sobota, 8 listopada 2014

Rozdział 10


   Han pokazała mi swoją watahę w całej okazałości. Składały się na nią cztery bety: Louis, Raven, Vee i William. Vee to niska, bladoskóra dwudziestolatka o długich, rudych włosach. Nie poznałam jej bliżej, ale sprawia wrażenie cichej i trochę przymulonej gotki. William to jej młodszy brat. Jego włosy były złociste, a oczy niebieskie. Nie był wyjątkowo przystojny, ale brzydki też nie. Will, w przeciwieństwie do Vee, tryskał pozytywną energią. Miał szesnaście lat, a jego kawały były naprawdę śmieszne, choć ociupinkę żałosne. Czasami był wkurzający, ale dał się lubić.
   Dowiedziałam się, że prawdziwym wilkołakiem stanę się dopiero po pełni. Pozostawało mi tylko czekanie.
   W kryjówce mojej watahy (Boże! Należę do watahy!) spędziłam dwa dni. Mimo to nie chciałam wracać. Czułam się tutaj jak w domu. W takim prawdziwym. Gdzie nie ma naiwnej matki oraz władczego ojczyma. Byłam po prostu wolna. Najzwyczajniej wolna.
   Sielanka oczywiście dobiegła końca, gdy zdałam sobie sprawę, że mimo wszystko moja mama trochę się martwi i że nie mogę tak po prostu zniknąć.
   Wróciłam więc do domu. Mama najpierw mnie wyściskała, a potem dała mi szlaban (ciekawe, który w tym miesiącu). I tak nic nie da.
   Rutyna zaczęła się od nowa. Szkoła, dom, szkoła, dom, szkoła, dom… Nie mogłam już się doczekać pełni.
   Pytałam się Han jak opanować przemianę. Powiedziała, że to jest bardzo proste, lecz zbyt trudne dla początkujących. Czekają mnie mniej więcej dwie pełnie bez pamięci i kontroli, jedna bez kontroli i wtedy będę już w stanie w miarę się opanować. Do tego czasu mam się nie denerwować.
   Pogodziłam się z Sonią, choć nabrałyśmy do siebie dystansu. Nic nie jest już takie jak kiedyś.
   Maj nadchodził małymi krokami. Na razie nie działo się nic specjalnego. Blackwell’owie mieszkali już w Bullhead City około trzy miesiące. Z tego co wiem, to każdego dnia szukali tropu Hanny w lesie ze znikomymi skutkami. Albo ona była naprawdę świetna, albo chłopcy nie byli najlepsi.
   Eric prawie w ogóle ze mną nie rozmawiał. Tak jak mówiła Han, to fiutek. Bał się mnie. Widziałam to w jego oczach. Teraz nie miał już nade mną władzy. Na wszystko mi pozwalał. Tylko jedno mnie dziwi. Skoro sam wiedział, że wilkołaki istnieją, to czemu ulokował mnie w szpitalu psychiatrycznym, gdy ja też wiedziałam jaka jest prawda? Dlaczego na siłę próbował wmówić mi, że jest inaczej?
   Tak w zasadzie to nie czułam zmian fizycznych w moim ciele. Działo się tak dlatego, że nie przeżyłam jeszcze pełni. Czasami tylko, gdy byłam zdenerwowana albo zła, czułam mrowienie w palcach.
   Któregoś dnia wróciłam do domu wczesnym popołudniem, ponieważ zwolnili nas z dwóch ostatnich lekcji. Sonia pojechała na zakupy, więc strasznie się nudziłam. Nauczyłam się tolerować Lou, lecz nie na tyle by sam na sam spędzać z nim czas. Znudzona do granic możliwości stwierdziłam, że posprzątam w szafie.
    Zaczęłam od bluzek, a potem segregowałam spodnie. Wyciągając parę moich ulubionych, zauważyłam, że coś z nich wypadło. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w dół. Na ziemi leżał wisiorek. Ten sam, który zwędziłam Corcin’owi. Wrzuciłam resztę spodni do szafy i podeszłam do biurka z naszyjnikiem w ręku. Usiadłam, włączyłam lampkę i dokładnie go obejrzałam. Był okrągły, średniej wielkości. Tło obrazka znajdującego się z przodu wyglądało jak księżyc. Mniej więcej na środku widniał wilk wyjący do niego. Wisiorek wyglądał staro. Zauważyłam, że się otwierał. W środku były jakieś stare zdjęcia. Z jednej strony młoda kobieta w starodawnym ubraniu, a z drugiej szary wilk. Na tyle wisiorka pisało:

   Elizabeth Jana Dirige
   Miami rok 1745

   To nazwisko coś mi mówiło, ale nie pamiętam co.
   Bez zastanowienia włożyłam wisiorek na szyję.
   Wyszłam na dwór. Musiałam odetchnąć świerzym powietrzem, pomyśleć. Poszłam w głąb ogrodu. Usiadłam na niewielkiej huśtawce zawieszonej na dużej gałęzi starego drzewa. Siedziałam tam około pół godziny. Zaczęło już zmierzchać.
   Nagle usłyszałam, że ktoś się skrada, liście szeleściły. Odwróciłam głowę. Za mną stał mój ojczym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zaciskał zębów i nie wpatrywał się we mnie jak psychopata. W jego ręce coś błysnęło. Objęło mnie przerażenie.
   - Muszę to zrobić przed pełnią – powiedział. – Bo potem już mi się nie uda.


   -Lou! – płakałam.
   Dawno zapadła już noc i zrobiło się chłodno. Trzęsłam się z zimna.
   - Proszę, obudź się – spojrzałam zapłakana w okno jego pokoju.
   Nagle go zobaczyłam. Słodko wyglądał w roztrzepanych włosach… Dlaczego myślę o takich błahych sprawach, gdy przed chwilą zdarzyło się coś strasznego?!
   Zmarszczył brwi i otworzył okno.
   - Bryn? Co ty tu robisz? – zapytał. Spojrzał na moją zaryczaną twarz, a potem na zakrwawione ręce.
   Zniknął w oknie, a potem drzwi się otworzyły i wciągnął mnie do środka. Nie wiedział co zrobić, widać było to po jego zachowaniu. Rozglądał się po kątach i nie wiedział co ma powiedzieć. W końcu odparł:
  -Wejdź pod prysznic, umyj się i uspokój. Potem wszystko mi opowiesz.
   Zrobiłam jak kazał. Byłam strasznie zmęczona, oczy mnie już szczypały. Lou dał mi swoją bluzę, żebym nie musiała wkładać poszarpanej nożem bluzki i zakrwawionych spodni. Dlaczego, gdy zdarzy się coś złego to zawsze przeze mnie i jest wtedy dużo krwi?
   - Twoich rodziców zastępczych nie ma? – zeszłam na dół po schodach, do kuchni, gdzie Louis siedział przy wysepce na wysokim krześle.
   - Nie. Wyjechali na delegację.
   Pokiwałam głową i spuściłam wzrok. Usiadłam obok niego.
   - Więc… co…
   - Zaatakował mnie – próbowałam mówić to obojętnie. Wpatrywałam się w moje pomalowane na turkusowo paznokcie od nóg.
   - Kto?
   Spojrzałam na niego. Marszczył brwi. Z bliska wyglądał tak bardzo słodko. Nie wiem dlaczego o tym pomyślałam.
   - Eric. Najpierw zranił mnie w rękę, potem celował w brzuch – Lou złapał mnie za rękę i podwinął rękaw bluzy. Spojrzał na otwartą, zaczerwienioną ranę. Na szczęście już nie krwawiła. Mówiłam dalej – Wytrąciłam mu nóż z ręki. Potem zacisnął mi ręce na szyi i powalił. Byłam taka przerażona – miałam łzy w oczach – nie wiedziałam co robić.
   Lou podszedł do jednej z szafek kuchennych i zanim się obejrzałam opatrywał mi już rany, ale uważnie słuchał.
   - Chciałam go odepchnąć. Czułam straszne mrowienie w palcach. Podrapałam go po klatce – mówiłam to wszystko z gulą w przełyku. - Zdołałam się uwolnić i zaczęłam uciekać, ale złapał mnie. Odruchowo chciałam uderzyć go w twarz, ale zapomniałam, że jest wyższy i… poderżnęłam mu gardło… pazurami.
   Teraz wybuchłam na dobre. Na ogół wstydziłam się płakać przy innych, ale teraz to nie miało znaczenia.
   Louis opatrzył ranę do końca i odwinął rękaw, a ja schowałam twarz w dłoniach. Chwilę czułam jego wzrok na sobie, a potem poczułam, że kładzie mi rękę na ramieniu i przyciąga do siebie. Najpierw wyrywałam się, ale potem uległam i przycisnęłam swoją twarz do jego torsu.
   Zaprowadził mnie na górę i pozwolił mi zostać na noc. Oczywiście pytał się czy ma zostać ze mną, ale zaprzeczyłam. Położyłam się w jego miękkim łóżku i próbowałam zasnąć, ale nie mogłam. Po prostu łkałam cicho wtulając twarz w poduszkę. Nie chciałam, żeby Lou nie mógł spać przez swoje wyostrzone zmysły. W końcu uspokoiłam się na tyle, że moja ramiona już się nie trzęsły.
   Zabiłam człowieka.
   Gdy Lou to zrobił na moich oczach, tak naprawdę wyobraziłam sobie, że to musiało być kłamstwo. Że to nie zdarzyło się naprawdę. Ale teraz byłam tego pewna. Czułam to. Czułam ciepło krwi na moich rękach, czułam jej metaliczny zapach. Najgorsze było to, że gdy patrzyłam, jak z szyi Erica wypływa krew, czułam się świetnie. Pierwszy raz w życiu czułam taką siłę, taką władzę. Czułam, że mogę wszystko.
   Wtuliłam głowę w poduszkę i wyczułam zapach Louisa. Czasami zastanawiałam się, jakie to uczucie mieć chłopaka. Móc mu powiedzieć wszystko, przytulić się do niego, pocałować. Oczywiście potem wyrzucałam te myśli z głowy.
   W końcu zasnęłam.


   - Moim zdaniem to będzie podejrzane – usłyszałam głos Lou dobiegający z dołu.
   - Wiem – to był głos Han. – Ale nie możemy się narażać.
   Podniosłam głowę i spojrzałam na zegar. W pół do trzeciej. Tak długo spałam?
   - A co z Sonią? – usłyszałam. – Nie rozumiem, dlaczego tak długo zwlekasz?
   Han westchnęła.
   - Sama nie wiem. Im więcej wilków, tym większe ryzyko, że ktoś się dowie. Ale jak naprawdę będzie tego chciała to ją zmienię. Przy Bryn byłam pewna, że zostawi rodzinę i wyruszy razem z nami, gdy zajdzie taka potrzeba. Tyle mi o niej opowiadałeś…
   Lou mówił swojej matce o mnie?
   - Sonia… nie wiem, czy aż tak się poświęci – Han mówiła dalej. – Gdyby nie chciała z nami wyjechać to musielibyśmy ją zostawić. A wiesz, że wtedy stałaby się omegą. Nie mogę na to pozwolić.
   Ja też nie byłam pewna co do Sonii.
   Wstałam z łóżka. Ciężko mi się oddychało, miałam mroczki przed oczami i było mi gorąco. Zeszłam po schodach do kuchni. I zobaczyłam watahę w całej okazałości. Wzięłam głęboki oddech, ale jedyne co zdołałam powiedzieć to:
   - Przepraszam.
   Nie chciałam tego zrobić, ale tak po prostu już wyszło. Wiedziałam ile problemów sprawiłam Hannie i innym.
   Han przez chwilę nic nie mówiła, ale w końcu się odezwała:
   - W najbliższym czasie chyba będziecie musieli wyjechać. Lou mówił, że Eric Cię zranił. Miejmy nadzieję, że gdy znajdą twoje DNA pomyślą, że zaatakowało go zwierzę. Niestety, jeśli ukarze im się twoje ludzkie, to nie mamy szans. Będziecie musieli wyjechać. Na szczęście na razie nie musimy tego robić – uśmiechnęła się widząc moją minę. – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.
   Jak mnie wkurza taka gatka. „Tak, wszystko będzie dobrze, najwyżej zamkną Cię w więzieniu na parę lat za zabójstwo człowieka i co miesiąc będziesz się przemieniać na oczach innych. Potem wezmą Cię najwyżej na badania i rozkroją na części”.
   Ciekawe, gdzie w ogóle mielibyśmy pojechać.
   - Policja już znalazła ciało – powiedział William. – Na razie myślą, że to zwierzę, przez podrapania. Tak w zasadzie to chciałbym stąd wyjechać – dodał po chwili namysłu.
   - My zostajemy – powiedziała Han. – Pojedzie tylko Bryn i Louis. No i ewentualnie Sonia.
   - Dlaczego?
   - Lou jest odpowiedzialny, ale nie aż tak, żeby upilnować ciebie. Poza tym musimy mieć oko na śledztwo. Jak zamkną sprawę to przyjedziemy do nich. Musimy dopilnować, żeby czasem potem nie ścigali Bryn. Poza tym jeszcze nawet nie wiemy czy będzie taka konieczność… Pozostaje nam tylko czekać.
   - A gdzie pojechalibyśmy tak dokładnie? – nie mogłam już dłużej trzymać tego pytania na wodzy. Znając moje szczęście to będę musiała uciekać.
   - Miami. Mój znajomy tam mieszka i załatwi wam mieszkanie. Tylko, że będziecie musieli płacić czynsz. Mniejszy niż zwykle, ale jednak. Czeka was praca dorywcza kochani.
   Wkrótce wszyscy zajęli się sobą. Usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Oczywiście w wiadomościach aż huczało o Ericku. Łzy znów pociekły mi po policzku. Czułam się okropnie. Zamknęłam oczy i nagle usłyszałam:
   - Tak, mamy już potwierdzenie – mówiła prezenterka wiadomości – to nie było zwierzę. Prawdopodobnie morderca chciał upozorować atak zwierzęcia.
   Moje ciało zadrżało na słowo „morderca”.
   - Podejrzany był średniego wzrostu, lecz miał ogromną siłę. Niestety nie było żadnych świadków, więc nie można odtworzyć jego wyglądu. Miejcie się na baczności. Zabójca grasuje w Bullhead City i to może być każdy. Dziękuję za uwagę. Heather Miller.
   Odetchnęłam z ulgą. Myślą, że to silny facet.
   - Chcesz może zapiekanki serowo-makaronowej? – spytała Han krzątając się w kuchni.
   - Trochę – odparłam czując burczenie w brzuchu. Spojrzałam na Hannę przez ramię. – Nie boisz się, że zaraz pojawią się rodzice zastępczy Louisa? Albo, że Blackwell’owie cię tutaj zobaczą?
   - Mieszkańcy tego domu to moi przyjaciele. Wiedzą o nas. A Blackwell’owie… Miejmy nadzieję, że dobrze umiem maskować nasz zapach.
   Nagle trzasnęły drzwi frontowe.
   - Gadałem z Sonią – usłyszałam głos Lou dobiegający z holu. – Powiedziała, że może wyjechać z nami jeszcze dziś.

3 komentarze:

  1. Świetny rozdział :D Czekam na kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział ;* czekam na następny .
    I uwielbiam Sonię xd
    J.♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Sonia jest po prostu cudna :)
    Mam nadzieję, że szybko coś naskrobiesz, bo wręcz umieram z ciekawości. Życzę weny i pomysłów na dalsze losy bohaterów. Świetnie piszesz, oby tak dalej. Bardzo miło się czyta ;P
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie na rozdział szósty.

    OdpowiedzUsuń