czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 11

   - Tak, informacje są już potwierdzone. Na policję zgłosił się świadek, który poinformował nas, że widział jak jakaś młoda kobieta biegnie przez ulicę w okolicy zbrodni. Miała długie ciemne włosy. Powtarzam, sprawcą była młoda kobieta. Miejcie się a baczności! Heather Miller.
   Gdy to usłyszałam, myślałam, że padnę trupem. Ktoś mnie widział? Jak to możliwe? Zanim wyszłam z ogrodu dokładnie obejrzałam ulicę. Nikogo nie było. Zresztą, to już nieważne.
   - Przykro mi – powiedziała Han, gdy wsiadałam do auta.
   Lou prowadził, ja usiadłam z przodu, a Sonia z tyłu. Jej rodzice wiedzą, że wyjechała. Powiedziała im, że chce poznać świat i ma okazję zamieszkać w wielkim mieście. Zgodzili się. Niedługo miała mieć osiemnastkę, więc i tak długo by jej nie trzymali. Czasami chciałabym mieć takich rodziców.
   Han ugryzła Sonię w nadgarstek, opatrzyła go i pomachała nam na pożegnanie.
   Zawsze chciałam wyjechać z tego zadupia do jakiegoś większego miasta. Ale nie w taki sposób. Byłam bez grosza i bez ubrań. Jechałam w nieznane. Będę musiała znaleźć sobie pracę.
   Z drugiej strony czułam się wolna. Mogłam robić co chciałam, wreszcie sama decydowałam o sobie. Nie musiałam słuchać mamy.
   Jechaliśmy na lotnisko w Kingman. A stamtąd samolotem do Miami.
   Gdy byliśmy już blisko miasta, rozłożyłam się na siedzeniu, oparłam o drzwi auta i wysunęłam kolana w drugą stronę. Lou przez przypadek dotknął ich, zmieniając bieg. Spojrzał na mnie kątem oka, a ja podkuliłam kolana i spojrzałam na krajobraz. Robiło się coraz ciemniej.
   Samolotem lecieliśmy czternaście godzin, z czego większość przespaliśmy. Z góry miasta w nocy wyglądały prześlicznie. Gdy dotarliśmy na miejsce, był już późny ranek. Lou zadzwonił po taksówkę, która zawiozła nas na ulicę Banyan Trail, jednej z najbogatszych dzielnic Miami. W zasadzie ulica należała już do Coral Gabes, ale to bez różnicy. Taksówkarz stanął na poboczu.
   Wyciągnęliśmy walizki (to znaczy Sonia i Lou, bo ja nic nie miałam) i zaczęliśmy szukać numeru domu, który Han zapisała nam na małej karteczce. Na pierwszy rzut oka widać było, że ulica jest zadbana. Nigdzie nie dostrzegłam ani jednego papierka czy gumy, a trawniki przy wąskiej ulicy były perfekcyjnie skoszone. Wkoło rosły egzotyczne drzewa, dlatego było widać tylko skrawki ogromnych willi, które stały przy tej ulicy.
   - To niemożliwe – powiedziałam. – W życiu nas nie będzie stać na jeden z tych domów. To przecież Banyan Trail!
   - Ale super! – odparła Sonia.
   - Przesadzasz – stwierdził Lou – mama mówiła, że zejdzie nam z ceny.
   - No to naprawdę musi z niej zejść. Takie domy kosztują fortunę. Nawet, gdy będziemy harować jak woły to nie będzie nas stać.
   - To tu – odparł patrząc w lewo.
   Podążyłam za jego wzrokiem i… otworzyłam oczy ze zdumienia. Kamienna droga prowadziła do żelaznej bramy. Z przodu stała mała skrzynka na listy, na której był numer: 5400. Wokół drogi rosły drzewa, które tworzyły piękny zielony tunel. Ale nie to zwróciło moją uwagę. W głębi posesji stał ogromny biały dom. Jeśli się nie mylę to w stylu klasycystycznym. Ten widok zapierał dech w piersiach.
   - Na pewno się nie pomyliłeś? – spytałam.
   - Nie, tu jest napisane: 5400 Banyan Trail.
   Naprzeciwko bramy znajdowało się niewielkie rondo, na którym rosło wielkie drzewo. Padał od niego cień na całe podwórko, które z przodu domu było średniej wielkości. Za rondem znajdowała się budowla, w której mieściły się dwa garaże. W jednym stał biały kabriolet Chevrolet Camaro. Obok ronda stał drugi samochód: czarny, dwuosobowy Dodge Viper.
   - Ale ktoś tu mieszka – powiedziała Sonia smutnym głosem.
   - Zaraz zobaczymy – odparł Lou i pchnął bramę.
   Ruszyłyśmy za nim gęsiego, aż do drzwi. Zadzwonił z pewnością zbyt drogim dzwonkiem i po chwili otworzył nam czterdziestolatek z lekkim zarostem. Był ubrany w szary garnitur z niebieską koszulą. Rysy miał francuskie?
   - Dzień dobry – powiedział Louis. – Czy pan… - spojrzał na kartkę - … Aurelio Labrie?
   Sadząc po nazwisku to Francuz.
   Aurelio Labrie… skąd ja znam to imię?
   - Tak… - powiedział z francuskim akcentem.
   - Jestem Louis Trivette.
   - Och, no tak! Zapraszam! Wejdźcie! – otworzył drzwi szerzej.
   Rozszerzyłam oczy jeszcze bardziej. W środku dom wyglądał jeszcze bardziej ekskluzywnie. Ściany pokryte były farbą koloru ecru. Na wprost zobaczyłam wielkie okna, na całą ścianę, które pokazywały widok na duży ogród. Nawet nie zdziwiło mnie, że był tam basen.
   Przed nami znajdował się pokaźny salon z czerwoną kanapą po środku i ogromnym telewizorem na ścianie. Z lewej strony znajdowały się schody, z szufladami, które były pod nimi, prowadzące na pierwsze piętro. Z prawej strony znajdowała się czerwono-beżowa kuchnia, a obok jadalnia w tych samych kolorach.
   - Dom zostawię pod waszą opieką, lecz wezmę od was bardzo małą pensję, abyście nie siedzieli bezczynnie – mówił Aurelio. – Za około dwa tygodnie przyjedzie tu mój syn i z wami zamieszka. Muszę dać mu trochę swobody… - zamyślił się na chwilę. – Yyy… cenę ustalimy później. Na razie was oprowadzę.
   Na parterze znajdowała się jedna łazienka – za to imponujących rozmiarów. Była tam duża wanna i prysznic, poza tym w kącie stało jacuzzi. Obok znajdowały się niewielkie drzwi do sauny.
   Na pierwszym piętrze było pięć pokoi – w czterech stały piękne podwójne łóżka, a jeden był jeszcze niewykończony. Trzeba było pomalować ściany i wyposażyć ten pokój, ale Aurelio powiedział, że później się tym zajmie. Każdy pokój miał swoją łazienkę. Niestety jedno pomieszczenie było zamknięte. „To pokój mojego syna” – powiedział pan Labrie.
   Każdy wybrał sobie pokój, oczywiście Sonia największy i różowy. W sumie to dobrze, bo nie za bardzo lubię ten kolor. Ja wzięłam sobie turkusowy, a Lou – oliwkowy. Każdy pokój miał balkon z widokiem na ogród, za którym rozciągał się las.
   Łóżko w moim małym królestwie znajdowało się mniej więcej na środku pokoju. Stały tam jeszcze puste półki na książki, szafy, komody. Zauważyłam, że w kącie stoi sztaluga malarska, co mnie bardzo ucieszyło.
   Zeszliśmy z powrotem na dół. Lou i pan Aurelio zaczęli ustalać cenę za wynajem, a ja dokładniej rozglądałam się po salonie. Zobaczyłam, że w kącie stoi fortepian. Zauważyłam małe zdjęcie oprawione w czarną ramkę, stojące na nim. Podeszłam bliżej.
   Zdjęcie przedstawiało pana Aurelio z synem. Było z przed paru lat. Na zdjęciu chłopiec miał około trzynaście lat. Był niski i miał na nosie okulary. Wszędzie poznałabym tę buźkę. Aurelio Labrie to przecież tata Brice’a! Chłopca, w którym byłam zakochana, moja pierwsza miłość. Miałam wtedy dwanaście lat.
   - O Boże! – odparłam. – Nie poznałabym pana, panie Labrie! To ja, Bryn.
   Zmarszczył brwi.
   - Brynel Case – powiedziałam. – Przyjaźniłam się kiedyś z Brice’em. Sonia też.
   Nagle oczy mu się rozjaśniły.
   - Bryn, kochana, ale wyrosłaś! Ile to już lat? Pięć?
   Kiwnęłam głową, a on podszedł do mnie i uściskał.
   - Jesteś nie do poznania! Ale zrobiła się z Ciebie piękna kobieta. Do dzisiaj pamiętam, jak zrzuciłaś Brice’a z drzewa. Oboje rywalizowaliście łeb w łeb.
   Kiwnęłam głową i muszę przyznać, że trochę się zawstydziłam.
   - Więc Brice przyjedzie za dwa tygodnie?
   - Tak, tak, ale jak się dowie, że wy tu mieszkacie, to z pewnością przyjedzie szybciej.
   Nastąpiła chwila ciszy.
   - No dobrze, to będę się zbierał – chwycił jedne z kluczy wiszących na haczyku obok drzwi. – Aha, i jeszcze jedno – wrócił się – jeśli zobaczę chociaż jedną rysę na moim kabriolecie, który oddaję do waszej dyspozycji, to mówię wam, że głowy wam pourywam i wasze wilcze moce nic nie pomogą. I, Bryn… Brice nic nie wie o wilkołakach i bardzo was proszę aby tak zostało. Jeśli będzie wam trudno ukrywać moce to powiedzcie jedno słowo, a wezmę go ze sobą. No dobra, to do zobaczenia niedługo!
   I wyszedł. A Louis patrzył błyszczącymi oczami na drzwi. Podszedł do haczyka i wziął klucze z zawieszką w kształcie znaczka Chevrolet. Przyglądał się mu przez chwilę, po czym powiedział:
   - Jedziemy na zakupy.
   - Ja z przodu – krzyknęła szybko Sonia.
   Nie chciałam, aby kupowali mi rzeczy za swoje pieniądze, ale nie dało się ich przekonać. Sonia powiedziała, że jak tak bardzo chcę, to mogę jej oddać jak zarobię. Przy okazji weszliśmy to kilku potencjalnych miejsc pracy. Okazało się, że wszyscy może dostaniemy pracę w jednym lokalu. Lou miał być barmanem, Sonia kelnerką, a ja załapałam się na część artystyczną z powodu moich umiejętności muzycznych. Mianowicie będę śpiewała jakieś covery na żywo. Głos miałam przeciętny, a na fortepianie nauczyłam się grać, gdy byłam dzieckiem, dzięki babci. Poza tym, myślałam, że będę sobie dorabiać malując obrazy, bo nie ukrywając do tego też miałam smykałkę. Kiedyś w dzieciństwie miałam taki szał, że chciałam umieć wszystko, z wszystkich dziedzin. Dlatego tak strasznie rywalizowałam z Brice’em. On też był uzdolniony w wielu dziedzinach. Na szczęście była to rywalizacja przyjacielska, która po pewnym czasie przerodziła się w miłość – bynajmniej z mojej strony.
   Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Oczywiście mieliśmy problem z dostaniem się na miejsce, ponieważ wiadomo, że nie znamy jeszcze miasta.
   Kurczę. Chciałabym dostać tę pracę. Jest dobrze płatna, pracuje się tylko wieczorami, a reszta dnia jest wolna.
   Schowałam nowe ubrania do jednej z szaf, a potem usiadłam na kanapie w salonie, ponieważ strasznie bolały mnie nogi po długim zwiedzaniu sklepów. Włączyłam telewizor. Lou usiadł na drugim końcu sofy. Od jakiegoś czasu czułam się przy nim… dziwnie. Za każdym razem, gdy byłam z nim sam na sam czułam, że się pocę, a moje ciało ogarniało wielkie ciepło. Denerwowałam się? Niby dlaczego? To jest śmieszne.
   - Jutro pełnia – wyrwał mnie z zamyślenia. – Denerwujesz się?
   - Nie. Jakoś tak… Dziwnie się czuję, ale to nie jest zdenerwowanie. Raczej… podekscytowanie. Tylko mam pytanie… czy… czy będzie tak jak na filmach? No wiesz… - nie mogłam tego wyksztusić - …łańcuchy i piwnica?
   Zaśmiał się.
   - Nie, no co ty. Pójdziemy do lasu i… się zmienimy.
   - I… to wszystko? Skąd możesz wiedzieć, że nie zabijemy ludzi? Że ja nie zabiję? Albo Sonia?
   - Dopilnuję was.
   - Jesteś bardzo pewny siebie – spojrzałam mu prosto w oczy. – My jesteśmy dwie, a ty jeden.
   - Nauczyłem się panować nad stadem, mama często wyjeżdżała, a ktoś musiał zająć się innymi.
   Przez chwilę patrzeliśmy sobie w oczy, a potem odwróciłam wzrok zażenowana. Jak wyglądam? Czemu czuję się przy nim tak dziwnie?


   Czułam mrowienie w całym ciele. Nie mogłam się doczekać chwili zmiany. Miałam jeszcze tyle pytań, których nie zdążyłam zadać.
   Staliśmy pośrodku lasu. Wszyscy trzymaliśmy się za ręce i czekaliśmy, aż księżyc wyjdzie zza chmur. Ręka Soni była zimna, za to ręka Lou ciepła, ale trochę spocona. Aż dziwne, że nie przeszkadzało mi to.
   - Gotowe? – spytał.
   Obie kiwnęłyśmy głowami.
   Poczułam ciężar na płucach i zamknęłam oczy. Potem przeszła mnie fala ciepła w rękach i nogach. Czułam jakby ktoś ciągnął mnie za twarz, a potem na hama próbował zmniejszyć moje kończyny. Czułam, jak każdy włos przebija się przez skórę, jak coś wyrasta mi centymetry nad tyłkiem.
   Pamiętam wszystko. Od deski do deski. Czułam się, jakbym robiła to od zawsze. Byłam opanowana, nie to co Sonia. Biegała cały czas, zachowywała się jak zwierzę. Reagowała na każdy dźwięk. Warczała na nas i kłapała zębami. Prawie mnie pogryzła, ale Lou wydobył z siebie dźwięk, coś pomiędzy warknięciem a szczeknięciem i się uspokoiła. Być wilkiem to niesamowite uczucie. Byłam w stanie machać swoim ogonem, biegać o wiele szybciej i słyszeć szelesty z paru kilometrów. Teraz wszystko się zmieniło. Wszystko.

sobota, 8 listopada 2014

Rozdział 10


   Han pokazała mi swoją watahę w całej okazałości. Składały się na nią cztery bety: Louis, Raven, Vee i William. Vee to niska, bladoskóra dwudziestolatka o długich, rudych włosach. Nie poznałam jej bliżej, ale sprawia wrażenie cichej i trochę przymulonej gotki. William to jej młodszy brat. Jego włosy były złociste, a oczy niebieskie. Nie był wyjątkowo przystojny, ale brzydki też nie. Will, w przeciwieństwie do Vee, tryskał pozytywną energią. Miał szesnaście lat, a jego kawały były naprawdę śmieszne, choć ociupinkę żałosne. Czasami był wkurzający, ale dał się lubić.
   Dowiedziałam się, że prawdziwym wilkołakiem stanę się dopiero po pełni. Pozostawało mi tylko czekanie.
   W kryjówce mojej watahy (Boże! Należę do watahy!) spędziłam dwa dni. Mimo to nie chciałam wracać. Czułam się tutaj jak w domu. W takim prawdziwym. Gdzie nie ma naiwnej matki oraz władczego ojczyma. Byłam po prostu wolna. Najzwyczajniej wolna.
   Sielanka oczywiście dobiegła końca, gdy zdałam sobie sprawę, że mimo wszystko moja mama trochę się martwi i że nie mogę tak po prostu zniknąć.
   Wróciłam więc do domu. Mama najpierw mnie wyściskała, a potem dała mi szlaban (ciekawe, który w tym miesiącu). I tak nic nie da.
   Rutyna zaczęła się od nowa. Szkoła, dom, szkoła, dom, szkoła, dom… Nie mogłam już się doczekać pełni.
   Pytałam się Han jak opanować przemianę. Powiedziała, że to jest bardzo proste, lecz zbyt trudne dla początkujących. Czekają mnie mniej więcej dwie pełnie bez pamięci i kontroli, jedna bez kontroli i wtedy będę już w stanie w miarę się opanować. Do tego czasu mam się nie denerwować.
   Pogodziłam się z Sonią, choć nabrałyśmy do siebie dystansu. Nic nie jest już takie jak kiedyś.
   Maj nadchodził małymi krokami. Na razie nie działo się nic specjalnego. Blackwell’owie mieszkali już w Bullhead City około trzy miesiące. Z tego co wiem, to każdego dnia szukali tropu Hanny w lesie ze znikomymi skutkami. Albo ona była naprawdę świetna, albo chłopcy nie byli najlepsi.
   Eric prawie w ogóle ze mną nie rozmawiał. Tak jak mówiła Han, to fiutek. Bał się mnie. Widziałam to w jego oczach. Teraz nie miał już nade mną władzy. Na wszystko mi pozwalał. Tylko jedno mnie dziwi. Skoro sam wiedział, że wilkołaki istnieją, to czemu ulokował mnie w szpitalu psychiatrycznym, gdy ja też wiedziałam jaka jest prawda? Dlaczego na siłę próbował wmówić mi, że jest inaczej?
   Tak w zasadzie to nie czułam zmian fizycznych w moim ciele. Działo się tak dlatego, że nie przeżyłam jeszcze pełni. Czasami tylko, gdy byłam zdenerwowana albo zła, czułam mrowienie w palcach.
   Któregoś dnia wróciłam do domu wczesnym popołudniem, ponieważ zwolnili nas z dwóch ostatnich lekcji. Sonia pojechała na zakupy, więc strasznie się nudziłam. Nauczyłam się tolerować Lou, lecz nie na tyle by sam na sam spędzać z nim czas. Znudzona do granic możliwości stwierdziłam, że posprzątam w szafie.
    Zaczęłam od bluzek, a potem segregowałam spodnie. Wyciągając parę moich ulubionych, zauważyłam, że coś z nich wypadło. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w dół. Na ziemi leżał wisiorek. Ten sam, który zwędziłam Corcin’owi. Wrzuciłam resztę spodni do szafy i podeszłam do biurka z naszyjnikiem w ręku. Usiadłam, włączyłam lampkę i dokładnie go obejrzałam. Był okrągły, średniej wielkości. Tło obrazka znajdującego się z przodu wyglądało jak księżyc. Mniej więcej na środku widniał wilk wyjący do niego. Wisiorek wyglądał staro. Zauważyłam, że się otwierał. W środku były jakieś stare zdjęcia. Z jednej strony młoda kobieta w starodawnym ubraniu, a z drugiej szary wilk. Na tyle wisiorka pisało:

   Elizabeth Jana Dirige
   Miami rok 1745

   To nazwisko coś mi mówiło, ale nie pamiętam co.
   Bez zastanowienia włożyłam wisiorek na szyję.
   Wyszłam na dwór. Musiałam odetchnąć świerzym powietrzem, pomyśleć. Poszłam w głąb ogrodu. Usiadłam na niewielkiej huśtawce zawieszonej na dużej gałęzi starego drzewa. Siedziałam tam około pół godziny. Zaczęło już zmierzchać.
   Nagle usłyszałam, że ktoś się skrada, liście szeleściły. Odwróciłam głowę. Za mną stał mój ojczym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zaciskał zębów i nie wpatrywał się we mnie jak psychopata. W jego ręce coś błysnęło. Objęło mnie przerażenie.
   - Muszę to zrobić przed pełnią – powiedział. – Bo potem już mi się nie uda.


   -Lou! – płakałam.
   Dawno zapadła już noc i zrobiło się chłodno. Trzęsłam się z zimna.
   - Proszę, obudź się – spojrzałam zapłakana w okno jego pokoju.
   Nagle go zobaczyłam. Słodko wyglądał w roztrzepanych włosach… Dlaczego myślę o takich błahych sprawach, gdy przed chwilą zdarzyło się coś strasznego?!
   Zmarszczył brwi i otworzył okno.
   - Bryn? Co ty tu robisz? – zapytał. Spojrzał na moją zaryczaną twarz, a potem na zakrwawione ręce.
   Zniknął w oknie, a potem drzwi się otworzyły i wciągnął mnie do środka. Nie wiedział co zrobić, widać było to po jego zachowaniu. Rozglądał się po kątach i nie wiedział co ma powiedzieć. W końcu odparł:
  -Wejdź pod prysznic, umyj się i uspokój. Potem wszystko mi opowiesz.
   Zrobiłam jak kazał. Byłam strasznie zmęczona, oczy mnie już szczypały. Lou dał mi swoją bluzę, żebym nie musiała wkładać poszarpanej nożem bluzki i zakrwawionych spodni. Dlaczego, gdy zdarzy się coś złego to zawsze przeze mnie i jest wtedy dużo krwi?
   - Twoich rodziców zastępczych nie ma? – zeszłam na dół po schodach, do kuchni, gdzie Louis siedział przy wysepce na wysokim krześle.
   - Nie. Wyjechali na delegację.
   Pokiwałam głową i spuściłam wzrok. Usiadłam obok niego.
   - Więc… co…
   - Zaatakował mnie – próbowałam mówić to obojętnie. Wpatrywałam się w moje pomalowane na turkusowo paznokcie od nóg.
   - Kto?
   Spojrzałam na niego. Marszczył brwi. Z bliska wyglądał tak bardzo słodko. Nie wiem dlaczego o tym pomyślałam.
   - Eric. Najpierw zranił mnie w rękę, potem celował w brzuch – Lou złapał mnie za rękę i podwinął rękaw bluzy. Spojrzał na otwartą, zaczerwienioną ranę. Na szczęście już nie krwawiła. Mówiłam dalej – Wytrąciłam mu nóż z ręki. Potem zacisnął mi ręce na szyi i powalił. Byłam taka przerażona – miałam łzy w oczach – nie wiedziałam co robić.
   Lou podszedł do jednej z szafek kuchennych i zanim się obejrzałam opatrywał mi już rany, ale uważnie słuchał.
   - Chciałam go odepchnąć. Czułam straszne mrowienie w palcach. Podrapałam go po klatce – mówiłam to wszystko z gulą w przełyku. - Zdołałam się uwolnić i zaczęłam uciekać, ale złapał mnie. Odruchowo chciałam uderzyć go w twarz, ale zapomniałam, że jest wyższy i… poderżnęłam mu gardło… pazurami.
   Teraz wybuchłam na dobre. Na ogół wstydziłam się płakać przy innych, ale teraz to nie miało znaczenia.
   Louis opatrzył ranę do końca i odwinął rękaw, a ja schowałam twarz w dłoniach. Chwilę czułam jego wzrok na sobie, a potem poczułam, że kładzie mi rękę na ramieniu i przyciąga do siebie. Najpierw wyrywałam się, ale potem uległam i przycisnęłam swoją twarz do jego torsu.
   Zaprowadził mnie na górę i pozwolił mi zostać na noc. Oczywiście pytał się czy ma zostać ze mną, ale zaprzeczyłam. Położyłam się w jego miękkim łóżku i próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Po prostu łkałam cicho wtulając twarz w poduszkę. Nie chciałam, żeby Lou nie mógł spać przez swoje wyostrzone zmysły. W końcu uspokoiłam się na tyle, że moja ramiona już się nie trzęsły.
   Zabiłam człowieka.
   Gdy Lou to zrobił na moich oczach, tak naprawdę wyobraziłam sobie, że to musiało być kłamstwo. Że to nie zdarzyło się naprawdę. Ale teraz byłam tego pewna. Czułam to. Czułam ciepło krwi na moich rękach, czułam jej metaliczny zapach. Najgorsze było to, że gdy patrzyłam, jak z szyi Erica wypływa krew, czułam się świetnie. Pierwszy raz w życiu czułam taką siłę, taką władzę. Czułam, że mogę wszystko.
   Wtuliłam głowę w poduszkę i wyczułam zapach Louisa. Czasami zastanawiałam się, jakie to uczucie mieć chłopaka. Móc mu powiedzieć wszystko, przytulić się do niego, pocałować. Oczywiście potem wyrzucałam te myśli z głowy.
   W końcu zasnęłam.


   - Moim zdaniem to będzie podejrzane – usłyszałam głos Lou dobiegający z dołu.
   - Wiem – to był głos Han. – Ale nie możemy się narażać.
   Podniosłam głowę i spojrzałam na zegar. W pół do trzeciej. Tak długo spałam?
   - A co z Sonią? – usłyszałam. – Nie rozumiem, dlaczego tak długo zwlekasz?
   Han westchnęła.
   - Sama nie wiem. Im więcej wilków, tym większe ryzyko, że ktoś się dowie. Ale jak naprawdę będzie tego chciała to ją zmienię. Przy Bryn byłam pewna, że zostawi rodzinę i wyruszy razem z nami, gdy zajdzie taka potrzeba. Tyle mi o niej opowiadałeś…
   Lou mówił swojej matce o mnie?
   - Sonia… nie wiem, czy aż tak się poświęci – Han mówiła dalej. – Gdyby nie chciała z nami wyjechać to musielibyśmy ją zostawić. A wiesz, że wtedy stałaby się omegą. Nie mogę na to pozwolić.
   Ja też nie byłam pewna co do Sonii.
   Wstałam z łóżka. Ciężko mi się oddychało, miałam mroczki przed oczami i było mi gorąco. Zeszłam po schodach do kuchni. I zobaczyłam watahę w całej okazałości. Wzięłam głęboki oddech, ale jedyne co zdołałam powiedzieć to:
   - Przepraszam.
   Nie chciałam tego zrobić, ale tak po prostu już wyszło. Wiedziałam ile problemów sprawiłam Hannie i innym.
   Han przez chwilę nic nie mówiła, ale w końcu się odezwała:
   - W najbliższym czasie chyba będziecie musieli wyjechać. Lou mówił, że Eric Cię zranił. Miejmy nadzieję, że gdy znajdą twoje DNA pomyślą, że zaatakowało go zwierzę. Niestety, jeśli ukarze im się twoje ludzkie, to nie mamy szans. Będziecie musieli wyjechać. Na szczęście na razie nie musimy tego robić – uśmiechnęła się widząc moją minę. – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.
   Jak mnie wkurza taka gatka. „Tak, wszystko będzie dobrze, najwyżej zamkną Cię w więzieniu na parę lat za zabójstwo człowieka i co miesiąc będziesz się przemieniać na oczach innych. Potem wezmą Cię najwyżej na badania i rozkroją na części”.
   Ciekawe, gdzie w ogóle mielibyśmy pojechać.
   - Policja już znalazła ciało – powiedział William. – Na razie myślą, że to zwierzę, przez podrapania. Tak w zasadzie to chciałbym stąd wyjechać – dodał po chwili namysłu.
   - My zostajemy – powiedziała Han. – Pojedzie tylko Bryn i Louis. No i ewentualnie Sonia.
   - Dlaczego?
   - Lou jest odpowiedzialny, ale nie aż tak, żeby upilnować ciebie. Poza tym musimy mieć oko na śledztwo. Jak zamkną sprawę to przyjedziemy do nich. Musimy dopilnować, żeby czasem potem nie ścigali Bryn. Poza tym jeszcze nawet nie wiemy czy będzie taka konieczność… Pozostaje nam tylko czekać.
   - A gdzie pojechalibyśmy tak dokładnie? – nie mogłam już dłużej trzymać tego pytania na wodzy. Znając moje szczęście to będę musiała uciekać.
   - Miami. Mój znajomy tam mieszka i załatwi wam mieszkanie. Tylko, że będziecie musieli płacić czynsz. Mniejszy niż zwykle, ale jednak. Czeka was praca dorywcza kochani.
   Wkrótce wszyscy zajęli się sobą. Usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Oczywiście w wiadomościach aż huczało o Ericku. Łzy znów pociekły mi po policzku. Czułam się okropnie. Zamknęłam oczy i nagle usłyszałam:
   - Tak, mamy już potwierdzenie – mówiła prezenterka wiadomości – to nie było zwierzę. Prawdopodobnie morderca chciał upozorować atak zwierzęcia.
   Moje ciało zadrżało na słowo „morderca”.
   - Podejrzany był średniego wzrostu, lecz miał ogromną siłę. Niestety nie było żadnych świadków, więc nie można odtworzyć jego wyglądu. Miejcie się na baczności. Zabójca grasuje w Bullhead City i to może być każdy. Dziękuję za uwagę. Heather Miller.
   Odetchnęłam z ulgą. Myślą, że to silny facet.
   - Chcesz może zapiekanki serowo-makaronowej? – spytała Han krzątając się w kuchni.
   - Trochę – odparłam czując burczenie w brzuchu. Spojrzałam na Hannę przez ramię. – Nie boisz się, że zaraz pojawią się rodzice zastępczy Louisa? Albo, że Blackwell’owie cię tutaj zobaczą?
   - Mieszkańcy tego domu to moi przyjaciele. Wiedzą o nas. A Blackwell’owie… Miejmy nadzieję, że dobrze umiem maskować nasz zapach.
   Nagle trzasnęły drzwi frontowe.
   - Gadałem z Sonią – usłyszałam głos Lou dobiegający z holu. – Powiedziała, że może wyjechać z nami jeszcze dziś.