czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 11

   - Tak, informacje są już potwierdzone. Na policję zgłosił się świadek, który poinformował nas, że widział jak jakaś młoda kobieta biegnie przez ulicę w okolicy zbrodni. Miała długie ciemne włosy. Powtarzam, sprawcą była młoda kobieta. Miejcie się a baczności! Heather Miller.
   Gdy to usłyszałam, myślałam, że padnę trupem. Ktoś mnie widział? Jak to możliwe? Zanim wyszłam z ogrodu dokładnie obejrzałam ulicę. Nikogo nie było. Zresztą, to już nieważne.
   - Przykro mi – powiedziała Han, gdy wsiadałam do auta.
   Lou prowadził, ja usiadłam z przodu, a Sonia z tyłu. Jej rodzice wiedzą, że wyjechała. Powiedziała im, że chce poznać świat i ma okazję zamieszkać w wielkim mieście. Zgodzili się. Niedługo miała mieć osiemnastkę, więc i tak długo by jej nie trzymali. Czasami chciałabym mieć takich rodziców.
   Han ugryzła Sonię w nadgarstek, opatrzyła go i pomachała nam na pożegnanie.
   Zawsze chciałam wyjechać z tego zadupia do jakiegoś większego miasta. Ale nie w taki sposób. Byłam bez grosza i bez ubrań. Jechałam w nieznane. Będę musiała znaleźć sobie pracę.
   Z drugiej strony czułam się wolna. Mogłam robić co chciałam, wreszcie sama decydowałam o sobie. Nie musiałam słuchać mamy.
   Jechaliśmy na lotnisko w Kingman. A stamtąd samolotem do Miami.
   Gdy byliśmy już blisko miasta, rozłożyłam się na siedzeniu, oparłam o drzwi auta i wysunęłam kolana w drugą stronę. Lou przez przypadek dotknął ich, zmieniając bieg. Spojrzał na mnie kątem oka, a ja podkuliłam kolana i spojrzałam na krajobraz. Robiło się coraz ciemniej.
   Samolotem lecieliśmy czternaście godzin, z czego większość przespaliśmy. Z góry miasta w nocy wyglądały prześlicznie. Gdy dotarliśmy na miejsce, był już późny ranek. Lou zadzwonił po taksówkę, która zawiozła nas na ulicę Banyan Trail, jednej z najbogatszych dzielnic Miami. W zasadzie ulica należała już do Coral Gabes, ale to bez różnicy. Taksówkarz stanął na poboczu.
   Wyciągnęliśmy walizki (to znaczy Sonia i Lou, bo ja nic nie miałam) i zaczęliśmy szukać numeru domu, który Han zapisała nam na małej karteczce. Na pierwszy rzut oka widać było, że ulica jest zadbana. Nigdzie nie dostrzegłam ani jednego papierka czy gumy, a trawniki przy wąskiej ulicy były perfekcyjnie skoszone. Wkoło rosły egzotyczne drzewa, dlatego było widać tylko skrawki ogromnych willi, które stały przy tej ulicy.
   - To niemożliwe – powiedziałam. – W życiu nas nie będzie stać na jeden z tych domów. To przecież Banyan Trail!
   - Ale super! – odparła Sonia.
   - Przesadzasz – stwierdził Lou – mama mówiła, że zejdzie nam z ceny.
   - No to naprawdę musi z niej zejść. Takie domy kosztują fortunę. Nawet, gdy będziemy harować jak woły to nie będzie nas stać.
   - To tu – odparł patrząc w lewo.
   Podążyłam za jego wzrokiem i… otworzyłam oczy ze zdumienia. Kamienna droga prowadziła do żelaznej bramy. Z przodu stała mała skrzynka na listy, na której był numer: 5400. Wokół drogi rosły drzewa, które tworzyły piękny zielony tunel. Ale nie to zwróciło moją uwagę. W głębi posesji stał ogromny biały dom. Jeśli się nie mylę to w stylu klasycystycznym. Ten widok zapierał dech w piersiach.
   - Na pewno się nie pomyliłeś? – spytałam.
   - Nie, tu jest napisane: 5400 Banyan Trail.
   Naprzeciwko bramy znajdowało się niewielkie rondo, na którym rosło wielkie drzewo. Padał od niego cień na całe podwórko, które z przodu domu było średniej wielkości. Za rondem znajdowała się budowla, w której mieściły się dwa garaże. W jednym stał biały kabriolet Chevrolet Camaro. Obok ronda stał drugi samochód: czarny, dwuosobowy Dodge Viper.
   - Ale ktoś tu mieszka – powiedziała Sonia smutnym głosem.
   - Zaraz zobaczymy – odparł Lou i pchnął bramę.
   Ruszyłyśmy za nim gęsiego, aż do drzwi. Zadzwonił z pewnością zbyt drogim dzwonkiem i po chwili otworzył nam czterdziestolatek z lekkim zarostem. Był ubrany w szary garnitur z niebieską koszulą. Rysy miał francuskie?
   - Dzień dobry – powiedział Louis. – Czy pan… - spojrzał na kartkę - … Aurelio Labrie?
   Sadząc po nazwisku to Francuz.
   Aurelio Labrie… skąd ja znam to imię?
   - Tak… - powiedział z francuskim akcentem.
   - Jestem Louis Trivette.
   - Och, no tak! Zapraszam! Wejdźcie! – otworzył drzwi szerzej.
   Rozszerzyłam oczy jeszcze bardziej. W środku dom wyglądał jeszcze bardziej ekskluzywnie. Ściany pokryte były farbą koloru ecru. Na wprost zobaczyłam wielkie okna, na całą ścianę, które pokazywały widok na duży ogród. Nawet nie zdziwiło mnie, że był tam basen.
   Przed nami znajdował się pokaźny salon z czerwoną kanapą po środku i ogromnym telewizorem na ścianie. Z lewej strony znajdowały się schody, z szufladami, które były pod nimi, prowadzące na pierwsze piętro. Z prawej strony znajdowała się czerwono-beżowa kuchnia, a obok jadalnia w tych samych kolorach.
   - Dom zostawię pod waszą opieką, lecz wezmę od was bardzo małą pensję, abyście nie siedzieli bezczynnie – mówił Aurelio. – Za około dwa tygodnie przyjedzie tu mój syn i z wami zamieszka. Muszę dać mu trochę swobody… - zamyślił się na chwilę. – Yyy… cenę ustalimy później. Na razie was oprowadzę.
   Na parterze znajdowała się jedna łazienka – za to imponujących rozmiarów. Była tam duża wanna i prysznic, poza tym w kącie stało jacuzzi. Obok znajdowały się niewielkie drzwi do sauny.
   Na pierwszym piętrze było pięć pokoi – w czterech stały piękne podwójne łóżka, a jeden był jeszcze niewykończony. Trzeba było pomalować ściany i wyposażyć ten pokój, ale Aurelio powiedział, że później się tym zajmie. Każdy pokój miał swoją łazienkę. Niestety jedno pomieszczenie było zamknięte. „To pokój mojego syna” – powiedział pan Labrie.
   Każdy wybrał sobie pokój, oczywiście Sonia największy i różowy. W sumie to dobrze, bo nie za bardzo lubię ten kolor. Ja wzięłam sobie turkusowy, a Lou – oliwkowy. Każdy pokój miał balkon z widokiem na ogród, za którym rozciągał się las.
   Łóżko w moim małym królestwie znajdowało się mniej więcej na środku pokoju. Stały tam jeszcze puste półki na książki, szafy, komody. Zauważyłam, że w kącie stoi sztaluga malarska, co mnie bardzo ucieszyło.
   Zeszliśmy z powrotem na dół. Lou i pan Aurelio zaczęli ustalać cenę za wynajem, a ja dokładniej rozglądałam się po salonie. Zobaczyłam, że w kącie stoi fortepian. Zauważyłam małe zdjęcie oprawione w czarną ramkę, stojące na nim. Podeszłam bliżej.
   Zdjęcie przedstawiało pana Aurelio z synem. Było z przed paru lat. Na zdjęciu chłopiec miał około trzynaście lat. Był niski i miał na nosie okulary. Wszędzie poznałabym tę buźkę. Aurelio Labrie to przecież tata Brice’a! Chłopca, w którym byłam zakochana, moja pierwsza miłość. Miałam wtedy dwanaście lat.
   - O Boże! – odparłam. – Nie poznałabym pana, panie Labrie! To ja, Bryn.
   Zmarszczył brwi.
   - Brynel Case – powiedziałam. – Przyjaźniłam się kiedyś z Brice’em. Sonia też.
   Nagle oczy mu się rozjaśniły.
   - Bryn, kochana, ale wyrosłaś! Ile to już lat? Pięć?
   Kiwnęłam głową, a on podszedł do mnie i uściskał.
   - Jesteś nie do poznania! Ale zrobiła się z Ciebie piękna kobieta. Do dzisiaj pamiętam, jak zrzuciłaś Brice’a z drzewa. Oboje rywalizowaliście łeb w łeb.
   Kiwnęłam głową i muszę przyznać, że trochę się zawstydziłam.
   - Więc Brice przyjedzie za dwa tygodnie?
   - Tak, tak, ale jak się dowie, że wy tu mieszkacie, to z pewnością przyjedzie szybciej.
   Nastąpiła chwila ciszy.
   - No dobrze, to będę się zbierał – chwycił jedne z kluczy wiszących na haczyku obok drzwi. – Aha, i jeszcze jedno – wrócił się – jeśli zobaczę chociaż jedną rysę na moim kabriolecie, który oddaję do waszej dyspozycji, to mówię wam, że głowy wam pourywam i wasze wilcze moce nic nie pomogą. I, Bryn… Brice nic nie wie o wilkołakach i bardzo was proszę aby tak zostało. Jeśli będzie wam trudno ukrywać moce to powiedzcie jedno słowo, a wezmę go ze sobą. No dobra, to do zobaczenia niedługo!
   I wyszedł. A Louis patrzył błyszczącymi oczami na drzwi. Podszedł do haczyka i wziął klucze z zawieszką w kształcie znaczka Chevrolet. Przyglądał się mu przez chwilę, po czym powiedział:
   - Jedziemy na zakupy.
   - Ja z przodu – krzyknęła szybko Sonia.
   Nie chciałam, aby kupowali mi rzeczy za swoje pieniądze, ale nie dało się ich przekonać. Sonia powiedziała, że jak tak bardzo chcę, to mogę jej oddać jak zarobię. Przy okazji weszliśmy to kilku potencjalnych miejsc pracy. Okazało się, że wszyscy może dostaniemy pracę w jednym lokalu. Lou miał być barmanem, Sonia kelnerką, a ja załapałam się na część artystyczną z powodu moich umiejętności muzycznych. Mianowicie będę śpiewała jakieś covery na żywo. Głos miałam przeciętny, a na fortepianie nauczyłam się grać, gdy byłam dzieckiem, dzięki babci. Poza tym, myślałam, że będę sobie dorabiać malując obrazy, bo nie ukrywając do tego też miałam smykałkę. Kiedyś w dzieciństwie miałam taki szał, że chciałam umieć wszystko, z wszystkich dziedzin. Dlatego tak strasznie rywalizowałam z Brice’em. On też był uzdolniony w wielu dziedzinach. Na szczęście była to rywalizacja przyjacielska, która po pewnym czasie przerodziła się w miłość – bynajmniej z mojej strony.
   Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Oczywiście mieliśmy problem z dostaniem się na miejsce, ponieważ wiadomo, że nie znamy jeszcze miasta.
   Kurczę. Chciałabym dostać tę pracę. Jest dobrze płatna, pracuje się tylko wieczorami, a reszta dnia jest wolna.
   Schowałam nowe ubrania do jednej z szaf, a potem usiadłam na kanapie w salonie, ponieważ strasznie bolały mnie nogi po długim zwiedzaniu sklepów. Włączyłam telewizor. Lou usiadł na drugim końcu sofy. Od jakiegoś czasu czułam się przy nim… dziwnie. Za każdym razem, gdy byłam z nim sam na sam czułam, że się pocę, a moje ciało ogarniało wielkie ciepło. Denerwowałam się? Niby dlaczego? To jest śmieszne.
   - Jutro pełnia – wyrwał mnie z zamyślenia. – Denerwujesz się?
   - Nie. Jakoś tak… Dziwnie się czuję, ale to nie jest zdenerwowanie. Raczej… podekscytowanie. Tylko mam pytanie… czy… czy będzie tak jak na filmach? No wiesz… - nie mogłam tego wyksztusić - …łańcuchy i piwnica?
   Zaśmiał się.
   - Nie, no co ty. Pójdziemy do lasu i… się zmienimy.
   - I… to wszystko? Skąd możesz wiedzieć, że nie zabijemy ludzi? Że ja nie zabiję? Albo Sonia?
   - Dopilnuję was.
   - Jesteś bardzo pewny siebie – spojrzałam mu prosto w oczy. – My jesteśmy dwie, a ty jeden.
   - Nauczyłem się panować nad stadem, mama często wyjeżdżała, a ktoś musiał zająć się innymi.
   Przez chwilę patrzeliśmy sobie w oczy, a potem odwróciłam wzrok zażenowana. Jak wyglądam? Czemu czuję się przy nim tak dziwnie?


   Czułam mrowienie w całym ciele. Nie mogłam się doczekać chwili zmiany. Miałam jeszcze tyle pytań, których nie zdążyłam zadać.
   Staliśmy pośrodku lasu. Wszyscy trzymaliśmy się za ręce i czekaliśmy, aż księżyc wyjdzie zza chmur. Ręka Soni była zimna, za to ręka Lou ciepła, ale trochę spocona. Aż dziwne, że nie przeszkadzało mi to.
   - Gotowe? – spytał.
   Obie kiwnęłyśmy głowami.
   Poczułam ciężar na płucach i zamknęłam oczy. Potem przeszła mnie fala ciepła w rękach i nogach. Czułam jakby ktoś ciągnął mnie za twarz, a potem na hama próbował zmniejszyć moje kończyny. Czułam, jak każdy włos przebija się przez skórę, jak coś wyrasta mi centymetry nad tyłkiem.
   Pamiętam wszystko. Od deski do deski. Czułam się, jakbym robiła to od zawsze. Byłam opanowana, nie to co Sonia. Biegała cały czas, zachowywała się jak zwierzę. Reagowała na każdy dźwięk. Warczała na nas i kłapała zębami. Prawie mnie pogryzła, ale Lou wydobył z siebie dźwięk, coś pomiędzy warknięciem a szczeknięciem i się uspokoiła. Być wilkiem to niesamowite uczucie. Byłam w stanie machać swoim ogonem, biegać o wiele szybciej i słyszeć szelesty z paru kilometrów. Teraz wszystko się zmieniło. Wszystko.

1 komentarz:

  1. Uwielbiam twojego bloga i dobrze o tym wiesz kochana :**
    Widze,że mnie słuchałaś, gdy mówiłam Ci o różowym pokoju :D
    Czekam na więcej :))

    OdpowiedzUsuń