niedziela, 26 października 2014

Rozdział 9

   Obudziłam się o świcie wciąż leżąc w tym samym miejscu. Z trudem łapałam oddech. Czułam jakby coś przyciskało moją klatkę piersiową. Przewróciłam się na plecy i zdałam sobie sprawę, że nie umarłam. Skoro mnie nie zabił to… ugryzł. Dopiero po chwili dotarło do mnie co to znaczy. On mnie ugryzł! O Boże! Wbił mi zęby w ramię! A to oznacza, że niedługo będę jedną z nich. Leżałam tam patrząc w bezchmurne poranne niebo i zastanawiałam się jak będzie wyglądać teraz moje życie. Wszystko się zmieni. Wszystko.
   Muszę zadzwonić do Sonii, będzie skakać z radości… ale… przecież my się pokłóciłyśmy. Westchnęłam. W moim życiu nic nie jest idealne. Zawsze coś pójdzie nie tak. Nareszcie będę mogła je zmienić. Już dawno temu opracowałam plan. Wiem co zrobię.
   Gdy tak rozmyślałam poczułam lekkie mrowienie w ramieniu. Towarzyszyło mi już od początku, ale teraz stało się silniejsze. Krzyknęłam. Ból narastał, był nie do wytrzymania. Czułam go w każdej komórce. Położyłam dłoń na krwawiącym ramieniu.
   Zaraz, krwawiącym?
   Cholera! Nie zagoiło się jeszcze.
   Wstałam, ale od razu usiadłam widząc mroczki przed oczami. Podjęłam drugą próbę i tym razem tylko się zachwiałam. Ból zniknął tak szybko, jak się pojawił. Trwał może z pół minuty, a potem już go nie było, tak samo jak mrowienie.
   Na szczęście jakoś doszłam do domu. Wiedziałam, że rodzice już nie śpią, więc zaraz po wejściu, rzuciłam się do łazienki jak huragan.
   - Wyłaź stamtąd! – usłyszałam głos ojczyma.
   - Nie! – krzyknęłam słabo.
   Zdjęłam kurtkę, a potem bluzkę. Obie były do wyrzucenia. Mój stanik miał przerwane ramiączko. Chyba będę musiała spalić moje rzeczy. Ciekawe co powiedziałaby mama, gdyby zobaczyła wielką, czerwoną od krwi dziurę w skórzanej kurtce.
   - Gdzie się szlajałaś dzisiaj w nocy?
   - Nie twoja sprawa.
   Wyjęłam stanik i jakąś bluzkę z kosza na pranie. Przemyłam sobie ranę po ugryzieniu.
   - Będę musiał ukrócić twoje wybryki!
   Nałożyłam sobie opatrunek. Obmyłam twarz, ubrałam się i wyszłam z łazienki.
   - Ćpałaś?! – usłyszałam.
   - Nie! Nie ćpałam! Za kogo ty mnie uważasz? – wściekłam się. – A teraz muszę iść do szkoły – chwyciłam plecak z łóżka i ruszyłam ku drzwiom.
   - O nie, moja droga. Pogadamy sobie! – chwycił mnie za ramię, a ja krzyknęłam i upadłam pod jego naciskiem.
   - Co jest? – zapytał zdezorientowany. Odsłonił bandaż i spojrzał mi prosto w oczy. – Właśnie od tego chciałem Cię uchronić.
   Spoglądał na mnie ponurym wzrokiem.
   Wyrwałam się z jego ucisku i popędziłam ku wyjściu. Nie gonił mnie. Zadyszana w końcu dotarłam do szkoły. W łazience przykleiłam opatrunek z powrotem i uspokoiłam oddech. Zdążyłam akurat na pierwszą lekcję. Usiadłam w ostatniej ławce, oczywiście nauczyciel zauważył, że coś jest nie tak.
   - Wszystko w porządku, panno Case?
   - Tak, tak… Po prostu się nie wyspałam…
   Druga i trzecia lekcja minęły dosyć szybko. Sonia cały czas zerkała w moją stronę zmartwionym wzrokiem.
   Na czwartej lekcji coś się zmieniło. Znów poczułam mrowienie. Wpadłam do łazienki, oparłam się o umywalkę i zerknęłam w lustro. Byłam blada jak ściana. Czułam się jakbym nosiła na ramieniu co najmniej tonę. Rana strasznie piekła i do tego krwawiła. Coś jest nie tak, dlaczego się nie goi? Cholera! Jeszcze tego mi brakowało.
   Wyszłam z łazienki i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi. Co chwilę miałam mroczki przed oczami, a poza tym można powiedzieć, że moje nogi były jak z waty.
   Wyszłam na dwór i odetchnęłam świeżym powietrzem. Jednak nic mi to nie pomogło. Ból stawał się coraz silniejszy. Muszę się gdzieś ukryć. Nikt nie może się dowiedzieć co jest przyczyną bólu. Zacisnęłam zęby i ruszyłam w stronę lasu. Gdy tam dotarłam, ledwie trzymałam się na nogach. Zrzuciłam plecak ze zdrowego ramienia i ruszyłam dalej w las. Nie zaszłam daleko. Zupełnie straciłam wzrok, nic nie widziałam. Upadłam na kolana pod wpływem bólu. Jęknęłam i słabym głosem powiedziałam:
   - Pomocy… alfo pomóż…
   Nie zdążyłam dokończyć zdania. Byłam na to zbyt słaba. Po chwili padłam nieprzytomna na suche liście drzew.


   Obudziłam się w małej drewnianej chatce, prawdopodobnie w głębi lasu, z lekkim bólem głowy. Leżałam na starej, zgrzybiałej kanapie, w kącie pokoju. Wstałam i poczułam się o wiele lepiej. Odetchnęłam z ulgą. Moje ramię było starannie obandażowane.
   - Nareszcie. Myślałam, że się nie obudzisz.
   Gwałtownie odwróciłam głowę w stronę głosu, aż zabolała mnie szyja. O ścianę opierała się piękna, kształtna kobieta. Wyglądała jak z obrazka. Miała duże usta i długie ciemne włosy. Ubranie, które nosiła burzyło idealny wygląd. Łachmany były dla niej za duże, a poza tym brudne. Spoglądała na mnie niebieskimi oczami.
   -Myślałam, że zagoi się szybciej.
   - Kim jesteś? – zapytałam.
   - Nie poznajesz swojej alfy? – uśmiechnęła się przenikliwie.
   Zlustrowałam ją wzrokiem. Dopiero teraz to zauważyłam. Miała w sobie takie coś, co przyciągało wzrok. Nie potrafię określić co to było. Może jej uroda, a może postawa lekko umięśnionego ciała, które dodawało jej uroku. Miała około trzydzieści lat.
   - Jak mnie znalazłaś?
   - Nie ja Cię znalazłam. Mój syn Cię przyniósł.
   Nastała długa cisza. Miałam tyle pytań. Chciałam dowiedzieć się wszystkiego. Nerwowo rozglądałam się po pokoju.
   - Pytaj mnie o co chcesz – jej głos był silny, ale zarazem kobiecy.
   - Dlaczego mnie zmieniłaś, a nie zabiłaś?
   - Najpierw chciałam Cię zabić. Po raz kolejny wlazłaś na moje terytorium. Ale mój syn nie lubi, gdy zabijam ludzi. Dowiedziałam się także, że już o nas wiesz. W tych ciężkich czasach, w których większość z nas musi się ukrywać, jest nas coraz mniej. Ostatnio Łowcy zabili jednego z mojej watahy, więc potrzebowałam kogoś na jego zastępstwo. Poza tym zobaczyłam w twoich oczach desperację, ból, nieszczęście, nadzieję. Te wszystkie uczucia sprawią, że staniesz się jeszcze wierniejsza – na chwilę przerwała. - Przeniosłam się tutaj w nadziei na lepsze dni, ale Blackwell’owie wszędzie się za mną szlajają. Są tak samo głupi jak ich przodkowie. Nadal nie mogą znaleźć mojej kryjówki.
   - A czy zmienisz moją przyjaciółkę?
   Tak, byłyśmy pokłócone, ale nie oznacza to, że o niej nie myślę.
   - Jeśli mi się spodoba to oczywiście. I tak już o nas wie.
   - A skąd wiesz? – zmarszczyłam brwi.
   - Louis mi wszystkim powiedział. Jest moim synem.
   To on mnie tu przyniósł?! Gorzej być nie mogło!
   - Ale przecież Louis ma rodzinę zastępczą.
   - Tak. Niestety. Blackwell’owie nie wiedzą, że mam syna i lepiej niech tak zostanie. Muszą myśleć, że Lou jest człowiekiem. Gdyby zobaczyli mnie z nim, nie daliby mu spokoju. A tak, jeśli zabiją mnie i o Lou nie będą nic wiedzieli, to zostawią go w spokoju.
   Po chwili dodała:
   - Nie przedstawiłam się. Jestem Hanna – podała mi rękę – ale mów do mnie Han.
   - Bryn.
   Uśmiechnęła się.
   - Wiem.
   - Jest jeszcze jedna sprawa – powiedziałam.
   - Tak?
   - No bo… Mój ojczym zobaczył ugryzienie i… on chyba wie co się stało.
   - A jak ma na nazwisko?
   - Hughes. Eric
   Zaśmiała się.
   - Nie przejmuj się nim. To fiutek.
   - Więc co mam zrobić?
   - Nic. Udawaj, że nic się nie stało. Nie zaatakuje Cię. Nie lubi wilkołaków. A teraz prześpij się. W czasie snu komórki szybciej się regenerują.