niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 8

   Lou urodził się wilkiem. Wilkołaki nie są nieśmiertelne. Wszyscy mają jakieś moce wśród nich. Alfy oczywiście są o wiele silniejsze; mają po kilka mocy. Lou wyróżnia się tym, że potrafi zamieniać się w mgłę albo dym. Porusza się wtedy o wiele szybciej. To niesamowite. Nie dość, że zmienia się w wilka, to jeszcze we mgłę. Potrafi wszędzie się prześlizgnąć nawet przez malutkie szparki, niezauważony. Jednak zmiana w taką mgłę jest bardzo wyczerpująca, więc woli jej nie nadużywać.
   Podczas snu, Lou opatrzył nam wszystkie rany. Jedną rękę miałam całą w bandażu, a przy drugiej owinął tylko nadgarstek. Na prawym udzie też miałam parę warstw opatrunku. Louis spalił nasze rzeczy; nie były już przydatne, całe podarte, we krwi. Dał nam za to ubrania swojej młodszej siostry. Trochę były ciasne, ale ujdzie w tłoku.
   Przybrani rodzice Lou prawie wcale się nim nie przejmowali. Mógł robić co chciał. Poza tym czasami wyjeżdżali na parę dni. Dobrze, że akurat nie było ich w domu.
   Sonia rozmawiała z nim normalnie, za to ja bacznie obserwowałam każdy jego ruch. Zauważył to i na krótką chwilę w jego oczach pojawił się smutek, ale potem spojrzał na Sonię i dalej rozmawiali o nim. W końcu się odezwałam:
   - Gdzie my, tak w ogóle, jesteśmy?
   - U mnie.
   - To wiem, ale gdzie tak dokładnie? Zaczyna już się przejaśniać i chciałabym wrócić do domu.
   - Nie martw się, nie wywiozłem was daleko – uśmiechnął się. Nie wiem, czy zawsze się tak szczerzył i był taki wesoły, czy tylko udawał.  – Jesteśmy kilka przecznic od supermarketu. Odwiozę was.
   Już wstawał z krzesła, kiedy drzwi chlapnęły i z korytarza dobiegł na dziewczęcy głos:
   - Już jestem!
   Do kuchni weszła młoda ciemnowłosa nastolatka, była może o dwa lata młodsza ode mnie. Gdy nas zobaczyła, obejrzała od stóp do głów, przechyliła głowę patrząc na Lou i powiedziała:
   - Znowu się bawiłeś w bohatera, braciszku?
   Louis westchnął i odparł:
   - Soniu, Bryn, to jest moja młodsza siostra Raven.
   Uśmiechnęła się nieśmiało.
   - Hej.
   - Cześć – podałyśmy sobie ręce.
   - Odwiozę je do domu, więc na chwilę zostaniesz sama.
   Chwycił kluczyki, które wisiały na małym haczyku obok drzwi frontowych i wyszliśmy na dwór.
   Z rodzicami nie było problemu, ponieważ moi myśleli, że nocowałam u Sonii, a jej, że ona u mnie. Trochę się wściekli, że skasowała samochód, ale cieszyli się, bo nic nam się nie stało.
   Gdybym ja skasowała samochód to do końca życia musiałabym siedzieć w pokoju. Za to jej rodziców prawie w ogóle to nie obeszło. Co prawda nie był ich, tylko Sonii, która dostała go na szesnastkę, ale i tak trochę dziwnie. Może to dlatego, że jej rodzina ma dużo kasy. Sama nie wiem.
   Minął tydzień i nasze rany już się prawie zagoiły. Nikomu nie mówiłyśmy o Corcinie. Dwa dni po tym incydencie Lou zaczął chodzić do szkoły, a ja potwierdziłam swoje domysły. Rodzina Blackwell’ów polowała na wilkołaki. Widziałam ich zimne, pełne pogardy spojrzenia kierowane w stronę wilka. Myślę tylko, że mieli jakieś zasady, bo inaczej Lou byłby już martwy.
   Pod koniec następnego tygodnia ogarnęła mnie wściekłość, gdy uzmysłowiłam sobie pewną rzecz. Louis zaprzyjaźnił się z Sonią. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie spędzała z nim więcej czasu niż ze mną. Nawet zastanawiałam się, czy ona czasem się w nim nie zakochała, ale ona nadal wzdychała i rzucała tęskne spojrzenia w stronę Nicolasa. Musiał zrobić na niej wrażenie. Mówiłam jej, że to Łowca, ale czasami zdawało mi się, że mówiłam do ściany.
   Dzień po dniu, minuta po minucie: z każdą chwilą traciłam przyjaciółkę. Chciałam krzyczeć, rzucać się na podłogę, ryczeć. Coraz częściej chodziłam na siłownię. Pewnego dnia w szkole usiadła obok niego w stołówce. Pewnie myślała, że też tam przyjdę. A ja usiadłam przy naszym stoliku, który zajmowałyśmy od początku naszej znajomości. Nawet na nią nie spojrzałam. Od tego czasu trochę więcej przebywała ze mną. Tylko, że najczęściej opowiadała o nim. Ja jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam. Namawiała mnie, żebym się z nim też zaprzyjaźniła.
   - Nie ma mowy – odparłam stanowczo. – Przecież mnie znasz. Nie ufam chłopcom. Już nie raz się na nich zawiodłam. Nie chcę przechodzić tego jeszcze raz.
   - Ale na jednym się nie zawiodłaś. Pamiętasz…
   - Tak, pamiętam. Ale on wyjechał.
   - To był chyba jedyny chłopak, który skradł Ci serce.
   - Byliśmy tylko przyjaciółmi! Poza tym mieliśmy wtedy dwanaście lat!
   - Taa, ale ty potrafiłaś nawijać tylko o nim.  Jaki on słodki, że ma piękny uśmiech… Byłaś wtedy nie do wytrzymania… Nawet nie wiem, co Ci się w nim podobało. Nosił okulary i był niski.
   - Nie tylko wygląd się liczy! Poza tym ja wtedy miałam aparat na zębach.
   - Widzisz? Bronisz go.
   - Ja wcale nie… - westchnęłam. – Nienawidzę cię.
   - Też cię kocham.
   I tak nie przekonała mnie do Louisa.
   A nasza przyjaźń wisiała na cieniutkiej nitce.
   Przyszłam do Sonii pogadać. Gdy już nie miałyśmy o czym włączyła piosenki i zaczęłyśmy tańczyć i śpiewać w rytm muzyki. Ten wieczór miał być tylko nasz. Wygłupiałyśmy się ile wlezie, fałszowałyśmy. Miałam na sobie krótkie spodenki i prześwitującą bluzkę, w której miałam jedno gołe ramię, ponieważ, gdy tańczyłam zsunęło mi się wraz z ramiączkiem od stanika. Wiedziałam, że się spocę, dlatego ubrałam się lekko. Byłyśmy całe zgrzane, więc Sonia puściła wolniejszą piosenkę. Nagle zadzwonił dzwonek i zgadnijcie kto przyszedł. Myślałam, że to rodzice Sonii, albo może opóźniony listonosz, więc dalej bujałam się w rytm muzyki przeczesując sobie rozpuszczone włosy palcami. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w muzykę. Usłyszałam lekkie kroki przyjaciółki, a za nimi cięższe, męskie. Otworzyłam oczy i przestałam się bujać. Spojrzałam mu w oczy. Uśmiechał się do mnie. Widział jak tańczyłam.
   - Zaprosiłaś go? – zapytałam z wyrzutem.
   - Nie… - odparła Sonia.
   - Jutro mamy test i pomyślałem, że pouczymy się trochę z Sonią – pokazał książkę od biologii trzymaną w ręce. - Nie idzie jej najlepiej. Ale widzę, że chyba przerwałem wam, więc chyba pójdę.
   - Nie, zostań. Pouczymy się wszyscy razem – odparła Sonia i kazała mu usiąść na różowej kanapie. – Prawda Bryn?
   - Wiesz co… przed chwilą dzwoniła moja mama i muszę się zbierać…
   Chwyciłam torbę i ruszyłam w stronę drzwi.
   - Nie kłam, Bryn.
   Odwróciłam się z powrotem.
   - Ten wieczór miał być nasz. I dobrze wiesz, że ja go nie toleruję.
   - Nie wiedział, że jesteś u mnie… Poza tym on ma rację. Jutro jest test.
   Westchnęłam.
   - Dobrze. Uczcie się sami.
   - Nie chcę, żebyś była zła.
   - Nie jestem zła – tak naprawdę to skłamałam, byłam strasznie wściekła. – Po prostu jest mi smutno – to też. - Z każdym dniem coraz bardziej się od siebie oddalamy. Nie chcę cię stracić.
   - Zaprzyjaźnij się z nim. Nie możesz mi zabronić przyjaźnić się z kimś innym. Jesteś teraz trochę samolubna.
   - A ty nie możesz mnie zmusić do czegoś czego nie chcę – mówiłam spokojnie smutnym głosem. – Nie zabraniam ci się z nim spotykać, tylko po prostu czuję się… odrzucona.
   - Chyba jednak pójdę… - wstał.
   - Nie. Zostań Lou – powiedziała stanowczo Sonia. – Nie każ mi wybierać – zwróciła się do mnie.
   - Nie każę. Po prostu w tym tygodniu tylko dzisiaj miałaś dla mnie czas. A on się zjawił i wszystko zepsuł. Nie mam nic przeciwko waszej przyjaźni, ale nasza zanika…
   - Bryn…
   - Po tylu latach przyjaźni… myślałam, że nic tego nie zepsuje. Nic. A tu nagle pojawia się taki chłopak. Ja zostaję sama. Po prostu jest mi przykro. Cholernie przykro. Następna rzecz, którą zniszczył w moim życiu chłopak. Nie dziw się, że już żadnemu nie zaufam.
   - Nie chciałem zniszczyć waszej przyjaźni – Lou spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
   - Bryn… Nie chodzi o to, że… Ja nie chciałam… - Sonia nie wiedziała co powiedzieć. – Bo on jest wilkołakiem i…
   - Tak. Wiem. Ale ja bym Ciebie nie odtrąciła.
   I na tym skończyła się nasza rozmowa. Ja wyszłam, a oni usiedli pewnie do lekcji.
   Nie zwracając uwagi na otaczające mnie zimno poszłam do mojego ulubionego miejsca w lesie.
   Strumyk płynął wolno zabierając ze sobą spadające liście drzew. Zdjęłam trampki i zamoczyłam nogi w wodzie. Mimo wszelkich moich starań by do tego nie doszło rozryczałam się kryjąc twarz w dłoniach. W końcu uspokoiłam się i wytarłam sobie oczy rękawem bluzy, którą włożyłam wychodząc z domu Sonii. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Zwierzęce kroki były lżejsze niż ludzkie. Louis, pomyślałam.
   - Wynoś się – powiedziałam z podenerwowaniem. – Nie chcę Cię widzieć.
   Kroki stały się głośniejsze. Zbliżył się.
   - Wynoś się! – krzyknęłam.
   Tuż za plecami usłyszałam gardłowe warczenie.
   Odwróciłam się. To nie był Louis. Ten wilk był cały czarny, a jego krwisto czerwone oczy przewiercały się w głąb mojej duszy.
   Alfa.
   Zamiast krzyczeć i uciekać, ja zauważyłam szansę na lepsze życie.
   - Zmień mnie – wyciągnęłam nadgarstek w jego stronę.
   On nadal warczał. Pewnie właśnie był na polowaniu. Moje nadzieja znikła tak szybko jak się pojawiła.
   - Albo zabij. I tak mi wszystko jedno – odwróciłam się w stronę strumyka i trochę przygarbiłam.
   Warczenie stało się głośniejsze. Nawet nie wiedziałam kiedy to zrobił. Po prostu poczułam jak wszystkie moje mięśnie wariują. Dopiero potem poczułam ostre kły w moim ramieniu.