niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 6

   Kiedyś miałam przyrodniego brata. Moja mama, gdy była młoda, zaszła w ciążę. Nie była wtedy żonata, więc jej wystraszony chłopak odszedł, gdy się o tym dowiedział. Mama urodziła Michel’a i wiodła spokojne życie w małym domku w Kansas. Gdy chłopiec miał pięć lat, poznała mojego ukochanego ojca i urodziła mnie. Oczywiście wzięła ślub i przeprowadziła się do Arizony wraz z ukochanym. Byliśmy naprawdę szczęśliwą rodziną, dopóki tata nie został zamordowany. Od tego czasu wszystko zaczęło się sypać. Rok później zmarła jego matka – babcia Cynthia. Mama ożeniła się drugi raz, a Michel bardzo poważnie zachorował. Wszyscy mówili mi, że to nerwica, ale ja wiedziałam, że ma schizofrenię. Był jedynym chłopakiem, któremu ufałam. Dosłownie chodziłam za nim krok w krok i aż dziwne, że nie przeszkadzało mu to. Interesował się magią. Kochał pokazywać mi różne sztuczki. Zawsze mnie uczył, gdy o to prosiłam.
    Któregoś dnia postanowił odejść. W tak krótkim czasie straciłam trzy najważniejsze osoby w moim życiu. Byłam już wtedy dojrzała, ale i tak nadal zastanawiam się jak mógł to zrobić. Pewnego dnia, gdy miałam piętnaście lat, a on dwadzieścia, powiedział:
   - Mam zamiar zrobić największą sztuczkę w moim życiu. Tylko potrzebuję spokoju i nie możesz mi przeszkadzać, okej?
   - Spoko – odparłam. – Trochę nietypowa prośba, ale da się zrobić. A na czym będzie ta sztuczka polegała?
   - Nauczę się latać.
   - Oooo… To coś nowego. Nauczysz mnie też?
   - Nie, to tajemnica.
   - No weź… Nie bądź taki… - zrobiłam smutne oczka.
   Uśmiechnął się i powiedział:
   - Dam ci coś – wyjął kartkę z tylnej kieszeni spodni. – Tutaj jest wszystko wytłumaczone, ale obiecaj mi, że spojrzysz na to dopiero po wszystkim.
   - Okej, to brzmi dziwnie –chwyciłam kartkę. – Ale obiecuję.
   - Bryn, wiesz, że cię kocham?
   - Ta, jasne. Nie podlizuj się.
   Na jego ustach pojawił się ponury uśmiech. Przytulił mnie mocno i powiedział:
   - Na razie nie czytaj tego.
   Wyszedł z domu i wsiadł do autobusu. Nałożyłam kaptur na głowę i niepostrzeżenie wślizgnęłam się tylnym wejściem na siedzenie. Pewnie idzie poćwiczyć sztuczkę, pomyślałam. Nie mówił nic, że nie mogę go śledzić. Gdy dojechaliśmy ruszył w stronę swojego ulubionego miejsca. Szłam za nim bezszelestnie. Pamiętam to jak by to było wczoraj. Wszedł na ten przeklęty, drewniany mostek i spojrzał w dół kanionu Kolorado. Westchnął, a ja cały czas obserwowałam go bacznie. Nagle chwycił barierkę i podciągnął się. Następnie stanął na niej chwiejnie. Myśli napływały do mnie niczym gwałtowna fala. Zrozumiałam na czym będzie polegała ta jego „sztuczka”.
   - Michel! – krzyknęłam i zaczęłam biec w jego stronę.
   On tylko spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Zauważyłam płynne ruchy jego warg. Nie byłam w stanie zrozumieć co chciał powiedzieć, ponieważ krew całkowicie odpłynęła mi z głowy. Nie byłam w stanie myśleć. W połowie mojej drogi, rozłożył ręce i runął w dół niczym zraniony ptak w niekończącą się czeluść kanionu Kolorado.
   Nie zdążyłam. Gdybym była chociaż odrobinę szybsza.
   Odrobinę.
  Spojrzałam w dół zaciskając palce na barierce, w miejscu, gdzie przed chwilą stał jeszcze mój brat. Zobaczyłam jak wpada do wody. Moje myśli wirowały wokół jednego pytania: Dlaczego? Łzy spływały mi po policzku w bezgłośnym płaczu. Upadłam na kolana wciąż zaciskając jego kartkę w dłoni.


Do Bryn.

To już koniec. Koniec dla mnie. Trudno mi dobrać odpowiednie słowa, zresztą pewnie takich nie ma. Uciekam przed samym sobą. Nie mogłem już dłużej wytrzymać. Sam siebie nie poznaję. Nie wiem kim jestem i dokąd mam iść.
Przepraszam Cię.
Przepraszam za to co zaraz zrobię, a raczej co zrobiłem.
Nie. To nie przez Ciebie, Bryn. Ty zawsze dawałaś mi nadzieję. Nadzieję na to, że kiedyś będzie lepiej. Próbowałaś zapobiec nieuniknionemu, ale ono zawsze nadchodzi.
Naprawdę próbowałem zrozumieć moją chorobę. Ale, gdy byłem już tuż tuż, znów ich widziałem i słyszałem. Oni mi każą to zrobić. To nie jest wytłumaczenie, ale ja po prostu chcę, aby przestali szeptać. Boję się dalej szukać odpowiedzi na to jak ich powstrzymać. Mój świat odchodzi w zapomnienie. Teraz liczą się tylko oni. Wszędzie ich widzę, nie dają mi spokoju. Niedawno byłem u lekarza. Moja choroba jest już prawie na najwyższym etapie.
Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Bardzo Cię kocham i przepraszam, że jestem taki samolubny, myśląc tylko o sobie. Ale tylko wtedy będę szczęśliwy. Mam nadzieję, że nie pójdziesz w moje ślady. To byłoby najgorsze co mogłabyś zrobić. Gdyby nie ty, to już dawno nie byłoby mnie tu. Twój uśmiech dawał mi szczęście. Wiem, że jesteś silna. Wiele już przeszłaś. Nie daj się stłamsić tym łajdakom. Zawsze krocz swoją drogą, a jak będzie trzeba to daj komuś w nos. Nie porzucaj swoich marzeń, bo na pewno się kiedyś spełnią. Zawsze dobrze czyniłaś. Dobrze sobie radziłaś. Nawet beze mnie. Żyj tak po prostu.
Do zobaczenia po drugiej stronie. Jeśli w ogóle taka jest…


Twój kochany Michel


   Zostałam gwałtownie wyrwana ze wspomnień. Czułam lodowatą wodę na twarzy i szyi. Przypadkiem wciągnęłam ją nosem i zakrztusiłam się. Wtedy poczułam, że coś zimnego oplata moje ręce. Chyba kajdanki. Siedziałam na ziemi nadal krztusząc się wodą. Otworzyłam oczy, ale oślepiło mnie rażące światło.
   - Pobudka – usłyszałam kpiący głos i drugi raz dostałam w twarz zimną wodą.
   Tym razem przezwyciężyłam światło i spojrzałam na chłopaka. Miał krótkie blond włosy i jakiś metr osiemdziesiąt wzrostu. Jego brązowe oczy spoglądały na mnie wrogo. Rozejrzałam się po pokoju, w którym wcześniej go widziałam. Obok mnie siedziała Sonia. Obie byłyśmy przypięte kajdankami do metalowej rury od wody. Po policzkach Sonii spływały łzy strachu. Chciałam uwolnić ręce, ale nigdy jeszcze nie próbowałam wyślizgnąć się z kajdanek. To zajmie trochę czasu.
   Chłopak pochylił się nade mną i zimną dłonią złapał za mój mokry podbródek. Uniósł go trochę, abym patrzała mu prosto w oczy.
   - Przysłał dwie łamagi po mnie? –spytał z chytrym uśmieszkiem. – Nie jesteście zbyt dyskretne. Myślałem, że znowu jakieś dzieciaki się pałętają po tej starej ruderze. Ale skoro zeszłyście aż na dół… - nagle coś rozbłysło w jego oczach i powiedział z fascynacją: - Niewiarygodne jak łatwo was złapać. Na pewno nie przyszłyście tu, aby mnie zabić, więc po co?
   - Dlaczego miałybyśmy Cię zabijać? Ah, już wiem – odparłam – ktoś skapnął się, że taki psychol jak ty jest niebezpieczny dla społeczeństwa?
   - Haha, bardzo śmieszne. Po co tu jesteście? –zapytał ostrzejszym tonem.  – To jakaś pułapka? Wy odwrócicie uwagę, a on tym czasem… cholera!
   Odwrócił się od nas w zadziwiająco szybkim tempie i wybiegł ze swojej „tajnej” piwnicy.
   Cały czas próbowałam wyciągnąć chociaż jedną rękę z ucisku kajdanek.
   - Bryn, co to za koleś? – spytała przestraszona Sonia. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak zdruzgotanej.
   - To chyba syn Corcina. Pamiętasz? Zaginął parę tygodni przed śmiercią ojca. Nie myślałam, że żyje.
   - Co on nam zrobi? – z jej oczu popłynęły łzy.
   - Nic. Nie dopuszczę do tego.
   Tak. Nie pozwolę na to choć miałabym zginąć, co w tym przypadku jest bardzo prawdopodobne. Nie pozwolę jej skrzywdzić.
   - Bryn, ale do czego ty nie dopuścisz? Jesteś przywiązana, ja tak samo. Nic nie zrobisz…
   Tak bardzo nie chciałam, aby coś jej się stało. Gdybym się nie wywaliła i nie znalazła tej klapy… Dlaczego ja zawsze muszę wejść w coś takiego? Dlaczego nie mogę normalnie żyć? Chyba mam talent do ściągania kłopotów. Drugi raz nie pozwolę zginąć bliskiej mi osobie. Teraz postaram się być o jeden krok dalej. Odrobinę, która może zaważyć...
   Do pokoju wpadł chłopak. Był cały zdyszany i ledwo trzymał się na nogach.
   - Nigdy go nie dostanie – odparł i włożył coś srebrnego do tylnej kieszeni dżinsów. – A może wy miałyście go ukraść? Tak, to by miało sens. Louis pewnie po was przyjdzie. A wtedy go zabiję. I was.
   - Jaki Louis do cholery?! – wybuchłam. – Jesteśmy tu na własną rękę. Poza tym nie jestem złodziejem!
   Ale niedługo nim się stanę. Ciekawe co trzyma w tej swojej kieszeni. Co jest aż tak ważne?
   - Tak, tak. Nie jestem głupi. Poczekam na niego, a jeśli nie przyjdzie to wasze flaki znajdą się na mojej podłodze.
   Usiadł za biurkiem i zaczął bawić się scyzorykiem. Włączył z powrotem stare radio i położył nogi na biurko.
   - O co Ci chodzi? – spytałam. - Jesteśmy normalnymi licealistkami. Kończymy dopiero pierwszą klasę… Przyjechałyśmy tu z ciekawości.
   - Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, nie sądzisz? – nawet na mnie nie spojrzał.
   - Wypuść chociaż ją – wskazałam podbródkiem na Sonię. – Ona nie zasługuje na to.
   - A ty zasługujesz? – zaszczycił mnie spojrzeniem, a na jego ustach pojawił się kpiący uśmiech.
   - My nic nie zrobiłyśmy! – krzyknęła Sonia.
   - Wypuść ją – powiedziałam po raz drugi.
   Chłopak westchnął i wstał z krzesła. Najpierw podszedł do Sonii, uderzył ją z całej siły w twarz i powiedział:
   - Moja droga. Na mnie się nie krzyczy. Najlepiej w ogóle się nie odzywaj. Uderzyłem Cię tylko dlatego, że wyglądasz na delikatną, a nie chcę oszpecić tak pięknej dziewczyny. Za to ty… - zwrócił się do mnie – to już inna sprawa. Widzę, że aż rwiesz się do walki. Ale to nie ty ustalasz zasady. To ja mam władzę – przyłożył mi końcówkę scyzoryka do brody i uniósł go wyżej tak, że przebił się przez skórę i zatrzymał na kości. Spojrzał na swój nożyk i z zadowoleniem patrzał jak spływa po nim w dół moja krew.
   Cholernie bolało, ale nie mogłam okazać słabości.
   Spojrzał mi w oczy i powiedział:
   - Zadziwiające. Nawet nie drgnęłaś. A co powiesz na to? – spytał i wbił mi scyzoryk w udo.
   Zacisnęłam zęby z bólu.
   - No. Teraz to rozumiem.
   - Zostaw nas w spokoju… - powiedziała błagalnym głosem moja przyjaciółka. – Proszę.
   Drugi raz uderzył ją w twarz.
   - Mówiłem Ci, że nie masz się odzywać, suko! Zaraz utnę Ci ten język i już więcej tego nie zrobisz! – wyciągnął nóż z mojej nogi.
   Nie pozwolę skrzywdzić Sonii. Ani teraz, ani nigdy. Znamy się od podstawówki i nigdy się na niej nie zawiodłam, tak jak na Michel’u. Patrząc jak chłopak do niej podchodzi przeżywałam to samo co na moście. Odrobina… tyle starczyłoby, żeby go uratować. Niestety byłam zbyt słaba. Za wolna. Nie chcę popełnić tego samego błędu. W oczach zbierały mi się łzy. Nie potrafiłam wyciągnąć rąk z kajdanek. Tak cholernie się bałam o życie mojej przyjaciółki. Dlaczego nie skoczyłam zaraz po Michel’u? Dlaczego nie skróciłam sobie mojego beznadziejnego życia? Zawsze myślałam, że będzie lepiej, ale tak naprawdę oszukiwałam samą siebie. Nigdy nie będzie dobrze. Straciłam tatę, babcię, potem brata i teraz stracę Sonię.
   Wiem, że jesteś silna, słowa Michel’a rozbrzmiewały w mojej głowie.
   Teraz wiem dlaczego nie skoczyłam. Przed skokiem coś powiedział. Nie wiedziałam co, ale teraz już wiem. Jego usta wypowiedziały: Nie poddawaj się.
   Masz rację Michel. Nie poddam się tak łatwo.
   Skupiłam całą siłę w jednej ręce i szarpnęłam. Nie tracąc czasu zamachnęłam się drugą ręką i z całej siły uderzyłam kajdankami chłopaka w twarz. Przewrócił się i upuścił scyzoryk, który poleciał na drugą stronę pokoju. Zaczęłam kopać go z całych sił po głowie, ale on zakrył ją rękami i pewnie w ogóle nic mu nie zrobiłam.
   - Odsuń się! – usłyszałam męski głos za moimi plecami.
   Ktoś mnie popchnął i znalazłam się tuż przy Sonii. Przebiegł obok nas i rzucił się na blondyna.
   - Uciekajcie! – krzyknął.
   Nie tracąc ani chwili podbiegłam do biurka i zaczęłam szukać kluczyka od kajdanek dla Sonii. Znalazłam go w szufladzie pod papierami. Kątem oka zobaczyłam, że chłopcy turlają się po ziemi. Gdzieś błysnęło ostrze noża, ale nie miałam czasu, aby obserwować przebieg zdarzeń. Uwolniłam Sonię od kajdanek i powiedziałam:
   - Idź do samochodu i podjedź pod dom. Jeśli nie będę stała przy furtce to jedź dalej, rozumiesz?
   - Ale Bryn… nie ruszę się bez ciebie…
   - Rozumiesz? – spytałam drugi raz. – Muszę jeszcze coś wziąć.
   - Ale…
   - Idź już! – krzyknęłam, a Sonia przytuliła mnie i wybiegła z piwnicy.
   Wiem, że jestem głupia, ale jak coś sobie postanowię to nie ma bata. Musiałam się dowiedzieć czego tak chronił ten blondyn. Teraz zauważyłam, że obydwaj stoją i próbują się nawzajem pobić, lecz zazwyczaj trafiali w powierzę w miejscu, w którym przed chwilą stał przeciwnik. Wykorzystując sytuację, zaszłam blondyna od tyłu i kopnęłam go z całej siły w łydki. Upadł na kolana, co dało przewagę temu drugiemu, który walnął blondynowi z łokcia w obojczyk. Upadł, a ja szybko wyciągnęłam mu coś dużego i zimnego z kieszeni. Nie zdążyłam zobaczyć co to takiego, ponieważ psychopata złapał tego drugiego za nogi i pociągnął na podłogę. Tam udało mu się wbić przeciwnikowi swój scyzoryk w klatkę piersiową.
   Odwróciłam się i zaczęłam uciekać, lecz nie zdążyłam. Złapał za kajdanki, które nadal wisiały na jednej z moich rąk i pociągnął. Popchnął mnie na ścianę i przycisnął szyję swoją ręką.
   - Sama chciałaś – warknął – teraz będę musiał zakopać się w ogródku!
   Przycisnął rękę mocniej, a ja coraz szybciej traciłam powietrze. Do tego jeszcze ten ból…
   Nagle wciągnął powietrze a jego oczy zrobiły się większe. Poczułam na brzuchu ciepło i dotyk czyjejś pięści. Nagle ucisk blondyna zelżał i całkiem odsunął rękę. Potem ktoś zabrał pięść z mojego brzucha i syn Corcina osunął się bezwładnie na ziemię. Patrzałam jak jego ubranie powoli robi się szkarłatne, tak samo jak podłoga wokół niego. Spojrzałam na brzuch, bo tam było najwięcej krwi. Nie dziwię się. Miał tam wielką dziurę. Jakby ktoś…
   Spojrzałam na wysokiego bruneta stojącego przede mną. Ścisnęłam mocniej w ręce to co ukradłam. Na policzkach miał krople krwi. Jego szara bluza zamoczona w szkarłacie miała wcięcie w klatce piersiowej, ale scyzoryka nie było widać. Z pewnością była umaczana nie tylko w jego krwi. Spojrzałam trochę niżej. Jego ręka była cała w tej okropnej substancji, która jeszcze obficie kapała na podłogę.