środa, 23 lipca 2014

Rozdział 7

   - Musiałem to zrobić – odparł.
   Nadal przyciskałam plecy do ściany. Bałam się, że mnie skrzywdzi. Normalny człowiek nie byłby w stanie przebić pięścią drugiego na wylot. Miałam ogromne szczęście, że jego zakrwawiona pięść zatrzymała się na moim brzuchu. Na pewno był wilkołakiem. Byłam tego prawie pewna. Serce biło mi niewiarygodnie szybko. On zabił człowieka. Na moich oczach. Przez dłuższy moment nie byłam w stanie nic wydusić patrząc na trupa, ale w końcu opamiętałam się i powiedziałam z goryczą:
   - Nic nie musiałeś – serce nadal biło mi jak szalone. Widziałam już wiele krwawych horrorów, ale zobaczyć coś takiego na żywo to zupełnie inna bajka. -  Poradziłabym sobie – nie wiem czy to prawda, ale musiałam coś wymyślić.
   Przyjrzałam się mu dokładniej. Brązowe włosy miał zaczesane tak samo jak większość chłopców w tym wieku. W cieniu nie widziałam dobrze jaki ma kolor oczu, ale wydawało mi się , że są niebieskie. Na jego zmęczonej twarzy ukazał się słaby uśmiech. Miał na sobie szarą bluzę, całą we krwi i ciemne dżinsy. Był dosyć wysoki, na pewno wyższy ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów. Zauważyłam mały zarost na jego brodzie. Pewnie zapomniał się rano ogolić.
   - Taa, jasne. Może w snach – uśmiechnął się szerzej, drwił ze mnie. Podszedł do biurka i wyjął z małej szufladki niebieski ręcznik. – Chociaż muszę przyznać, że ten trik z kajdankami był całkiem niezły – wytarł sobie ręcznikiem zakrwawioną rękę.
   Boże, on rozmawiał ze mną jak gdyby nigdy nic! A zabiłem człowieka, co tam… Gniew wypełniał całe moje ciało. Powiedziałabym mu coś, ale jeśli potraktuje mnie tak samo jak Corcina? Wolałam tego nie sprawdzać. Cholernie się bałam. A ja głupia myślałam, że jak znajdę już takiego wilka to wszystko będzie dobrze. Nie będę się ani trochę bała, a on pierwsze co zrobi to mnie zmieni w jedną z nich. Cholera, czasami sama się dziwię swojej głupocie.
   - Jak to zrobiłeś? – spytałam drżącym ze strachu głosem. – Normalny człowiek nie ma takiej siły.
   Jeszcze raz spojrzałam na trupa. Nadal miał otwarte oczy i lekko uchylone usta. Jego krew już prawie dopłynęła do moich trampek, więc przesunęłam się kawałek dalej klnąc pod nosem. Ten widok był ohydny. Nigdy w życiu nie widziałam tak dużej ilości krwi.
   - Jak widać ma – odparł. - Po co zostałaś? – zapytał opierając się o biurko.
   No tak. Jeszcze teraz myśli, że urządzimy sobie pogaduszki przy zapachu świeżej krwi.
   Chociaż… z drugiej strony mogłam się dowiedzieć wiele rzeczy.
   - Miałam swój powód – odparłam od niechcenia, bałam się spojrzeć mu w oczy.
   - Tak. Właśnie widzę – spojrzał na moją zaciśniętą rękę. – Lepiej mi to oddaj – wyciągnął do mnie rękę, a ja odruchowo schowałam moją za plecy.
   - Ani mi się śni.
   Poczułam, że to na czym mu zależy jest okrągłe i ma przyczepiony jakiś łańcuszek. To pewnie jakiś naszyjnik, tylko po co mu on? Schowałam go ukradkiem do kieszeni, aby go nie zgubić.
   - Jak tam chcesz… - zmarszczył brwi i przyjrzał mi się lepiej z przechyloną głową. Powiedzmy sobie szczerze: nie potrafił ukryć tego, że chce abym mu oddała kradziony przedmiot, ale i tak kłamał mi prosto w oczy.
   - Kim jesteś? – spytałam nieco zniesmaczona, ponieważ ten zapach metalicznej krwi przyprawiał mnie o mdłości. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść, więc odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi mając nadzieję, że pójdzie za mną. Oczywiście dotarcie do nich nie było takie proste: rana w nodze nadal krwawiła i każdy krok sprawiał, że coraz bardziej bolało. Utykałam trochę, co nie pomagało.
   - Jestem Louis, ale mów mi Lou.
   - Ach, to ty – odparłam przypominając sobie słowa Corcina.
   - Skąd wiesz kim jestem?
   - Mówił, że po nas przyjdziesz – wskazałam brodą na trupa. – Czy my już czasem się nie spotkaliśmy? Skądś Cię kojarzę, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd…
   - Widziałem Cię parę razy w sklepie, w bibliotece… – odparł obserwując mnie bacznie. - Niedawno się wprowadziłem… Niedługo zacznę chodzić do szkoły. Musiałem… coś załatwić. Pewnie też mnie widziałaś.
   Teraz już wszystko pasowało jak ulał. On był wilkiem. Niedawno się wprowadził, miał ogromną siłę…
   - To ty wtedy byłeś nad rzeką? – spytałam patrząc mu w oczy. Nadal się bałam, ale już trochę mniej.
   - Nie wiem o czym mówisz… - nawet nie mrugnął.
   Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę, aby wychwycić jakiś błąd np. drgnięcie powieki, co oznaczałoby, że kłamie. Niestety nic takiego nie zauważyłam, ale zostałam przy swojej tezie. Ciekawiła mnie jeszcze jedna rzecz:
   - Skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy?
   Zmieszał się i widziałam, że szuka odpowiedniej wymówki.
   - To jakieś przesłuchanie? – czekał aż coś powiem, ale się nie doczekał. - Słyszałem krzyk.
   Dotarliśmy do drzwi frontowych. Wszystkie deski były powyrywane, dosłownie w strzępach. Podłoga była cała we wiórach.
   - Wiedziałam – odpaliłam nie myśląc. I to jest właśnie ten moment, w którym mam ochotę zapaść się pod ziemię. Przecież ja go nie znam! Nie wiem co zrobi wiedząc, że ja wiem…
   Ale to jest pokręcone.
   Spojrzał na mnie przenikliwie, po czym podniósł lekko kąciki ust i powiedział:
   - I tak nikt Ci nie uwierzy… - wyszedł na dwór.
   - Przemień mnie – powiedziałam patrząc mu prosto w oczy ze smutną miną.
   - To nie jest takie proste – przeczesał włosy palcami i westchnął. – Nie możemy sobie od tak zmieniać ludzi. Musimy mieć pozwolenie z wyższych sfer.
   Tym razem ja westchnęłam.
   - Z wyższych sfer?
   - Tylko alfy mogą zmieniać ludzi.
   - A ty jesteś…?
   - Betą. Jest jeszcze omega, najsłabsze ogniwo.
   - A co by się stało, gdybyś mnie ugryzł? – spytałam nieśmiało, nadal się trochę bałam.
   - Umarłabyś.
   Uśmiechnęłam się nieśmiało, kiwnęłam głową i ruszyłam w stronę dodge’a Sonii. Głupia, miała odjechać, a i tak zrobiła po swojemu.
   - Żegnaj – rzuciłam przez ramię i wsiadłam do samochodu. Sonia nie zadawała pytań związanych z moim ubiorem. Skrzywiła się po prostu i ruszyła. Byłam strasznie śpiąca, ale i tak nie mogłam zasnąć. Nie wiem czy to dlatego, że byłam świadkiem zabójstwa, czy może po prostu byłam zawiedziona.
   Przyglądałam się krajobrazowi, który przelatywał w oknie. Sonia była strasznie zmęczona i tylko liczyłam, aby nie zasnęła przed kółkiem. Westchnęłam i zaczęłam oglądać swoje paznokcie. W tym samym momencie zauważyłam, że na jednej ręce jeszcze mam kajdanki, a z drugiej leci krew. Musiałam zedrzeć sobie skórę, gdy się uwolniłam.  Rana w udzie nadal piekła. CO ja powiem rodzicom, gdy mnie zobaczą? Ciekawe dlaczego zawsze przytrafiają mi się takie rzeczy. Wiem, że teraz użalam się nad sobą, ale taka jest prawda. Czasami mam nawet myśli samobójcze, ale kto nie ma? Jednak wiem, że nie mogę tego zrobić. Dla Michel’a.
    Znów zebrało mi się na płacz, ale nie pozwoliłam by wyszedł na wolność, trzymałam go twardo w ryzach. W samotności potrafię płakać ile wlezie, ale nie pokarzę mojej słabości przy przyjaciółce. Spojrzałam jeszcze raz na Sonię. Oczywiście ona chciała jeszcze pogadać z wilkiem, ale uprzedziłam ją, że i tak nas nie może zmienić i powiedziałam, że jestem zmęczona i chcę wrócić do domu, więc w końcu ustąpiła.
   Otworzyłam trochę okno, aby wpuścić świeże powietrze. Leniwy wzrok skierowałam na drzewa i w tym samym momencie dotarło do mnie, że popełniłam straszny błąd. Przecież Louis musi znać jakiegoś alfę, choćby jego własnego stwórcę. Cholera, jaka ja jestem beznadziejna…
   Głośnie trąbienie wyrwało mnie z zadumy. Zdałam sobie sprawę, że właśnie jedziemy na przeciwnym pasie prosto na inny samochód, a Sonia śpi za kierownicą w najlepsze.
   - Sonia! Obudź się! – zaczęłam krzyczeć i szarpać jej ciało.
   Moja przyjaciółka sennie otworzyła oczy i gdy zdała sobie sprawę co się dzieje, mocno szarpnęła kierownicą w prawo. Rozpędzony samochód wjechał w rów. Podczas dachowania strasznie mną szarpało na wszystkie strony. Uderzyłam głową w deskę rozdzielczą. Całe szczęście, że miałam pas. Po chwili samochód przestał koziołkować i zdałam sobie sprawę, że wiszę do góry nogami. Zebrało mi się na wymioty, ale zdążyłam je powstrzymać.
   - Żyjesz Bryn? – usłyszałam przestraszony głos Sonii.
   - Tak, a ty?
   - Też.
   - Musimy się stąd wydostać.
   Odpięłam pas i spadłam na głowę co jeszcze spotęgowało mój ból. Otworzyłam bez trudu drzwi i wyszłam na czworakach na zewnątrz. Z trudem podbiegłam do drzwi kierowcy kiedy Sonia odpinała swój pas. Zauważyłam, że z pod maski samochodu wydobywa się gęsty dym. Nie trzeba być geniuszem, aby domyślić się, że to nie wróży dobrze. Chwyciłam za klamkę i szarpnęłam, ale drzwi ani drgnęły. Sonia pchała ze swojej strony.
   - Możesz wyjść przez okno? – spytałam. – Chyba nie otworzymy ich.
   - Spróbuję.
   Udało jej się, ale z kilkoma zadrapaniami. Odbiegłyśmy od auta, co nie było łatwe w moim wypadku, gdyż nadal utykałam. Stałyśmy jeszcze przez chwilę, patrząc jak się pali, kiedy nagle poczułam się słabo i upadłam na ziemię. Sonia oczywiście znalazła się obok mnie pytając co się stało. Ostatnie co pamiętam, to wybuch auta i ogromna fala ciepła napierająca na moją twarz.


   Obudziłam się z potężnym bólem głowy. Złapałam się za nią nie otwierając oczu. Przekręciłam się na lewy bok. Do mojego nosa dotarł piękny męski zapach. Rozkoszowałam się nim jeszcze przez chwilę wąchając poduszkę.
   Zaraz, zaraz… męski?
   Gwałtownie otworzyłam oczy i poderwałam się do pozycji siedzącej. Rozejrzałam się po pokoju, który był dosyć duży. Naprzeciwko dwuosobowego łóżka, przyciśniętego do ściany, znajdowały się trzy duże okna. Zaraz przed nimi stał duży teleskop, a obok niego gitara klasyczna. Z prawej strony były drzwi. Wyciągnęłam nogi z łóżka kładąc je na włochatym, granatowym dywanie. Obok lóżka stała kanapa, a przed nią mały stolik na kawę. Ściany były szare, ale na jednej z nich znajdowała się fototapeta jakiegoś dużego miasta w nocy. To był chyba Manhattan. Wszędzie były porozrzucane jakieś rzeczy: hantle, trampki, jakieś gazety. Wstałam i wyszłam chwiejnym krokiem z pokoju. Hol pozytywnie mnie zaskoczył. Wszędzie stały regały na książki, a na nich „Harry Potter”, „Trylogia Czarnego Maga”, „Igrzyska Śmierci”, „Dom Nocy” i wiele wiele innych tego typu książek. Dla mnie to był po prostu raj. To się nazywa zbiór książek. Ktokolwiek to był, musiał naprawdę być fanem fantasy. Doszłam do schodów i usłyszałam jakieś głosy. Wsłuchałam się i doszłam do wniosku, że jednym z nich była Sonia. Nagle przypomniałam sobie co się wczoraj stało.
   Wypadek!
   Zeszłam pośpiesznie ze schodów i znalazłam się w ogromnej kuchni. Była cała szara, a na środku pomieszczenia znajdowała się wysepka, w której umieszczono kuchenkę i jeszcze parę półek. Sonia siedziała przy wysepce odwrócona do mnie tyłem na wysokim krześle. Odwróciła się, gdy usłyszała moje kroki.
   - Jak dobrze, że już wstałaś - włosy miała spięte w wysoki kitek. Nie umalowała się, ale i tak jej twarz była ładna. Powyżej prawej brwi miała duży plaster. Miała przeciętą górną wargę, a poza tym wszystko było w porządku. Jakie szczęście, że nic jej nie jest. – Martwiliśmy się o ciebie – spojrzała na chłopaka opartego o blat z truskawką w ustach. Oczywiście rozpoznałam go. Świetnie! Gorzej to chyba być nie może!
   - Co się stało? – spytałam.
   - Lou wziął nas do siebie i opatrzył nam rany. Ale miałyśmy szczęście, że akurat przejeżdżał obok nas.
   - Tak, wielkie szczęście – uśmiechnął się.
   - Tak, tym bardziej, że jesteśmy w domu mordercy – odparłam. – Dlaczego nie zawiozłeś nas do szpitala?
   - A jak wytłumaczyłabyś ranę od noża w udzie? Poza tym miałybyście problem z rodzicami, a tak myślą, że jedna nocuje u drugiej.
   Nastąpiła niezręczna chwila ciszy, aż w końcu ktoś się odezwał.
   - Z mordercą? – spytała Sonia patrząc na Lou.
   Chciał coś powiedzieć i już nawet zaczął, ale wtrąciłam się:
   - Zabił go, Sonia. Na moich oczach. Myślisz, że niby czemu wyszliśmy sobie spokojnie z domu Łowcy?
   Spojrzała na niego podejrzliwie, a potem na mnie.
   - Nie macie powodu, aby się mnie obawiać. Nie zrobię wam krzywdy.
   - I mówi to chłopak, który parę godzin temu przebił człowieka na wylot. Własną pięścią.
   Nagle oczy Sonii rozbłysły.
   - Masz, aż taką siłę? – w jej głosie czuć było podniecenie. – Wow, musisz mi wszystko opowiedzieć. Nie daruję Ci tego. Ile masz lat? Jesteś nieśmiertelny czy można Cię zabić…
   O mój Boże! Ona w ogóle nie widzi w nim zagrożenia…

4 komentarze:

  1. Nareszcie mogę przeczytać kontynuację! Jest bardzo dobrze, raczej nie zauważyłam błędów, pewnie ich nie ma :) Podoba mi się akcja, a także sam temat. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie długo czekać na nn!
    Pozdrawiam, Nari
    worldofsecretstories.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Proszę stwórz zakładkę SPAM :)
    Nominowałam Cię do Liebster Blog Award.
    Szczegóły tutaj:
    http://wardress-guard.blogspot.com/2014/07/liebster-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  3. WOW! genialny rozdział! Podoba mi ię akcja opowiadania, sam temat opowiadania... super :) http://karilana.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy rozdział! Już czekam na kolejne:)
    Masz dar do pisania rozdziałów, które wciągają czytelników :)
    zapraszam- http://zrozumieccytatyzksiazek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń