poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 3

   Wstałam dokładnie o 7.30. Ruszyłam do szkoły szybkim krokiem. Powietrze było nieco wilgotne, ale ciepłe, więc ubrałam na siebie cienki sweterek. Wczoraj nie mogłam zasnąć z tego zafascynowania. Po prostu miałam uczucie jakbym miała w brzuchu jakąś ogromną gulę, która tylko czeka aby zmiażdżyć mój żołądek. Wpadłam do szkoły i od razu pobiegłam w stronę klasy. Na wąskiej ławeczce, przy ścianie siedziała Sonia z szerokim uśmiechem. Usiadłam obok niej i z fascynacją opowiedziałam jej o wczorajszym wydarzeniu.
   - To oznacza, że jest więcej wilkokrwistych w naszym lesie – zakończyłam.
   - Dlaczego zawsze jak dzieje się coś interesującego to mnie tam nie ma?! Dlaczego musiałam najeść się tych przeterminowanych lodów? – Pytała ze złością. Miała na sobie nową bluzkę (albo cudem wygrzebaną z dołu swojej niemającej dna szafy) i jasne dżinsy. Poza tym na swoich jasnych włosach miała fioletową bandankę.
   - Nie przejmuj się – pocieszyłam ją. – Dziś przecież idziemy razem.
   - Jasne.
   Lekcje minęły dosyć szybko. Prawie cały czas rozmawialiśmy o mojej wczorajszej przygodzie. Zauważyłam, że od czasu do czasu Nate spogląda na mnie z zaciekawieniem. No, tak. Już pewnie znał odpowiedź na swoje wcześniejsze pytanie. Zrobiło mi się trochę przykro. Myślałam, że są jeszcze ludzie, którzy nie przejmują się tym, że ktoś jest inny. Jednak w głębi duszy wiedziałam, że tak nie jest. Dzisiejsza młodzież jest okrutna. Babcia zawsze mówiła mi, że ja jestem za dojrzała dla moich rówieśników i to oni powinni się wstydzić swojego zachowania.
   Podczas obiadu usiadłyśmy tam gdzie zawsze: przy małym stoliku w rogu jadalni. Sonia zaczęła opowiadać mi o Nicolasie. Podobno pisała z nim jak była chora. Pierwszy do niej napisał z pytaniem jak się czuje. Po chwili podeszli do nas chłopcy ze swoimi tackami.
   - O wilku mowa – szepnęłam do Sonii, a ona szturchnęła mnie łokciem.
   - Hej… Możemy się do was przysiąść? – Zapytał Nate.
   - Wiecie… jesteśmy nowi i nie mamy się gdzie podziać… - tłumaczył Nicolas.
   - Jasne – Sonia uśmiechnęła się i zerknęła na mnie kątem oka.
  Wkurzyłam się trochę, bo ona wie, że mam pewne uprzedzenia co do chłopców, a mimo to pozwoliła abym dostała białej gorączki.
   Po chwili krępującej ciszy wpadłam na pomysł:
   - Nie jesteście bliźniakami – powiedziałam.
   - Nie… - odpowiedział zmieszany Nico.
   - Więc czemu jesteście w tym samym wieku?
   - Bryn… - Sonia zrobiła zdziwioną minę. – To było niegrzeczne…
   - Tak i zamierzone – odpowiedziałam z szyderczym uśmieszkiem. – A teraz jeśli pozwolicie oddalę się, bo nie zadowala mnie to towarzystwo – odłożyłam widelec i wstałam.
   Chciałam zrobić na złość Sonii. Wiem, że wcześniej byłam miła dla Nate’a, ale to było jednorazowe. Jeśli Nicolas będzie porządny, albo chociaż warty jej uwagi (w co wątpię) to nie będą go obchodziły humorki przyjaciółki ukochanej. Tak, wiem. Jestem wredna. Nie ukrywam, że zaciekawiło mnie to o co pytałam. Pewnie byli adoptowani, czy coś. Wcale nie było mi przykro. Wątpię, aby ktoś miał bardziej spaprane życie niż ja. Często płakałam po nocach z nadzieją, że Bóg zabierze mnie we śnie. Nie chciałam popełniać samobójstwa, ponieważ wiedziałam, że coś trzyma mnie na tym świecie skoro jeszcze nikt mnie nie zabrał. To był jedyny powód, który trzymał mnie przy życiu. Wierzyłam, że jestem stworzona do wielkich rzeczy pomimo mojej przeszłości.
   Siedziałam teraz z Sonią w klasie i wpatrywałam się w okno. Obserwowałam promienie słoneczne, które bez trudu przedzierały się przez szybę. Życie nauczyło mnie dwóch rzeczy. Pierwsza to: nie okazuj słabości. Szczególnie jeśli nie chcesz być punktem zainteresowania nastolatków. Druga brzmi: dostrzegaj piękno w zwykłych rzeczach. Na przykład w takich promieniach. Niby zwyczajne, ale zarazem jedyne w swoim rodzaju. Przeszywały je małe drobinki kurzu, które świeciły arogancko rozproszone po całej klasie. Nie zaprzeczam, że dodawało to jeszcze więcej uroku.
   - Brynel – prawie zapomniałam jak brzmi moje imię. Nienawidziłam jak ktoś tak do mnie mówił, więc nazywano mnie Bryn.
   - Hmm…? – Odparłam bez namysłu.
   - Brynel Case! Jak ty się do mnie zwracasz? – Skrzekliwy głos pani Blofis wyrwał mnie z zadumy. – Chcesz znowu dostać uwagę?
   Jezuuu… Jeszcze tego mi brakowało. Dlaczego ona musiała się wszystkiego czepiać. Nie dziwię się, że nie miała męża ani dzieci. Po prostu nie wytrzymaliby z nią ani jednego dnia.
   Na szczęście dzwonek uratował mnie przed męczącym wykładem na temat właściwego zwracania się do nauczycieli oraz wagi ich pracy. Wszyscy uczniowie zaczęli się pakować, kiedy nauczycielka powiedziała:
   - Dzwonek jest dla nauczyciela, a nie dla was. Piszcie dalej.
   Wszyscy uczniowie zaczęli mruczeć i jęczeć, ale w końcu usiedli z powrotem na miejscach i pisali dalej pierwszą zasadę dynamiki.
   Cała klasa szybko wybiegła z klasy ciesząc się wolnością, tym bardziej, że był koniec lekcji. Wyszłyśmy z Sonią ze szkoły i dopadł nas ciepły wietrzyk. Lekko rozwiewał moje rozpuszczone włosy co bardzo mnie cieszyło. W powietrzu czułam świeżo skoszoną trawę, którą dzisiaj rano zajął się pan Gary, nasz woźny. Potrafiłam dostrzegać to, czego inni nie widzą. Tak zwane szczegóły. Na przykład, że na niebieskim niebie pojawił się już księżyc, albo że na tej skoszonej trawie osadziły się krople wody, po obfitym zraszaniu nowo wsadzonych przy drodze kwiatów. Wszystko było dla mnie takie oczywiste. Od śmierci babci patrzałam na świat innymi oczami, nowymi oczami. Babcia Cynthia zawsze powtarzała, że mam się skupić i wytężyć zmysły. Postanowiłam spełnić tę obietnicę i niedawno mi się udało. Teraz czułam się inaczej, lepiej. Mówiła, że człowiek, który nie potrafi tego robić tak naprawdę nie jest szczęśliwy.
   Przez całą drogę powrotną nie odzywałyśmy się z Sonią do siebie. Wiem, to ona powinna być zła na mnie, a nie ja na nią. Nienawidziłam naszych kłótni. W końcu się odezwałam:
   - Dobra… Wiem, że źle zrobiłam. Sorry, ale wiesz, że nie lubię jak podejmujesz decyzje za mnie.
   - Bryn. Wiedziałam, że się nie zgodzisz, a bardzo zależy mi na… - myślałam, że powie coś zboczonego, ale nie zrobiła tego - …jego uwadze.
   - Tylko na jego uwadze? – Zapytałam z ciekawością.
   - Tyłeczek też ma niezły…
   Zaśmiałam się.
   - To co? Zgoda?
   - Jasne. Widzimy się w naszym tajemnym miejscu – rzuciła otwierając furtkę do swojej posesji.
   Ruszyłam dalej z nadzieją, że szybko dojdę do domu. Odetchnęłam świeżym powietrzem. Dzisiaj czułam się dobrze, nawet świetnie. Nie umiem tego wytłumaczyć. Choć pokłóciłam się wcześniej z Sonią, moja aura po prostu tryska radością. Może robiła to ta świadomość, że dziś znów zobaczę mojego wilka. Moja dusza była szczęśliwa. Chciałam tańczyć, śmiać się, skakać, krzyczeć pierwszy raz od śmierci babci. Oczywiście były chwile radości, ale nie aż takiej.
   - Hej – usłyszałam tuż przy uchu.
   Aż podskoczyłam ze strachu. Szybko odwróciłam głowę i zobaczyłam twarz Nate’a. Cały czar prysł. Szczęście zastąpiła wściekłość.
   - Jezuu… Skradasz się jak morderca! – Nawrzeszczałam na niego.
   - Nie moja wina, że mnie nie słyszałaś.
   Alarm. Biała gorączka zaraz zawita.
   - Czego chcesz? – westchnęłam.
   - Zapytać się ciebie, dlaczego jesteś wredna.
   To było nie do pomyślenia, jak on potrafi mnie wkurzyć przez parę sekund. Wystarczyło do tego kilka słów. Ogólnie to ja jestem cierpliwa. Musiałam się przyzwyczaić do tego, że mnie wyśmiewano. W tym chłopaku jest coś takiego, co mnie wkurza do potęgi.
   - Nie twoja sprawa – odparłam nad wyraz spokojnie.
   - A właśnie, że moja.
   - Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać.
   - Już wiesz, że jestem uparty. I tak cię wciągnę w rozmowę. A jak nie, to będę cię dręczył, aż mi powiesz dlaczego tak się zachowujesz.
   - Chyba się filmów naoglądałeś…
   - Tak.
   Miałam ochotę mu przywalić. Wszystko we mnie buzowało. Jeszcze chwila, a to zrobię. Ktoś mi kiedyś powiedział, że chude osoby powinny uderzać łokciami i kolanami, bo są kościste. Chyba użyję tej rady.
   - Odczep się. Walnęłabym ci ripostę, ale boję się, że będziesz ryczał.
   - Wątpię. Jestem wytrwały – droczył się ze mną.
   - Nie rozumiesz, że nie chcę z tobą rozmawiać! – Warknęłam. – Odczep się ode mnie. Czemu tak za mną łazisz? – Byłam zbulwersowana.
   Po chwili zastanowienia odparł:
   - Wiesz… idziemy w tą samą stronę… i wierzysz w wilkołaki.
   Więc o to chodzi. Kolejny koleś, który będzie się ze mnie wyśmiewał. Pięknie, jeszcze tego mi brakowało.
   - Masz jakiś problem?! Nienawidzę was wszystkich! Jesteście jak wrzód na dupie! Ciągle za mną tylko łazicie i się wyśmiewacie! Mam tego dosyć!
   Odwróciłam się i pobiegłam w stronę domu.
   - Bryn… ja przecież… - usłyszałam za sobą.
   - Nie obchodzi mnie to – rzuciłam nie odwracając się.
   Już chciałam zacząć ryczeć, ale powstrzymałam się. Jesteś twarda, mówiłam sobie. Dlaczego wszyscy ludzie są tacy sami?
   Nagle cały świat zblakł. Nie dostrzegałam już kolorów, nic mnie nie cieszyło. Zawsze tak miałam. Jedyne co mi pomagało to wyprawa nad strumyk. Zwolniłam trochę kroku, ponieważ się zmęczyłam. Przez całą drogę ni oglądałam się za siebie.
   Weszłam po cichu do domu. Mama pewnie jeszcze spała, ponieważ była całą zeszłą dobę w szpitalu. Moim zdaniem za dużo pracowała, ale mój „tata” twierdził inaczej. Boże, jak ja go nienawidzę. W zasadzie nienawidzę wszystkich ludzi. Oprócz Sonii. Najwięcej radości daje mi rysowanie i śpiew (w samotności). Weszłam na górę, włożyłam słuchawki w uszy i padłam na łóżko. Oczywiście jak zawsze leciały dołujące piosenki typu „Wandering Soul” Stephana Estrada i Britney Holman albo „So cold” Bena Cocks’a.
   Przypominałam sobie wszystko co mnie spotkało w życiu złego. Bolesne wspomnienia napływały do mnie z ogromną szybkością. Przed oczami miałam różne scenki z mojego życia.
   Moje najgorsze wspomnienie mam ze szpitala psychiatrycznego. Pewnie zastanawiacie się jak tam trafiłam. Było to krótko po śmierci babci. Byłam tak zawzięta, że uciekłam z domu, aby szukać szczęścia. Myślałam, że znajdę wilkołaki. Oczywiście znaleźli mnie w miarę szybko. Potem odbyłam długą rozmowę z mamą i jej mężem. Umieścili mnie tam dla mojego „bezpieczeństwa”. Myśleli, że coś sobie zrobię, ponieważ po śmierci babci byłam zdruzgotana. Potem, po paru dniach, lekarz zaczął na mnie tak dziwnie patrzeć. Później było już tylko gorzej. Zaczął mnie obmacywać, a ja się broniłam. Nie dałam się i przywaliłam mu pięścią w nos.
   Nagle usłyszałam natarczywy dzwonek mojego telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni spodni i odebrałam.
   - Gdzie ty jesteś? – Usłyszałam zdenerwowany głos Sonii.
   - O jezuu… całkiem zapomniałam – tłumaczyłam się.
   Wstałam z łóżka.
   - Już idę – powiedziałam i rozłączyłam się.
   Ubrałam szybko buty i wyleciałam z domu jak huragan. Gdy już byłam przy naszym magicznym drzewie przytuliłyśmy się z przyjaciółką na powitanie i poszłyśmy nad strumyk.
   - Tylko nie próbuj mnie swatać z Nate’em. Jest płytki tak jak wszyscy – odparłam. - Zresztą pewnie Nicolas też.
   - Dlaczego tak sądzisz?
   - Bo dziś z nim rozmawiałam. I ta rozmowa nie była przyjemna. Bynajmniej dla mnie.
   Potem rozmawiałyśmy już tylko o błahych sprawach. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej, aż w końcu słońce zaszło za horyzont i na niebie pojawiły się gwiazdy. Zostałam sama, bo Sonia musiała iść do domu. Rodzice się o nią martwili. Siedziałam tak przy strumyku gapiąc się w wodę i wrzucając do niej kamyki. Czasami nerwowo skubałam skórki przy paznokciach. Miałam tysiąc myśli na sekundę.
   Nagle usłyszałam chlipanie wody, tuż obok mnie. Spojrzałam w stronę dochodzącego dźwięku i zobaczyłam wilkokrwistego pijącego sobie spokojnie wodę ze strumyka. Wiedziałam, że przyjdzie, pomyślałam.

poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział 2

   Przemierzałam gęsty las szybkim krokiem. Kierowałam się w stronę naszego „tajemnego miejsca”. Powietrze było wilgotne i zimne. Trawa, po której właśnie stąpałam zmoczyła moje trampki. Wszędzie były duże kałuże wody deszczowej i błota. Starałam się oddychać głęboko. Las był moim żywiołem. To tu czułam, że żyję. Gdy patrzałam na te drzewa sosnowe na sercu robiło mi się cieplej. Czasami zastanawiałam się nawet dlaczego ludzie niszczą coś tak pięknego dla swoich potrzeb. Drzewa rosną przez parę dobrych lat, a człowiek potrafi to zniszczyć w kilka minut. Lasów jest coraz miej, a ludzie wycinają je coraz częściej, tylko po to, aby mieć czym podetrzeć sobie tyłek. To była okrutna prawda, którą każdy człowiek powinien odtrącić. Jednak niektórych to nic nie obchodzi. Chcą tylko sobie zarobić i nic poza tym.
   Gdy dotarłam na miejsce Sonia już tam była. Stała pod ogromną sosną, liczącą sobie około pięćset lat. Była najwyższym punktem w całej okolicy. To miejsce było takie magiczne. W nim odzyskiwało się wszelkie nadzieje. Czułam tam coś dobrego. Coś, co zagrzewa do dalszej walki, dodaje otuchy w trudnych chwilach. Kiedyś znalazłyśmy w nim małą szczelinę. Sonia włożyła tam popsuty zegarek, który miała zanieść do zegarmistrza. Zostawiła go tam, ponieważ nie chciała go zgubić podczas naszej przechadzki po lesie. Zegarek był bardzo cenny i bała się o niego. Gdy wróciłyśmy Sonia wyjęła go i okazało się, że jednak działa. Od tego czasu uznałyśmy to miejsce za nasze. Próbowałyśmy później jeszcze z innymi przedmiotami, ale na marne.
   Sonia uśmiechnęła się do mnie szczerym uśmiechem. Miała na sobie luźną, siwą bluzę, czarne legginsy i conversy o szarym kolorze. Na głowie miała czarną czapkę beanie. Sonia strasznie lubi się przebierać. Czasami nawet parę razy na dzień.
   - Hej – powiedziała. – To co, idziemy?
   - Jasne – uśmiechnęłam się do niej i wskazałam na północ. – Najpierw w tę stronę.
   Ruszyłyśmy bez słowa. Szłyśmy wolno, rozglądając się na wszystkie boki. Ja widziałam tylko piękne rośliny, mokry mech i gdzie niegdzie wielkie plamy błota. Nic poza tym. Żadnego śladu wilkołaków. Wreszcie odezwałam się:
   - Ciekawe co u Lux. Pisałaś z nią?
   - Tak, wszystko u niej dobrze. Znalazła już sobie nawet koleżankę.
   Lux to nasza przyjaciółka. Bardziej trzymała się z Sonią, ale ja nie byłam zazdrosna. Jej mama postanowiła przeprowadzić się do Europy, więc Lux musiała jechać z nią. Nigdy jej nie zapomnimy. Niedługo ma nas odwiedzić. Ona też wierzy w wilkołaki, więc gdyby mieszkała tu nadal, byłaby teraz z nami w tym lesie.
   - Jak ja bym chciała, żeby ona tu teraz z nami była… - powiedziałam zasmucona.
   - Ja też… - Sonia była bliska płaczu.
   Nagle zobaczyłam wielką kałużę błota tuż przed moimi nogami. Chciałam już iść dalej, gdy zauważyłam, że coś jest nie tak. Na jej środku znajdował się dosyć duży ślad wypełniony wodą deszczową. Nie mogłam się domyślić do jakiego zwierzęcia należy, ponieważ był strasznie zniekształcony, aż nagle mnie olśniło. Krzyknęłam do Sonii:
   - Tak! Znalazłam!
   Podeszła do mnie i spojrzała w to samo miejsce. Wytrzeszczyła oczy i otworzyła buzię w niemym uśmiechu.
   - Nareszcie! – Krzyknęła. – On jest trochę za duży jak na normalnego wilka. Nie sądzisz?
   - Tak – dodałam. – Poza tym w Arizonie nie ma wilków.
   Byłyśmy zachwycone naszym znaleziskiem. Chciałyśmy po prostu skakać ze szczęścia.
   - Czytałam w Internecie, na takiej stronce – odparła z entuzjazmem – że jeśli wypijesz wodę z takiego odcisku, to możesz stać się jednym z nich. Może warto spróbować?
  - W krytycznym przypadku. Jednak moja babcia mówiła, że jest tylko jeden sposób: ugryzienie. Wilkokrwiści mają coś w swojej ślinie. Nie zdradziła mi szczegółów. Myślę, że ona była dobrym źródłem. Przecież tylko dzięki niej wiemy jaka jest prawda.
  Moja babcia w dzieciństwie zawsze opowiadała mi na dobranoc bajki o wilkołakach. Uświadomiła mi, że to nie są złe istoty. Gdy byłam większa mówiła mi, że poznała jednego z nich. Był miłością jej życia, ale został zabity przez Łowców. Mogła opowiadać o nim dzień i noc. Sama chciała być jedną z nich, ale jej ukochany nie zdążył jej zmienić. Gdy umarła przysięgłam sobie, że znajdę chociaż jednego z nich.
   - A może zaczniemy jutro poszukiwania? Dziś nie mogę chodzić zbyt długo, bo jadę z ciocią na zakupy. Ale jutro na sto procent!
   - No dobra… Pogadamy w szkole, ok? – Zapytałam z ponurą miną.
   - Spoko. I sorry. Jutro na pewno. No to pa!
   - Pa – kiwnęłam jej ręką na pożegnanie.
   Ruszyłam z powrotem do domu, bo niby co mam tu sama robić? Szłam wolnym krokiem, więc gdy doszłam do domu było już ciemno. Ojciec pewnie w ogóle nie zauważył, że wyszłam, a mama jeszcze była w szpitalu.
   Wdrapałam się na przyczepę i wskoczyłam na balkon. Pchnęłam szklane drzwi i weszłam do środka. Wbiegłam do góry i rzuciłam się na łóżko. Moje życie nabrało sensu. Wreszcie miałam dowód na to, że nie jestem wariatką. Czasami nawet sama wątpiłam w moje wierzenia, ale nikomu tego nie mówiłam. Teraz moje wszystkie wątpliwości się rozwiały. Miałam potwierdzenie na to, że jeszcze nie zwariowałam. Moja babcia jednak miała rację. One naprawdę istnieją. Zeszłam na dół do kuchni, aby coś zjeść. Na szczęście ojczym nie wiedział, że mnie nie było. Jednak musiałam wysłuchać wykładu o tym, dlaczego nie mogę wagarować podczas lekcji i że czeka mnie miesiąc szlabanu. Potem weszłam do góry i włożyłam ciepły sweterek. Moje długie, brązowe włosy zaplotłam w ładny warkocz. Znalazłam w plecaku mój ulubiony zeszyt, a z piórnika wyjęłam ołówek. Otworzyłam dachowe okno i jak zawsze stanęłam na biurku. Włożyłam ołówek w zeszyt i wyrzuciłam go na dwór. Wyszłam przez okno i usiadłam na dachu garażu. Zeszyt zawsze zatrzymywał się w wąskiej szparze między dachem domu, a dachem garażu, więc nie obawiałam się, że spadnie. Usiadłam sobie wygodnie i wzięłam go do ręki, po czym otworzyłam i zaczęłam rysować w nim ołówkiem wilka. Malowałam tak przez parę minut, spoglądając na księżyc. Gdy już skończyłam wyrwałam kartkę z zeszytu. Położyłam go obok. Spojrzałam na kartkę podziwiając moje dzieło. Nagle wiatr wyrwał mi ją z ręki. Wstałam próbując ją złapać, ale poślizgnęłam się i straciłam równowagę. Turlałam się po dachu w dół. Byłam tuż przy krawędzi. Spadłam na plecy. Nagle usłyszałam:
   - Miałaś szczęście – pierwszy raz usłyszałam jego głos. – Gdyby tej przyczepy tu nie było, miałabyś połamane wszystkie kości.
   Usiadłam i zdałam sobie sprawę, że on ma rację. Siedziałam na dachu przyczepy mojego ojczyma. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się lekko. Wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Szczupły z błękitnymi oczami i nadal w tej samej niebieskiej bluzie. Był bardzo przystojny, ale ja nie miałam zamiaru przechodzić jeszcze raz złamanego serca. Naprawdę przeszłam wiele w życiu. Mężczyźni zrobili mi dużo złego. Nigdy nie zapomnę jak grupka nachlanych nastolatków uratowała mnie przed gwałtem. W szpitalu psychiatrycznym pewien doktor próbował mnie molestować, ale skończyło się na tym, że miał złamany nos, a mnie posądzono o kłamstwo. Ale to dłuższa historia i nie mam zamiaru sobie tego przypominać. Często zastanawiałam się dlaczego to muszę być ja? Za co Bóg mnie tak kara? No dobra, może nie jestem wierzącą, ale to nie powód do tego aby się nade mną znęcać! Chociaż dzięki niemu wiem jacy chłopcy są naprawdę. Nie mam zamiaru przechodzić tego jeszcze raz. Najlepiej będzie jeśli będę go ignorować.
   Zeskoczyłam z przyczepy i zaczęłam szukać mojego rysunku. Nie mogłam go znaleźć.
   - Tego szukasz? – Zapytał, a ja zauważyłam, że trzyma w ręce mój szkic.
   Podeszłam do płotu i spróbowałam wyrwać mu kartkę z ręki. Niestety miał świetny refleks i w miarę szybko się odsunął.
   - Bardzo ładne – przyjrzał się dokładniej. – Ty to narysowałaś? Masz talent.
  Jednak nie dało go się ignorować. Miałam jeszcze jeden sposób, który polegał na wyzwiskach, ale Sonia próbowała poderwać jego brata, więc postanowiłam, że nie zachowam się tak jak zawsze.
   - Możesz mi to oddać? – Zapytałam nieco ostrzejszym głosem niż bym chciała.
   - Jestem Nate – powiedział. – A ty?
   Był na dobrej drodze do doprowadzenia mnie do białej gorączki. Naprawdę działał mi na nerwy.
   - Dlaczego wy wszyscy musicie być tacy wkurzający! Po prostu mi to oddaj! – Wściekłam się.
   - Okej, ale chcę wiedzieć jak masz na imię.
   Westchnęłam.
   - Bryn – powiedziałam z udawanym spokojem i wyciągnęłam rękę po kartkę.
   Oddał mi ją, a ja odwróciłam się na pięcie i wdrapałam się z powrotem na przyczepę.
   - Nie ma za co – odpowiedział sarkastycznie, ale ja nie zwracałam na niego uwagi.
   Jakoś udało mi się podciągnąć na dach. Złapałam zeszyt i włożyłam do niego mój szkic. Wskoczyłam przez okno dachowe z powrotem domowego pokoju i rzuciłam zeszyt na szafkę.
   Następnego dnia poszłam do szkoły z nadzieją, że Sonia pójdzie dziś ze mną do lasu. Niestety okazało się, że zachorowała i w ogóle nie ma jej w szkole. Zrezygnowana usiadłam w tylnej ławce. Nic mi się dzisiaj nie chciało. Nate, oczywiście wykorzystując to, że nie ma dziś w szkole mojej przyjaciółki, usiadł obok mnie.
   - Cześć – powiedział mój sąsiad.
   - Wolę siedzieć sama – odparłam.
   - Niestety dziś jesteś skazana na mnie – powiedział z szerokim uśmiechem.
   - Dlaczego? – Zapytałam ze złością.
   - Bo nie dam Ci spokoju.
   Ten chłopak doprowadzał mnie do szału! Co on sobie w ogóle myśli?! Już wstawałam, żeby usiąść na innym miejscu, gdy nagle złapał mnie za rękę i pociągnął z powrotem na siedzenie.
   - Zostań – namawiał mnie z poważną miną.
   - Po co? – Szepnęłam, ponieważ nauczyciel wszedł do klasy. – Żebyś mógł się ze mnie nabijać tak jak wszyscy?
   Wzięłam książki i poszłam do drugiej ławki. On zrobił to samo i znów siedział obok mnie.
   - Nie – powiedział spokojnie. – Dlaczego miałbym się z ciebie naśmiewać?
   A więc jeszcze nic o mnie nie wiedział. To była tylko kwestia czasu. Niedługo się dowie, ponieważ ludzie w mojej klasie, jakby to powiedzieć… lubią uprzedzać innych o różnych rzeczach.
   Resztę dnia spędziłam w samotności. Strasznie mi się nudziło. Nienawidzę, gdy Sonia jest chora. Nie mam wtedy co robić. Chciałam ją odwiedzić, ale napisała mi, że nie ma takiej potrzeby i, że jutro już będzie w szkole. Wróciłam, więc do domu zrezygnowana. Postanowiłam, że sama pójdę do lasu. Szukałam długo, lecz bez większych skutków. Nie znalazłam nic, co mogłoby oznaczać obecność wilkołaków, oprócz tamtego odcisku. W zasadzie to jego też nie było. Wróciłam w tamto miejsce, ale ktoś zamazał ślad. Nie było już odcisku, tylko błoto. Można było zauważyć, że ktoś w nim mieszał. Poszłam nad mój ulubiony strumyk. Usiadłam sobie przy brzegu i zapatrzyłam się w taflę wody. Chwyciłam mały kamyk i wrzuciłam go do wody. Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Spojrzałam za siebie, ale w tym cieniu nie było nic widać. Moją uwagę znów przykuły coraz większe prążki na wodzie, ale tym razem nastawiłam uszy. Usłyszałam szelest liści, a potem dźwięk łamanej gałązki. Chwyciłam większy kamień ukryty w wilgotnym mchu i wstałam. Odwróciłam się i krzyknęłam do ciemności czającej się pośród drzew:
   - Ktoś tam jest? – Mój głos trochę zadrżał. – Pokaż się jeśli masz chociaż trochę odwagi! – Zacisnęłam palce na kamieniu.
   Przyjrzałam się ciemności i nagle zobaczyłam w niej żółte oczy. Stałam tam jak posąg. Nie mogłam się ruszyć. On zbliżał się do mnie powoli. Już chciał wyjść z cienia na światło, gdy nagle usłyszałam wycie. Zwrócił oczy w stronę dochodzącego dźwięku i cofnął się w tył. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i uciekł.
   Drżącymi rękami wyjęłam telefon z kieszeni i wybrałam numer Sonii. Odebrała po kilku sygnałach:
   - No, co tam?
   - Sonia! Nawet nie wiesz co przed chwilą się wydarzyło! – Krzyknęłam do słuchawki. Byłam tak podekscytowana, że dziwiłam się, że w ogóle mogę mówić, ponieważ żołądek mi się zacisnął.
   - Nie krzycz tak, bo mi bębenki pękną – usłyszałam zdenerwowany głos Sonii.
   - Widziałam wilkokrwistego! Przy strumyku!
   - Na serio? – Była tak samo podekscytowana jak ja.
   - Tak! Przecież wiesz, że ja nie kłamię. Jutro przyjdziemy tu razem!
   - O matko! Nie będę mogła dziś spać!
   - Ja też! To widzimy się jutro w szkole i wszystko ci dokładnie Ci opowiem, okej?
   - Jasne. To do jutra!