłam robić co chciałam, wreszcie sama decydowałam o sobie. Nie musiałam słuchać mamy.
   Jechaliśmy na lotnisko w Kingman. A stamtąd samolotem do Miami.
   Gdy byliśmy już blisko miasta, rozłożyłam się na siedzeniu, oparłam o drzwi auta i wysunęłam kolana w drugą stronę. Lou przez przypadek dotknął ich, zmieniając bieg. Spojrzał na mnie kątem oka, a ja podkuliłam kolana i spojrzałam na krajobraz. Robiło się coraz ciemniej.
   Samolotem lecieliśmy czternaście godzin, z czego większość przespaliśmy. Z góry miasta w nocy wyglądały prześlicznie. Gdy dotarliśmy na miejsce, był już późny ranek. Lou zadzwonił po taksówkę, która zawiozła nas na ulicę Banyan Trail, jednej z najbogatszych dzielnic Miami. W zasadzie ulica należała już do Coral Gabes, ale to bez różnicy. Taksówkarz stanął na poboczu.
   Wyciągnęliśmy walizki (to znaczy Sonia i Lou, bo ja nic nie miałam) i zaczęliśmy szukać numeru domu, który Han zapisała nam na małej karteczce. Na pierwszy rzut oka widać było, że ulica jest zadbana. Nigdzie nie dostrzegłam ani jednego papierka czy gumy, a trawniki przy wąskiej ulicy były perfekcyjnie skoszone. Wkoło rosły egzotyczne drzewa, dlatego było widać tylko skrawki ogromnych willi, które stały przy tej ulicy.
   - To niemożliwe – powiedziałam. – W życiu nas nie będzie stać na jeden z tych domów. To przecież Banyan Trail!
   - Ale super! – odparła Sonia.
   - Przesadzasz – stwierdził Lou – mama mówiła, że zejdzie nam z ceny.
   - No to naprawdę musi z niej zejść. Takie domy kosztują fortunę. Nawet, gdy będziemy harować jak woły to nie będzie nas stać.
   - To tu – odparł patrząc w lewo.
   Podążyłam za jego wzrokiem i… otworzyłam oczy ze zdumienia. Kamienna droga prowadziła do żelaznej bramy. Z przodu stała mała skrzynka na listy, na której był numer: 5400. Wokół drogi rosły drzewa, które tworzyły piękny zielony tunel. Ale nie to zwróciło moją uwagę. W głębi posesji stał ogromny biały dom. Jeśli się nie mylę to w stylu klasycystycznym. Ten widok zapierał dech w piersiach.
   - Na pewno się nie pomyliłeś? – spytałam.
   - Nie, tu jest napisane: 5400 Banyan Trail.
   Naprzeciwko bramy znajdowało się niewielkie rondo, na którym rosło wielkie drzewo. Padał od niego cień na całe podwórko, które z przodu domu było średniej wielkości. Za rondem znajdowała się budowla, w której mieściły się dwa garaże. W jednym stał biały kabriolet Chevrolet Camaro. Obok ronda stał drugi samochód: czarny, dwuosobowy Dodge Viper.
   - Ale ktoś tu mieszka – powiedziała Sonia smutnym głosem.
   - Zaraz zobaczymy – odparł Lou i pchnął bramę.
   Ruszyłyśmy za nim gęsiego, aż do drzwi. Zadzwonił z pewnością zbyt drogim dzwonkiem i po chwili otworzył nam czterdziestolatek z lekkim zarostem. Był ubrany w szary garnitur z niebieską koszulą. Rysy miał francuskie?
   - Dzień dobry – powiedział Louis. – Czy pan… - spojrzał na kartkę - … Aurelio Labrie?
   Sadząc po nazwisku to Francuz.
   Aurelio Labrie… skąd ja znam to imię?
   - Tak… - powiedział z francuskim akcentem.
   - Jestem Louis Trivette.
   - Och, no tak! Zapraszam! Wejdźcie! – otworzył drzwi szerzej.
   Rozszerzyłam oczy jeszcze bardziej. W środku dom wyglądał jeszcze bardziej ekskluzywnie. Ściany pokryte były farbą koloru ecru. Na wprost zobaczyłam wielkie okna, na całą ścianę, które pokazywały widok na duży ogród. Nawet nie zdziwiło mnie, że był tam basen.
   Przed nami znajdował się pokaźny salon z czerwoną kanapą po środku i ogromnym telewizorem na ścianie. Z lewej strony znajdowały się schody, z szufladami, które były pod nimi, prowadzące na pierwsze piętro. Z prawej strony znajdowała się czerwono-beżowa kuchnia, a obok jadalnia w tych samych kolorach.
   - Dom zostawię pod waszą opieką, lecz wezmę od was bardzo małą pensję, abyście nie siedzieli bezczynnie – mówił Aurelio. – Za około dwa tygodnie przyjedzie tu mój syn i z wami zamieszka. Muszę dać mu trochę swobody… - zamyślił się na chwilę. – Yyy… cenę ustalimy później. Na razie was oprowadzę.
   Na parterze znajdowała się jedna łazienka – za to imponujących rozmiarów. Była tam duża wanna i prysznic, poza tym w kącie stało jacuzzi. Obok znajdowały się niewielkie drzwi do sauny.
   Na pierwszym piętrze było pięć pokoi – w czterech stały piękne podwójne łóżka, a jeden był jeszcze niewykończony. Trzeba było pomalować ściany i wyposażyć ten pokój, ale Aurelio powiedział, że później się tym zajmie. Każdy pokój miał swoją łazienkę. Niestety jedno pomieszczenie było zamknięte. „To pokój mojego syna” – powiedział pan Labrie.
   Każdy wybrał sobie pokój, oczywiście Sonia największy i różowy. W sumie to dobrze, bo nie za bardzo lubię ten kolor. Ja wzięłam sobie turkusowy, a Lou – oliwkowy. Każdy pokój miał balkon z widokiem na ogród, za którym rozciągał się las.
   Łóżko w moim małym królestwie znajdowało się mniej więcej na środku pokoju. Stały tam jeszcze puste półki na książki, szafy, komody. Zauważyłam, że w kącie stoi sztaluga malarska, co mnie bardzo ucieszyło.
   Zeszliśmy z powrotem na dół. Lou i pan Aurelio zaczęli ustalać cenę za wynajem, a ja dokładniej rozglądałam się po salonie. Zobaczyłam, że w kącie stoi fortepian. Zauważyłam małe zdjęcie oprawione w czarną ramkę, stojące na nim. Podeszłam bliżej.
   Zdjęcie przedstawiało pana Aurelio z synem. Było z przed paru lat. Na zdjęciu chłopiec miał około trzynaście lat. Był niski i miał na nosie okulary. Wszędzie poznałabym tę buźkę. Aurelio Labrie to przecież tata Brice’a! Chłopca, w którym byłam zakochana, moja pierwsza miłość. Miałam wtedy dwanaście lat.
   - O Boże! – odparłam. – Nie poznałabym pana, panie Labrie! To ja, Bryn.
   Zmarszczył brwi.
   - Brynel Case – powiedziałam. – Przyjaźniłam się kiedyś z Brice’em. Sonia też.
   Nagle oczy mu się rozjaśniły.
   - Bryn, kochana, ale wyrosłaś! Ile to już lat? Pięć?
   Kiwnęłam głową, a on podszedł do mnie i uściskał.
   - Jesteś nie do poznania! Ale zrobiła się z Ciebie piękna kobieta. Do dzisiaj pamiętam, jak zrzuciłaś Brice’a z drzewa. Oboje rywalizowaliście łeb w łeb.
   Kiwnęłam głową i muszę przyznać, że trochę się zawstydziłam.
   - Więc Brice przyjedzie za dwa tygodnie?
   - Tak, tak, ale jak się dowie, że wy tu mieszkacie, to z pewnością przyjedzie szybciej.
   Nastąpiła chwila ciszy.
   - No dobrze, to będę się zbierał – chwycił jedne z kluczy wiszących na haczyku obok drzwi. – Aha, i jeszcze jedno – wrócił się – jeśli zobaczę chociaż jedną rysę na moim kabriolecie, który oddaję do waszej dyspozycji, to mówię wam, że głowy wam pourywam i wasze wilcze moce nic nie pomogą. I, Bryn… Brice nic nie wie o wilkołakach i bardzo was proszę aby tak zostało. Jeśli będzie wam trudno ukrywać moce to powiedzcie jedno słowo, a wezmę go ze sobą. No dobra, to do zobaczenia niedługo!
   I wyszedł. A Louis patrzył błyszczącymi oczami na drzwi. Podszedł do haczyka i wziął klucze z zawieszką w kształcie znaczka Chevrolet. Przyglądał się mu przez chwilę, po czym powiedział:
   - Jedziemy na zakupy.
   - Ja z przodu – krzyknęła szybko Sonia.
   Nie chciałam, aby kupowali mi rzeczy za swoje pieniądze, ale nie dało się ich przekonać. Sonia powiedziała, że jak tak bardzo chcę, to mogę jej oddać jak zarobię. Przy okazji weszliśmy to kilku potencjalnych miejsc pracy. Okazało się, że wszyscy może dostaniemy pracę w jednym lokalu. Lou miał być barmanem, Sonia kelnerką, a ja załapałam się na część artystyczną z powodu moich umiejętności muzycznych. Mianowicie będę śpiewała jakieś covery na żywo. Głos miałam przeciętny, a na fortepianie nauczyłam się grać, gdy byłam dzieckiem, dzięki babci. Poza tym, myślałam, że będę sobie dorabiać malując obrazy, bo nie ukrywając do tego też miałam smykałkę. Kiedyś w dzieciństwie miałam taki szał, że chciałam umieć wszystko, z wszystkich dziedzin. Dlatego tak strasznie rywalizowałam z Brice’em. On też był uzdolniony w wielu dziedzinach. Na szczęście była to rywalizacja przyjacielska, która po pewnym czasie przerodziła się w miłość – bynajmniej z mojej strony.
   Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Oczywiście mieliśmy problem z dostaniem się na miejsce, ponieważ wiadomo, że nie znamy jeszcze miasta.
   Kurczę. Chciałabym dostać tę pracę. Jest dobrze płatna, pracuje się tylko wieczorami, a reszta dnia jest wolna.
   Schowałam nowe ubrania do jednej z szaf, a potem usiadłam na kanapie w salonie, ponieważ strasznie bolały mnie nogi po długim zwiedzaniu sklepów. Włączyłam telewizor. Lou usiadł na drugim końcu sofy. Od jakiegoś czasu czułam się przy nim… dziwnie. Za każdym razem, gdy byłam z nim sam na sam czułam, że się pocę, a moje ciało ogarniało wielkie ciepło. Denerwowałam się? Niby dlaczego? To jest śmieszne.
   - Jutro pełnia – wyrwał mnie z zamyślenia. – Denerwujesz się?
   - Nie. Jakoś tak… Dziwnie się czuję, ale to nie jest zdenerwowanie. Raczej… podekscytowanie. Tylko mam pytanie… czy… czy będzie tak jak na filmach? No wiesz… - nie mogłam tego wyksztusić - …łańcuchy i piwnica?
   Zaśmiał się.
   - Nie, no co ty. Pójdziemy do lasu i… się zmienimy.
   - I… to wszystko? Skąd możesz wiedzieć, że nie zabijemy ludzi? Że ja nie zabiję? Albo Sonia?
   - Dopilnuję was.
   - Jesteś bardzo pewny siebie – spojrzałam mu prosto w oczy. – My jesteśmy dwie, a ty jeden.
   - Nauczyłem się panować nad stadem, mama często wyjeżdżała, a ktoś musiał zająć się innymi.
   Przez chwilę patrzeliśmy sobie w oczy, a potem odwróciłam wzrok zażenowana. Jak wyglądam? Czemu czuję się przy nim tak dziwnie?


   Czułam mrowienie w całym ciele. Nie mogłam się doczekać chwili zmiany. Miałam jeszcze tyle pytań, których nie zdążyłam zadać.
   Staliśmy pośrodku lasu. Wszyscy trzymaliśmy się za ręce i czekaliśmy, aż księżyc wyjdzie zza chmur. Ręka Soni była zimna, za to ręka Lou ciepła, ale trochę spocona. Aż dziwne, że nie przeszkadzało mi to.
   - Gotowe? – spytał.
   Obie kiwnęłyśmy głowami.
   Poczułam ciężar na płucach i zamknęłam oczy. Potem przeszła mnie fala ciepła w rękach i nogach. Czułam jakby ktoś ciągnął mnie za twarz, a potem na hama próbował zmniejszyć moje kończyny. Czułam, jak każdy włos przebija się przez skórę, jak coś wyrasta mi centymetry nad tyłkiem.
   Pamiętam wszystko. Od deski do deski. Czułam się, jakbym robiła to od zawsze. Byłam opanowana, nie to co Sonia. Biegała cały czas, zachowywała się jak zwierzę. Reagowała na każdy dźwięk. Warczała na nas i kłapała zębami. Prawie mnie pogryzła, ale Lou wydobył z siebie dźwięk, coś pomiędzy warknięciem a szczeknięciem i się uspokoiła. Być wilkiem to niesamowite uczucie. Byłam w stanie machać swoim ogonem, biegać o wiele szybciej i słyszeć szelesty z paru kilometrów. Teraz wszystko się zmieniło. Wszystko.

sobota, 8 listopada 2014

Rozdział 10


   Han pokazała mi swoją watahę w całej okazałości. Składały się na nią cztery bety: Louis, Raven, Vee i William. Vee to niska, bladoskóra dwudziestolatka o długich, rudych włosach. Nie poznałam jej bliżej, ale sprawia wrażenie cichej i trochę przymulonej gotki. William to jej młodszy brat. Jego włosy były złociste, a oczy niebieskie. Nie był wyjątkowo przystojny, ale brzydki też nie. Will, w przeciwieństwie do Vee, tryskał pozytywną energią. Miał szesnaście lat, a jego kawały były naprawdę śmieszne, choć ociupinkę żałosne. Czasami był wkurzający, ale dał się lubić.
   Dowiedziałam się, że prawdziwym wilkołakiem stanę się dopiero po pełni. Pozostawało mi tylko czekanie.
   W kryjówce mojej watahy (Boże! Należę do watahy!) spędziłam dwa dni. Mimo to nie chciałam wracać. Czułam się tutaj jak w domu. W takim prawdziwym. Gdzie nie ma naiwnej matki oraz władczego ojczyma. Byłam po prostu wolna. Najzwyczajniej wolna.
   Sielanka oczywiście dobiegła końca, gdy zdałam sobie sprawę, że mimo wszystko moja mama trochę się martwi i że nie mogę tak po prostu zniknąć.
   Wróciłam więc do domu. Mama najpierw mnie wyściskała, a potem dała mi szlaban (ciekawe, który w tym miesiącu). I tak nic nie da.
   Rutyna zaczęła się od nowa. Szkoła, dom, szkoła, dom, szkoła, dom… Nie mogłam już się doczekać pełni.
   Pytałam się Han jak opanować przemianę. Powiedziała, że to jest bardzo proste, lecz zbyt trudne dla początkujących. Czekają mnie mniej więcej dwie pełnie bez pamięci i kontroli, jedna bez kontroli i wtedy będę już w stanie w miarę się opanować. Do tego czasu mam się nie denerwować.
   Pogodziłam się z Sonią, choć nabrałyśmy do siebie dystansu. Nic nie jest już takie jak kiedyś.
   Maj nadchodził małymi krokami. Na razie nie działo się nic specjalnego. Blackwell’owie mieszkali już w Bullhead City około trzy miesiące. Z tego co wiem, to każdego dnia szukali tropu Hanny w lesie ze znikomymi skutkami. Albo ona była naprawdę świetna, albo chłopcy nie byli najlepsi.
   Eric prawie w ogóle ze mną nie rozmawiał. Tak jak mówiła Han, to fiutek. Bał się mnie. Widziałam to w jego oczach. Teraz nie miał już nade mną władzy. Na wszystko mi pozwalał. Tylko jedno mnie dziwi. Skoro sam wiedział, że wilkołaki istnieją, to czemu ulokował mnie w szpitalu psychiatrycznym, gdy ja też wiedziałam jaka jest prawda? Dlaczego na siłę próbował wmówić mi, że jest inaczej?
   Tak w zasadzie to nie czułam zmian fizycznych w moim ciele. Działo się tak dlatego, że nie przeżyłam jeszcze pełni. Czasami tylko, gdy byłam zdenerwowana albo zła, czułam mrowienie w palcach.
   Któregoś dnia wróciłam do domu wczesnym popołudniem, ponieważ zwolnili nas z dwóch ostatnich lekcji. Sonia pojechała na zakupy, więc strasznie się nudziłam. Nauczyłam się tolerować Lou, lecz nie na tyle by sam na sam spędzać z nim czas. Znudzona do granic możliwości stwierdziłam, że posprzątam w szafie.
    Zaczęłam od bluzek, a potem segregowałam spodnie. Wyciągając parę moich ulubionych, zauważyłam, że coś z nich wypadło. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w dół. Na ziemi leżał wisiorek. Ten sam, który zwędziłam Corcin’owi. Wrzuciłam resztę spodni do szafy i podeszłam do biurka z naszyjnikiem w ręku. Usiadłam, włączyłam lampkę i dokładnie go obejrzałam. Był okrągły, średniej wielkości. Tło obrazka znajdującego się z przodu wyglądało jak księżyc. Mniej więcej na środku widniał wilk wyjący do niego. Wisiorek wyglądał staro. Zauważyłam, że się otwierał. W środku były jakieś stare zdjęcia. Z jednej strony młoda kobieta w starodawnym ubraniu, a z drugiej szary wilk. Na tyle wisiorka pisało:

   Elizabeth Jana Dirige
   Miami rok 1745

   To nazwisko coś mi mówiło, ale nie pamiętam co.
   Bez zastanowienia włożyłam wisiorek na szyję.
   Wyszłam na dwór. Musiałam odetchnąć świerzym powietrzem, pomyśleć. Poszłam w głąb ogrodu. Usiadłam na niewielkiej huśtawce zawieszonej na dużej gałęzi starego drzewa. Siedziałam tam około pół godziny. Zaczęło już zmierzchać.
   Nagle usłyszałam, że ktoś się skrada, liście szeleściły. Odwróciłam głowę. Za mną stał mój ojczym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zaciskał zębów i nie wpatrywał się we mnie jak psychopata. W jego ręce coś błysnęło. Objęło mnie przerażenie.
   - Muszę to zrobić przed pełnią – powiedział. – Bo potem już mi się nie uda.


   -Lou! – płakałam.
   Dawno zapadła już noc i zrobiło się chłodno. Trzęsłam się z zimna.
   - Proszę, obudź się – spojrzałam zapłakana w okno jego pokoju.
   Nagle go zobaczyłam. Słodko wyglądał w roztrzepanych włosach… Dlaczego myślę o takich błahych sprawach, gdy przed chwilą zdarzyło się coś strasznego?!
   Zmarszczył brwi i otworzył okno.
   - Bryn? Co ty tu robisz? – zapytał. Spojrzał na moją zaryczaną twarz, a potem na zakrwawione ręce.
   Zniknął w oknie, a potem drzwi się otworzyły i wciągnął mnie do środka. Nie wiedział co zrobić, widać było to po jego zachowaniu. Rozglądał się po kątach i nie wiedział co ma powiedzieć. W końcu odparł:
  -Wejdź pod prysznic, umyj się i uspokój. Potem wszystko mi opowiesz.
   Zrobiłam jak kazał. Byłam strasznie zmęczona, oczy mnie już szczypały. Lou dał mi swoją bluzę, żebym nie musiała wkładać poszarpanej nożem bluzki i zakrwawionych spodni. Dlaczego, gdy zdarzy się coś złego to zawsze przeze mnie i jest wtedy dużo krwi?
   - Twoich rodziców zastępczych nie ma? – zeszłam na dół po schodach, do kuchni, gdzie Louis siedział przy wysepce na wysokim krześle.
   - Nie. Wyjechali na delegację.
   Pokiwałam głową i spuściłam wzrok. Usiadłam obok niego.
   - Więc… co…
   - Zaatakował mnie – próbowałam mówić to obojętnie. Wpatrywałam się w moje pomalowane na turkusowo paznokcie od nóg.
   - Kto?
   Spojrzałam na niego. Marszczył brwi. Z bliska wyglądał tak bardzo słodko. Nie wiem dlaczego o tym pomyślałam.
   - Eric. Najpierw zranił mnie w rękę, potem celował w brzuch – Lou złapał mnie za rękę i podwinął rękaw bluzy. Spojrzał na otwartą, zaczerwienioną ranę. Na szczęście już nie krwawiła. Mówiłam dalej – Wytrąciłam mu nóż z ręki. Potem zacisnął mi ręce na szyi i powalił. Byłam taka przerażona – miałam łzy w oczach – nie wiedziałam co robić.
   Lou podszedł do jednej z szafek kuchennych i zanim się obejrzałam opatrywał mi już rany, ale uważnie słuchał.
   - Chciałam go odepchnąć. Czułam straszne mrowienie w palcach. Podrapałam go po klatce – mówiłam to wszystko z gulą w przełyku. - Zdołałam się uwolnić i zaczęłam uciekać, ale złapał mnie. Odruchowo chciałam uderzyć go w twarz, ale zapomniałam, że jest wyższy i… poderżnęłam mu gardło… pazurami.
   Teraz wybuchłam na dobre. Na ogół wstydziłam się płakać przy innych, ale teraz to nie miało znaczenia.
   Louis opatrzył ranę do końca i odwinął rękaw, a ja schowałam twarz w dłoniach. Chwilę czułam jego wzrok na sobie, a potem poczułam, że kładzie mi rękę na ramieniu i przyciąga do siebie. Najpierw wyrywałam się, ale potem uległam i przycisnęłam swoją twarz do jego torsu.
   Zaprowadził mnie na górę i pozwolił mi zostać na noc. Oczywiście pytał się czy ma zostać ze mną, ale zaprzeczyłam. Położyłam się w jego miękkim łóżku i próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Po prostu łkałam cicho wtulając twarz w poduszkę. Nie chciałam, żeby Lou nie mógł spać przez swoje wyostrzone zmysły. W końcu uspokoiłam się na tyle, że moja ramiona już się nie trzęsły.
   Zabiłam człowieka.
   Gdy Lou to zrobił na moich oczach, tak naprawdę wyobraziłam sobie, że to musiało być kłamstwo. Że to nie zdarzyło się naprawdę. Ale teraz byłam tego pewna. Czułam to. Czułam ciepło krwi na moich rękach, czułam jej metaliczny zapach. Najgorsze było to, że gdy patrzyłam, jak z szyi Erica wypływa krew, czułam się świetnie. Pierwszy raz w życiu czułam taką siłę, taką władzę. Czułam, że mogę wszystko.
   Wtuliłam głowę w poduszkę i wyczułam zapach Louisa. Czasami zastanawiałam się, jakie to uczucie mieć chłopaka. Móc mu powiedzieć wszystko, przytulić się do niego, pocałować. Oczywiście potem wyrzucałam te myśli z głowy.
   W końcu zasnęłam.


   - Moim zdaniem to będzie podejrzane – usłyszałam głos Lou dobiegający z dołu.
   - Wiem – to był głos Han. – Ale nie możemy się narażać.
   Podniosłam głowę i spojrzałam na zegar. W pół do trzeciej. Tak długo spałam?
   - A co z Sonią? – usłyszałam. – Nie rozumiem, dlaczego tak długo zwlekasz?
   Han westchnęła.
   - Sama nie wiem. Im więcej wilków, tym większe ryzyko, że ktoś się dowie. Ale jak naprawdę będzie tego chciała to ją zmienię. Przy Bryn byłam pewna, że zostawi rodzinę i wyruszy razem z nami, gdy zajdzie taka potrzeba. Tyle mi o niej opowiadałeś…
   Lou mówił swojej matce o mnie?
   - Sonia… nie wiem, czy aż tak się poświęci – Han mówiła dalej. – Gdyby nie chciała z nami wyjechać to musielibyśmy ją zostawić. A wiesz, że wtedy stałaby się omegą. Nie mogę na to pozwolić.
   Ja też nie byłam pewna co do Sonii.
   Wstałam z łóżka. Ciężko mi się oddychało, miałam mroczki przed oczami i było mi gorąco. Zeszłam po schodach do kuchni. I zobaczyłam watahę w całej okazałości. Wzięłam głęboki oddech, ale jedyne co zdołałam powiedzieć to:
   - Przepraszam.
   Nie chciałam tego zrobić, ale tak po prostu już wyszło. Wiedziałam ile problemów sprawiłam Hannie i innym.
   Han przez chwilę nic nie mówiła, ale w końcu się odezwała:
   - W najbliższym czasie chyba będziecie musieli wyjechać. Lou mówił, że Eric Cię zranił. Miejmy nadzieję, że gdy znajdą twoje DNA pomyślą, że zaatakowało go zwierzę. Niestety, jeśli ukarze im się twoje ludzkie, to nie mamy szans. Będziecie musieli wyjechać. Na szczęście na razie nie musimy tego robić – uśmiechnęła się widząc moją minę. – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.
   Jak mnie wkurza taka gatka. „Tak, wszystko będzie dobrze, najwyżej zamkną Cię w więzieniu na parę lat za zabójstwo człowieka i co miesiąc będziesz się przemieniać na oczach innych. Potem wezmą Cię najwyżej na badania i rozkroją na części”.
   Ciekawe, gdzie w ogóle mielibyśmy pojechać.
   - Policja już znalazła ciało – powiedział William. – Na razie myślą, że to zwierzę, przez podrapania. Tak w zasadzie to chciałbym stąd wyjechać – dodał po chwili namysłu.
   - My zostajemy – powiedziała Han. – Pojedzie tylko Bryn i Louis. No i ewentualnie Sonia.
   - Dlaczego?
   - Lou jest odpowiedzialny, ale nie aż tak, żeby upilnować ciebie. Poza tym musimy mieć oko na śledztwo. Jak zamkną sprawę to przyjedziemy do nich. Musimy dopilnować, żeby czasem potem nie ścigali Bryn. Poza tym jeszcze nawet nie wiemy czy będzie taka konieczność… Pozostaje nam tylko czekać.
   - A gdzie pojechalibyśmy tak dokładnie? – nie mogłam już dłużej trzymać tego pytania na wodzy. Znając moje szczęście to będę musiała uciekać.
   - Miami. Mój znajomy tam mieszka i załatwi wam mieszkanie. Tylko, że będziecie musieli płacić czynsz. Mniejszy niż zwykle, ale jednak. Czeka was praca dorywcza kochani.
   Wkrótce wszyscy zajęli się sobą. Usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Oczywiście w wiadomościach aż huczało o Ericku. Łzy znów pociekły mi po policzku. Czułam się okropnie. Zamknęłam oczy i nagle usłyszałam:
   - Tak, mamy już potwierdzenie – mówiła prezenterka wiadomości – to nie było zwierzę. Prawdopodobnie morderca chciał upozorować atak zwierzęcia.
   Moje ciało zadrżało na słowo „morderca”.
   - Podejrzany był średniego wzrostu, lecz miał ogromną siłę. Niestety nie było żadnych świadków, więc nie można odtworzyć jego wyglądu. Miejcie się na baczności. Zabójca grasuje w Bullhead City i to może być każdy. Dziękuję za uwagę. Heather Miller.
   Odetchnęłam z ulgą. Myślą, że to silny facet.
   - Chcesz może zapiekanki serowo-makaronowej? – spytała Han krzątając się w kuchni.
   - Trochę – odparłam czując burczenie w brzuchu. Spojrzałam na Hannę przez ramię. – Nie boisz się, że zaraz pojawią się rodzice zastępczy Louisa? Albo, że Blackwell’owie cię tutaj zobaczą?
   - Mieszkańcy tego domu to moi przyjaciele. Wiedzą o nas. A Blackwell’owie… Miejmy nadzieję, że dobrze umiem maskować nasz zapach.
   Nagle trzasnęły drzwi frontowe.
   - Gadałem z Sonią – usłyszałam głos Lou dobiegający z holu. – Powiedziała, że może wyjechać z nami jeszcze dziś.