poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział 2

   Przemierzałam gęsty las szybkim krokiem. Kierowałam się w stronę naszego „tajemnego miejsca”. Powietrze było wilgotne i zimne. Trawa, po której właśnie stąpałam zmoczyła moje trampki. Wszędzie były duże kałuże wody deszczowej i błota. Starałam się oddychać głęboko. Las był moim żywiołem. To tu czułam, że żyję. Gdy patrzałam na te drzewa sosnowe na sercu robiło mi się cieplej. Czasami zastanawiałam się nawet dlaczego ludzie niszczą coś tak pięknego dla swoich potrzeb. Drzewa rosną przez parę dobrych lat, a człowiek potrafi to zniszczyć w kilka minut. Lasów jest coraz miej, a ludzie wycinają je coraz częściej, tylko po to, aby mieć czym podetrzeć sobie tyłek. To była okrutna prawda, którą każdy człowiek powinien odtrącić. Jednak niektórych to nic nie obchodzi. Chcą tylko sobie zarobić i nic poza tym.
   Gdy dotarłam na miejsce Sonia już tam była. Stała pod ogromną sosną, liczącą sobie około pięćset lat. Była najwyższym punktem w całej okolicy. To miejsce było takie magiczne. W nim odzyskiwało się wszelkie nadzieje. Czułam tam coś dobrego. Coś, co zagrzewa do dalszej walki, dodaje otuchy w trudnych chwilach. Kiedyś znalazłyśmy w nim małą szczelinę. Sonia włożyła tam popsuty zegarek, który miała zanieść do zegarmistrza. Zostawiła go tam, ponieważ nie chciała go zgubić podczas naszej przechadzki po lesie. Zegarek był bardzo cenny i bała się o niego. Gdy wróciłyśmy Sonia wyjęła go i okazało się, że jednak działa. Od tego czasu uznałyśmy to miejsce za nasze. Próbowałyśmy później jeszcze z innymi przedmiotami, ale na marne.
   Sonia uśmiechnęła się do mnie szczerym uśmiechem. Miała na sobie luźną, siwą bluzę, czarne legginsy i conversy o szarym kolorze. Na głowie miała czarną czapkę beanie. Sonia strasznie lubi się przebierać. Czasami nawet parę razy na dzień.
   - Hej – powiedziała. – To co, idziemy?
   - Jasne – uśmiechnęłam się do niej i wskazałam na północ. – Najpierw w tę stronę.
   Ruszyłyśmy bez słowa. Szłyśmy wolno, rozglądając się na wszystkie boki. Ja widziałam tylko piękne rośliny, mokry mech i gdzie niegdzie wielkie plamy błota. Nic poza tym. Żadnego śladu wilkołaków. Wreszcie odezwałam się:
   - Ciekawe co u Lux. Pisałaś z nią?
   - Tak, wszystko u niej dobrze. Znalazła już sobie nawet koleżankę.
   Lux to nasza przyjaciółka. Bardziej trzymała się z Sonią, ale ja nie byłam zazdrosna. Jej mama postanowiła przeprowadzić się do Europy, więc Lux musiała jechać z nią. Nigdy jej nie zapomnimy. Niedługo ma nas odwiedzić. Ona też wierzy w wilkołaki, więc gdyby mieszkała tu nadal, byłaby teraz z nami w tym lesie.
   - Jak ja bym chciała, żeby ona tu teraz z nami była… - powiedziałam zasmucona.
   - Ja też… - Sonia była bliska płaczu.
   Nagle zobaczyłam wielką kałużę błota tuż przed moimi nogami. Chciałam już iść dalej, gdy zauważyłam, że coś jest nie tak. Na jej środku znajdował się dosyć duży ślad wypełniony wodą deszczową. Nie mogłam się domyślić do jakiego zwierzęcia należy, ponieważ był strasznie zniekształcony, aż nagle mnie olśniło. Krzyknęłam do Sonii:
   - Tak! Znalazłam!
   Podeszła do mnie i spojrzała w to samo miejsce. Wytrzeszczyła oczy i otworzyła buzię w niemym uśmiechu.
   - Nareszcie! – Krzyknęła. – On jest trochę za duży jak na normalnego wilka. Nie sądzisz?
   - Tak – dodałam. – Poza tym w Arizonie nie ma wilków.
   Byłyśmy zachwycone naszym znaleziskiem. Chciałyśmy po prostu skakać ze szczęścia.
   - Czytałam w Internecie, na takiej stronce – odparła z entuzjazmem – że jeśli wypijesz wodę z takiego odcisku, to możesz stać się jednym z nich. Może warto spróbować?
  - W krytycznym przypadku. Jednak moja babcia mówiła, że jest tylko jeden sposób: ugryzienie. Wilkokrwiści mają coś w swojej ślinie. Nie zdradziła mi szczegółów. Myślę, że ona była dobrym źródłem. Przecież tylko dzięki niej wiemy jaka jest prawda.
  Moja babcia w dzieciństwie zawsze opowiadała mi na dobranoc bajki o wilkołakach. Uświadomiła mi, że to nie są złe istoty. Gdy byłam większa mówiła mi, że poznała jednego z nich. Był miłością jej życia, ale został zabity przez Łowców. Mogła opowiadać o nim dzień i noc. Sama chciała być jedną z nich, ale jej ukochany nie zdążył jej zmienić. Gdy umarła przysięgłam sobie, że znajdę chociaż jednego z nich.
   - A może zaczniemy jutro poszukiwania? Dziś nie mogę chodzić zbyt długo, bo jadę z ciocią na zakupy. Ale jutro na sto procent!
   - No dobra… Pogadamy w szkole, ok? – Zapytałam z ponurą miną.
   - Spoko. I sorry. Jutro na pewno. No to pa!
   - Pa – kiwnęłam jej ręką na pożegnanie.
   Ruszyłam z powrotem do domu, bo niby co mam tu sama robić? Szłam wolnym krokiem, więc gdy doszłam do domu było już ciemno. Ojciec pewnie w ogóle nie zauważył, że wyszłam, a mama jeszcze była w szpitalu.
   Wdrapałam się na przyczepę i wskoczyłam na balkon. Pchnęłam szklane drzwi i weszłam do środka. Wbiegłam do góry i rzuciłam się na łóżko. Moje życie nabrało sensu. Wreszcie miałam dowód na to, że nie jestem wariatką. Czasami nawet sama wątpiłam w moje wierzenia, ale nikomu tego nie mówiłam. Teraz moje wszystkie wątpliwości się rozwiały. Miałam potwierdzenie na to, że jeszcze nie zwariowałam. Moja babcia jednak miała rację. One naprawdę istnieją. Zeszłam na dół do kuchni, aby coś zjeść. Na szczęście ojczym nie wiedział, że mnie nie było. Jednak musiałam wysłuchać wykładu o tym, dlaczego nie mogę wagarować podczas lekcji i że czeka mnie miesiąc szlabanu. Potem weszłam do góry i włożyłam ciepły sweterek. Moje długie, brązowe włosy zaplotłam w ładny warkocz. Znalazłam w plecaku mój ulubiony zeszyt, a z piórnika wyjęłam ołówek. Otworzyłam dachowe okno i jak zawsze stanęłam na biurku. Włożyłam ołówek w zeszyt i wyrzuciłam go na dwór. Wyszłam przez okno i usiadłam na dachu garażu. Zeszyt zawsze zatrzymywał się w wąskiej szparze między dachem domu, a dachem garażu, więc nie obawiałam się, że spadnie. Usiadłam sobie wygodnie i wzięłam go do ręki, po czym otworzyłam i zaczęłam rysować w nim ołówkiem wilka. Malowałam tak przez parę minut, spoglądając na księżyc. Gdy już skończyłam wyrwałam kartkę z zeszytu. Położyłam go obok. Spojrzałam na kartkę podziwiając moje dzieło. Nagle wiatr wyrwał mi ją z ręki. Wstałam próbując ją złapać, ale poślizgnęłam się i straciłam równowagę. Turlałam się po dachu w dół. Byłam tuż przy krawędzi. Spadłam na plecy. Nagle usłyszałam:
   - Miałaś szczęście – pierwszy raz usłyszałam jego głos. – Gdyby tej przyczepy tu nie było, miałabyś połamane wszystkie kości.
   Usiadłam i zdałam sobie sprawę, że on ma rację. Siedziałam na dachu przyczepy mojego ojczyma. Spojrzałam na niego, a on uśmiechnął się lekko. Wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Szczupły z błękitnymi oczami i nadal w tej samej niebieskiej bluzie. Był bardzo przystojny, ale ja nie miałam zamiaru przechodzić jeszcze raz złamanego serca. Naprawdę przeszłam wiele w życiu. Mężczyźni zrobili mi dużo złego. Nigdy nie zapomnę jak grupka nachlanych nastolatków uratowała mnie przed gwałtem. W szpitalu psychiatrycznym pewien doktor próbował mnie molestować, ale skończyło się na tym, że miał złamany nos, a mnie posądzono o kłamstwo. Ale to dłuższa historia i nie mam zamiaru sobie tego przypominać. Często zastanawiałam się dlaczego to muszę być ja? Za co Bóg mnie tak kara? No dobra, może nie jestem wierzącą, ale to nie powód do tego aby się nade mną znęcać! Chociaż dzięki niemu wiem jacy chłopcy są naprawdę. Nie mam zamiaru przechodzić tego jeszcze raz. Najlepiej będzie jeśli będę go ignorować.
   Zeskoczyłam z przyczepy i zaczęłam szukać mojego rysunku. Nie mogłam go znaleźć.
   - Tego szukasz? – Zapytał, a ja zauważyłam, że trzyma w ręce mój szkic.
   Podeszłam do płotu i spróbowałam wyrwać mu kartkę z ręki. Niestety miał świetny refleks i w miarę szybko się odsunął.
   - Bardzo ładne – przyjrzał się dokładniej. – Ty to narysowałaś? Masz talent.
  Jednak nie dało go się ignorować. Miałam jeszcze jeden sposób, który polegał na wyzwiskach, ale Sonia próbowała poderwać jego brata, więc postanowiłam, że nie zachowam się tak jak zawsze.
   - Możesz mi to oddać? – Zapytałam nieco ostrzejszym głosem niż bym chciała.
   - Jestem Nate – powiedział. – A ty?
   Był na dobrej drodze do doprowadzenia mnie do białej gorączki. Naprawdę działał mi na nerwy.
   - Dlaczego wy wszyscy musicie być tacy wkurzający! Po prostu mi to oddaj! – Wściekłam się.
   - Okej, ale chcę wiedzieć jak masz na imię.
   Westchnęłam.
   - Bryn – powiedziałam z udawanym spokojem i wyciągnęłam rękę po kartkę.
   Oddał mi ją, a ja odwróciłam się na pięcie i wdrapałam się z powrotem na przyczepę.
   - Nie ma za co – odpowiedział sarkastycznie, ale ja nie zwracałam na niego uwagi.
   Jakoś udało mi się podciągnąć na dach. Złapałam zeszyt i włożyłam do niego mój szkic. Wskoczyłam przez okno dachowe z powrotem domowego pokoju i rzuciłam zeszyt na szafkę.
   Następnego dnia poszłam do szkoły z nadzieją, że Sonia pójdzie dziś ze mną do lasu. Niestety okazało się, że zachorowała i w ogóle nie ma jej w szkole. Zrezygnowana usiadłam w tylnej ławce. Nic mi się dzisiaj nie chciało. Nate, oczywiście wykorzystując to, że nie ma dziś w szkole mojej przyjaciółki, usiadł obok mnie.
   - Cześć – powiedział mój sąsiad.
   - Wolę siedzieć sama – odparłam.
   - Niestety dziś jesteś skazana na mnie – powiedział z szerokim uśmiechem.
   - Dlaczego? – Zapytałam ze złością.
   - Bo nie dam Ci spokoju.
   Ten chłopak doprowadzał mnie do szału! Co on sobie w ogóle myśli?! Już wstawałam, żeby usiąść na innym miejscu, gdy nagle złapał mnie za rękę i pociągnął z powrotem na siedzenie.
   - Zostań – namawiał mnie z poważną miną.
   - Po co? – Szepnęłam, ponieważ nauczyciel wszedł do klasy. – Żebyś mógł się ze mnie nabijać tak jak wszyscy?
   Wzięłam książki i poszłam do drugiej ławki. On zrobił to samo i znów siedział obok mnie.
   - Nie – powiedział spokojnie. – Dlaczego miałbym się z ciebie naśmiewać?
   A więc jeszcze nic o mnie nie wiedział. To była tylko kwestia czasu. Niedługo się dowie, ponieważ ludzie w mojej klasie, jakby to powiedzieć… lubią uprzedzać innych o różnych rzeczach.
   Resztę dnia spędziłam w samotności. Strasznie mi się nudziło. Nienawidzę, gdy Sonia jest chora. Nie mam wtedy co robić. Chciałam ją odwiedzić, ale napisała mi, że nie ma takiej potrzeby i, że jutro już będzie w szkole. Wróciłam, więc do domu zrezygnowana. Postanowiłam, że sama pójdę do lasu. Szukałam długo, lecz bez większych skutków. Nie znalazłam nic, co mogłoby oznaczać obecność wilkołaków, oprócz tamtego odcisku. W zasadzie to jego też nie było. Wróciłam w tamto miejsce, ale ktoś zamazał ślad. Nie było już odcisku, tylko błoto. Można było zauważyć, że ktoś w nim mieszał. Poszłam nad mój ulubiony strumyk. Usiadłam sobie przy brzegu i zapatrzyłam się w taflę wody. Chwyciłam mały kamyk i wrzuciłam go do wody. Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Spojrzałam za siebie, ale w tym cieniu nie było nic widać. Moją uwagę znów przykuły coraz większe prążki na wodzie, ale tym razem nastawiłam uszy. Usłyszałam szelest liści, a potem dźwięk łamanej gałązki. Chwyciłam większy kamień ukryty w wilgotnym mchu i wstałam. Odwróciłam się i krzyknęłam do ciemności czającej się pośród drzew:
   - Ktoś tam jest? – Mój głos trochę zadrżał. – Pokaż się jeśli masz chociaż trochę odwagi! – Zacisnęłam palce na kamieniu.
   Przyjrzałam się ciemności i nagle zobaczyłam w niej żółte oczy. Stałam tam jak posąg. Nie mogłam się ruszyć. On zbliżał się do mnie powoli. Już chciał wyjść z cienia na światło, gdy nagle usłyszałam wycie. Zwrócił oczy w stronę dochodzącego dźwięku i cofnął się w tył. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i uciekł.
   Drżącymi rękami wyjęłam telefon z kieszeni i wybrałam numer Sonii. Odebrała po kilku sygnałach:
   - No, co tam?
   - Sonia! Nawet nie wiesz co przed chwilą się wydarzyło! – Krzyknęłam do słuchawki. Byłam tak podekscytowana, że dziwiłam się, że w ogóle mogę mówić, ponieważ żołądek mi się zacisnął.
   - Nie krzycz tak, bo mi bębenki pękną – usłyszałam zdenerwowany głos Sonii.
   - Widziałam wilkokrwistego! Przy strumyku!
   - Na serio? – Była tak samo podekscytowana jak ja.
   - Tak! Przecież wiesz, że ja nie kłamię. Jutro przyjdziemy tu razem!
   - O matko! Nie będę mogła dziś spać!
   - Ja też! To widzimy się jutro w szkole i wszystko ci dokładnie Ci opowiem, okej?
   - Jasne. To do jutra!

7 komentarzy:

  1. O rajciu!!! Chyba ściągnęłam Ciebie i rozdział myślami :). Właśnie dzisiaj zastanawiałam się, kiedy pojawi się ciąg dalszy. A tu proszę: jest!!! Hura!!! Wspaniale to wszystko opisałaś :). Z tym "tyłkiem" i "podcieraniem" to dałaś do pieca :D. A ten wilk to pewnie Nate??? Mam rację??? Czekam na więcej!!! Pozdrawiam :D

    Ps. Kochana, popraw sobie wyraz "pokaż" :D. Sorka, ale mi się w oczy rzuciło :D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Późno ale dodaję komentarz. Coraz lepiej piszesz! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląd bloga, nagłówek, wszystko idealnie pasuje. Już nie powiem co do pisania, masz talent!
    Zapraszam na mojego bloga ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze powiedziawszy natrafiłam na twojego bloga zupełnie przypadkiem i gdy tylko zobaczyłam tytuł musiałam tu zabawić dłużej. Tak ja fanka wilków.
    Od razu Ci mówię ,że kompletnie powalił mnie twój nagłówek. Jest naprawdę świetny. Gratuluję ;).
    Czytając i prolog i rozdziały doszłam do wniosku ,że masz naprawdę talent do pisania albo jak to woli "lekkie pióro". Gratuluję Ci tego i mogę Ci obiecać ,że zabawię tu dłużej ;).
    Black Star

    czego-oczy-nie-widza.blogspot.com <---- opowiadanie fantasty! Pojawił się już pierwszy rozdział!
    czarna-otchlan-pustki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Ooo... coraz bardziej mi się podoba. Mamy tu jakąś tajemiczą postać, dociekliwość bohaterek i fakt że istnieją wilkołaki. Ciekawa jestem czy dziewczyny w końcu spotkają kogoś z watahy (mam nadzieję, że tak). Wybudowałaś trochę napięcia i przez to nasunęło mi się wiele pytań... Chetnię poczytam dalej... jest wspaniale :)

    OdpowiedzUsuń