sobota, 3 maja 2014

Rozdział 5

   Oczywiście Sonia musiała się przebrać. Wybiegła z domu cała na czarno z ogromną torbą w ręce. Wrzuciła ją do bagażnika i wsiadła za kierownicę swojego dodge’a challenger’a z 1969 roku. Przez całą drogę do Lake Havasu City śpiewałyśmy piosenki razem z samochodowym radiem. Miałyśmy niesamowicie kolorowy humor. Obie nieźle fałszowałyśmy, ale nie przeszkadzało to nam, bo bawiłyśmy się świetnie.
   Powoli robiło się ciemno. Chmury na niebie przybrały piękny odcień różu i żółci. Mimo iż jechałyśmy ponad godzinę miałyśmy wrażenie, że dopiero wyjechałyśmy z podwórka Sonii. Nie można też zaprzeczyć, że samochód pruł przez autostradę niczym ferrari. Na dworze robiło się coraz zimniej i Sonia pożyczyła mi bluzę, którą wyciągnęła z torby. Oczywiście już wcześniej wiedziała, że będę jej potrzebować. Zaparkowałyśmy dodge’m z dala od farmy Corcina, ponieważ Sonia nie chciała, aby wyglądał podejrzanie na tym pustkowiu. Zjechała na bok drogi i schowała samochód za krzakami. Najlepiej, żeby nikt nas nie widział w tej okolicy. Dobrze, że dodge jest czarny, pomyślałam. Sonia zarzuciła torbę na ramię i ruszyłyśmy w stronę posiadłości. Na niebie nie było już ani jednej chmury i gdzieniegdzie można było dostrzec blask gwiazd.
   - Wyglądasz jak przestępca – zwróciłam się do Sonii. – Brakuje Ci tylko kominiarki.
   Dżinsy, bluzka, buty – wszystkie ubrania Sonii były czarne. Nawet swoje jasne włosy jakąś minutę temu, gdy weszłyśmy na polną drogę, schowała pod czapką, którą naciągnęła sobie aż do brwi.
   - Tak w zasadzie to jest w torbie – odparła.
   - Co?! Skąd masz kominiarkę? – krzyknęłam trochę głośniej niż bym chciała.
   - Żartuję – uśmiechnęła się. – Bardzo łatwo Cię nabrać. Ale w tych ciuchach będę niewidzialna. Wyobraź sobie mnie w wersji catwoman. Seksowna to moje drugie imię. Tylko, że o mnie wszyscy będą wiedzieć. Będę kąpać się w wannie pełnej gotówki…
   - Marzenia to ty możesz mieć – westchnęłam z uśmiechem.
  Szłyśmy przez chwilę w ciszy, gdy Sonia odparła:
   - Mieszkasz w fajnej dzielnicy.
   - Dlaczego? – spytałam.
   - Bo mieszkają tam dziwni ludzie.
   - Dzięki – odparłam ironicznie.
   - Nie, po prostu ta ulica jest sama w sobie dziwna. Ciągle ktoś się tam wprowadza i wyprowadza… I ginie – kopnęła kamyk leżący na drodze. – Pamiętasz Kate Gaskins?
   - No…
   - Już jej nie ma, ale i tak wszyscy o niej gadają. Nawet po śmierci. Tylko teraz nikt nie pamięta jaką była suką.
   Kate Gaskins była najokropniejszą ze wszystkich dziewczyn w naszej budzie. Miała długie czarne włosy i jasną karnację. Jej ciemne oczy wyglądały jak węgle, a wystające kości policzkowe podkreślały jej piękną urodę. Cały czas bawiła się chłopcami. Miała trzech albo czterech na raz. Uwielbiała też podrywać zajętych. Była najwredniejszą suką w całym mieście. Nic jej się nie podobało i lubiła upokarzać innych. Szczególnie dziewczyny przed chłopakami.
   - Wiesz, jej śmierć to była ogromna sensacja – powiedziałam. - Między innymi, dlatego że nadal szukają mordercy.
   - Ale żeby aż tak ją oszpecić? Ble…
   Znaleziono ją w lesie trzy kilometry od strumyka. Podobno miała na czole głębokie blizny, które tworzyły napis „dziwka”. Patyki w oczach były wepchnięte aż do kości potylicznej. Miała nierówno ogoloną głowę, a jej język leżał parę metrów dalej. A tak przynajmniej słyszałam.
   Doszłyśmy do płotu posiadłości. Budynek był w kształcie bloku. Miał łososiowy kolor wypłowiały od deszczu. Prawie wszystkie okna były powybijane przez wandali, więc na pewno nikt tu nie mieszkał. Zamiast drzwi, dom miał deski przymocowane do futryny. Cała posiadłość wyglądała na bardzo starą, ale tak naprawdę była zbudowana zaledwie dwadzieścia lat temu. Na podwórku leżały różne zardzewiałe starocie takie jak rowery czy drzwi od samochodu.
   - Wygląda strasznie – odparła Sonia. – Wejdziemy tam i jeszcze coś nas pożre, tak jak w horrorach.
   - Nie przesadzaj – powiedziałam kpiąco. – Może i wygląda strasznie, ale to zwykły dom. Jak wejdziemy?
   - Mam plan – powiedziała i rzuciła swoją torbę obok drzwi wejściowych. Otworzyła ją i wyjęła metalowy łom. Spojrzałam na nią z lekkim zaskoczeniem, chociaż mogłam się tego po niej spodziewać, ona często wymyśla coś głupiego. Sonia zawsze była, jest i będzie nieprzewidywalna. Nie zważając na mnie wzięła się za wyrywanie desek przybitych do futryny. Byłam trochę sfrustrowana. Przełknęłam ślinę, po czym odchrząknęłam.
   - Nie sądzisz, że ktoś może zauważyć, że deski są wyrwane? Od razu będzie widać, że ktoś się włamał.
   - No co? Masz lepszy plan?
   - A może tak przez okno? – zasugerowałam.
   - Ugh… niepotrzebnie wzięłam ten łom.
   - A ja wcale nie chcę wiedzieć skąd go wytrzasnęłaś – powiedziałam ironicznie.
   - Kiedyś ci opowiem…
   Sonie schowała narzędzie do torby i razem podeszłyśmy do najbliższego, wybitego okna. Niestety z każdej strony wystawały ostre kawałki szkła.
   - Może jednak twój łom się przyda – odparłam.
   - Zdecyduj się wreszcie…
   Wyjęła go i podała mi. Wybiłam resztę szkła i zrzuciłam je, za pomocą łomu, na ziemię.
   - Kto pierwszy? – spytała Sonia.
   - Ja – odparłam bez zastanowienia i oddałam jej narzędzie. Położyłam ręce na parapecie i podciągnęłam się, aby łatwiej wejść. Wskoczyłam do środka i krzyknęłam do Sonii: - Wchodź!
   Wrzuciła torbę przez okno i weszła za nią. Wyciągnęła dwie latarki i podała mi jedną. Było już całkiem ciemno, więc musiałam ją włączyć. Rozejrzałam się po pokoju. Byłyśmy w kuchni. Śmierdziało tam niemiłosiernie. Podeszłam do blatu i zauważyłam zieloną jajecznicę z ogromnym kożuchem. Miała jakieś dwa tygodnie, więc ktoś niedawno tu był. Zatknęłam nos ręką i skrzywiłam się. Skierowałam latarkę na inną część pokoju. Stał tam duży stół z krzesłami. Leżały na nim jakieś mapy, zeszyty i kartki. Wszystko było porozwalane. Niektóre rzeczy leżały na ziemi. Zimny wiatr wpadający przez okna rozwiewał część kartek. Zaczęłam przeglądać co popadnie, ale nic ciekawego nie znalazłam. W końcu moją uwagę przykuła mapa Arizony z czerwonymi kropkami na poszczególnych miastach. Ostatnia i największa znajdowała się na Lake Havasu City, gdzie właśnie się znajdowałyśmy. Corcin bez wątpienia był Łowcą i wytropił jakiegoś wilkołaka aż tutaj, który po zabójstwie pewnie uciekł gdzie pieprz rośnie.
   - Po co my tu właściwie jesteśmy? –spytałam.
   - Mam przeczucie, że znajdziemy coś ciekawego.
   - Policja na pewno wszystko skonfiskowała.
   - Ale policja nie wie, że Łowcy mają tajne skrytki.
   - A mają?
   - Na pewno. Może jakąś znajdziemy, a jak nie to trudno –wzruszyła ramionami.
   Westchnęłam i rzuciłam mapkę z powrotem na stół. Odwróciłam się i weszłam do o wiele większego salonu. Na środku znajdowała się ogromna sofa, która z trudem utrzymywała się na własnych nogach, ponieważ była porozrywana na strzępy. Ze stolika na kawę została sterta desek, a plazmowy telewizor był rozerwany na dwa kawałki. Jasna farba ze ścian odpadała razem z tynkiem. Nagle Potknęłam się o rozwaloną lampę i upadłam ciężko na ziemię. Moja latarka poturlała się w stronę kanapy.
   - Nic Ci nie jest? – zapytała Sonia i pomogła mi wstać.
   Pokiwałam przecząco głową i podnosząc latarkę zauważyłam małe wypuklenie pod dywanem. Podniosłam jego róg i zobaczyłam mały mosiężny uchwyt, który był przymocowany do niewielkiej klapy. Spróbowałam ją podnieść, ale stała na niej kanapa.
   - Pomóż mi – powiedziałam do Sonii i razem odsunęłyśmy ją na bok. Nie było to trudne, gdyż, jak się okazało, miała zamontowane kółka, które poruszały się po metalowej szynie. Przyjrzałam się dokładniej i dostrzegłam mały mechanizm. Pewnie był na jakiegoś pilota.
   Otworzyłam klapę i zobaczyłam kamienne schody, które prowadziły na sam dół. Stanęłam na pierwszy stopień i ostrożnie, bez najmniejszego hałasu zeszłam po kolejnych. Dalej poszłam wąskim korytarzykiem, który skręcał w lewo. Na jego końcu znajdowały się drzwi. Ze szpary między nimi a podłogą wydobywało się mętne światło. Podeszłam bliżej i przyłożyłam ucho do drzwi. Usłyszałam szumiący skowyt jakiegoś rokowego radia. Potem niski, męski głos zaczął nucić wraz z rockmenem. Przełknęłam głośno ślinę i pokazałam Sonii stojącej za mną, że ma się zachowywać bardzo cicho. Zgasiłyśmy latarki. Położyłam dłoń na lodowatej klamce, ale bałam się je otworzyć. Z pewnością ktoś na nimi był. Tylko kto? Łowca? Corcin przecież nie żyje. Może ktoś z jego rodziny? Jeśli znalazł skrytkę, jest z pewnością Łowcą. Co zrobi jak nas zobaczy w swojej kryjówce? Ja może bym sobie z nim poradziła, ponieważ ćwiczyłam różne sztuki walki (niestety każdej po trochu), ale bałam się o Sonię. Nie będę w stanie obronić nas dwie, a jej dodge stoi daleko. I jeszcze ta duża torba, którą tu przywlokła… Z drugiej strony co ma być to będzie, pomyślałam i bezszelestnie otworzyłam drzwi. Wyjrzałam przez nie i zobaczyłam młodego chłopaka siedzącego tyłem do mnie przy masywnym sosnowym biurku. Siedział lekko kiwając się w rytm radia, fałszował śpiewając razem z nim. W rękach trzymał dwa kawałki metalu i próbował je jakoś ze sobą złączyć. Na biurku leżała sterta papierów, na których były namalowane plany nowych broni, a obok nich stała świeczka. Na wprost drzwi na ścianie, obok jego głowy, wisiała ogromna tablica z mapą całej ameryki północnej. Do poszczególnych miejsc były przypięte pineskami białe kartki, na których były informacje o wilkołakach. To z pewnością Łowca, pomyślałam, chyba syn Corcina, który niedawno „zaginął”. Pchnęłam drzwi, aby lepiej widzieć, ale tak naprawdę to mnie zgubiło. Z zawiasów wyrwało się zawodzące skrzypienie. Chłopak automatycznie przestał się bujać i nucić. Wyprostował się i zastygnął w bezruchu, a ja wiedziałam, że musimy uciekać. Puściłam klamkę i z zaciśniętymi ustani pokazałam Sonii, że musimy się jak najprędzej stąd wydostać. Biegłyśmy dosłownie na palcach. Może uzna, że to przeciąg, pomyślałam. Już byłyśmy przy schodach, gdy nagle klapa się zamknęła i usłyszałyśmy jak kanapa porusza się na swoich szynach. Już po nas.
   - O boże! – szepnęła Sonia. – On nas zabije!
   Wbiegłam po schodach i próbowałam otworzyć właz, ale na nic. Zaczęłam walić w niego rękami z całej siły, ale udało mi się go podnieść tylko na dwa centymetry, nawet z pomocą Sonii.
   - Pomocy! – krzyknęła.
   - Cicho – szepnęłam.
   - To bez różnicy! I tak nas słyszał!
   Nagle wpadłam na pomysł. Nie dam mu się tak łatwo złapać.
   - Gdzie masz torbę, potrzebuję łom.
   - Nie mam. Została na górze.
   No to kicha.
   Nagle usłyszałyśmy ciężkie kroki. Na schodach wypadły nam latarki, więc było całkiem ciemno. Nie było nic widać. Oddychałyśmy bardzo szybko i ciężko. Nagle coś wciągnęło Sonię w jeszcze ciemniejszy mrok. Dostała czymś w głowę i upadła. Nie odzywałam się i wstrzymałam oddech. Może pomyśli, że była tylko jedna. Wtedy dopadnę go w jasnym pomieszczeniu i razem z Sonią uciekniemy. Niestety tutaj nie miałam szans. Przecież nie jestem nietoperzem. Jak mam pokonać napastnika skoro go nie widzę? Powoli wypuściłam powietrze, ponieważ nie mogłam dłużej go wstrzymywać. Nagle ktoś złapał mnie za nadgarstek, a ja wykorzystując sytuację domyśliłam się, że niedaleko ręki jest brzuch. Zamachnęłam się kolanem i trafiłam. Puścił mój nadgarstek, a ja pognałam w stronę oświetlonego pokoju. Niestety potknęłam się o nieprzytomne ciało mojej przyjaciółki i zanim zdążyłam się podnieść też dostałam w głowę.