poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 13

   Kusząca propozycja. Musiałam jednak to przemyśleć. Postanowiłam, że zdecyduję w ciągu tygodnia. To wszystko było takie skomplikowane… Dostarczono mi tak wiele informacji w jeden dzień, że musiałam odpocząć i pomyśleć. Niekiedy miałam jeszcze napady bólu głowy, a przede wszystkim męczył mnie słuch. Z czasem to zniknie. Ponadto, kiedy czułam jakiś intensywny zapach, od razu chaotycznie kichałam. To też ma minąć.
   Dziś wieczorem Sonii nie było w domu. Poszła na jakąś dużą imprezę. Odradzaliśmy jej to, biorąc pod uwagę, że nie będzie czuła się dobrze w pomieszczeniu, w którym będzie dużo śmierdzących potem ludzi. Jej nos będzie wariował ze względu na natłok zapachów, poza tym będzie czuła je dwa razy silniej. Węch jak węch, ale słuch? To dopiero będzie ostra jazda. Nie dała sobie jednak przemówić do rozsądku, a my nie mogliśmy jej zatrzymać siłą.
   Na kolację Lou zamówił chińskie jedzenie. Moje kubki smakowe były w niebo wzięte. Kocham takie jedzenie. Zjedliśmy je w salonie, przed telewizorem, oglądając jakiś film akcji. Nie ukrywam, że takie filmy bardziej mnie interesują niż romanse, ale nimi też nie pogardzę. Rozsiedliśmy się na kanapie, a ja od czasu do czasu zerkałam w stronę Lou. W zasadzie nie był taki zły. Troszczył się o nas, był miły i wbrew pozorom odkryłam, że on wcale nie chciał odebrać mi Sonii. Chciał się zaprzyjaźnić z nami dwiema, tylko ja nie chciałam. Zrobiło mi się strasznie przykro i głupio, że osądziłam go z góry. Przykro mi, ale ja nie mam zaufania do płci przeciwnej. Znów spojrzałam na niego. Na głowie miał artystyczny nieład, a wzrok miał zaspany. Wyglądał jakby dopiero co wstał z łóżka. Chyba zauważył, że mu się przyglądałam, ponieważ spojrzał mnie i uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech. I wtedy zarumieniłam się. Odwróciłam wzrok. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. W końcu chwyciłam puste opakowanie po jedzeniu i wyszłam z pokoju. Odstawiłam je na blacie i ochlapałam twarz zimną wodą.
   Ogarnij się. To nie jest chłopak dla ciebie.
   Nie wiem, dlaczego o tym pomyślałam…
   Jezu… Ja wariuję. Dlaczego Sonia zostawiła nas samych?
   Wytarłam twarz ręcznikiem i postanowiłam, że pójdę już spać. Gdy przechodziłam przez salon, rzuciłam na pożegnanie „dobranoc”.

  Znalazłam się w ciemnej uliczce. Rozejrzałam się dookoła i oblał mnie strach. Pamiętam ją. To właśnie tego wieczoru przechodziłam przez ten zaułek, gdy…
   Trzask.
   Spojrzałam za siebie, szukając napastnika.
   Nic.
   Dokładnie tak, jak wtedy.
   Ruszyłam biegiem w stronę domu. Domu, który wtedy był jeszcze dla mnie schronieniem. Dlaczego znów się tu znalazłam? Nie chcę przechodzić tego jeszcze raz. Zatrzymałam się na rozwidleniu dróg. Pójdę w drugą stronę. Może mnie nie złapie.
   Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i teraz biegłam w tą stronę, w którą nigdy więcej nie skręciłabym. Opadałam z sił. Odwróciłam się na moment. Nie było go. Zatrzymałam się, jednak moje przerażenie nie opadło. Dobrze pamiętam, co sobie wtedy myślałam. Że go zgubiłam i że mogę pozwolić sobie na kilka sekund odpoczynku. To był wielki błąd. Chciałam zmusić się do biegu, ale nie potrafiłam. Druga ja nie chciała mnie słuchać.
   Nagle ktoś mnie pociągnął. Upadłam prosto w krzaki. Wierzgałam się ze wszystkich sił, lecz był zbyt silny.
   Uderz go łokciem! – krzyczałam w myślach, lecz ciało nie chciało mnie słuchać.
   Krzyczałam tak długo, aż zdarłam sobie gardło, gdy poczułam, jak wkłada mi rękę pod bluzkę.
   Tym razem na to nie pozwolę!
   Wyrywałam się z całych sił.
   - Bryn! – usłyszałam przytłumiony głos.
   - Zostaw mnie! – krzyczałam do gwałciciela.
   W końcu udało mi się zmusić rękę, aby zwinęła się w pięść. Jednym, silnym ruchem, uderzyłam z całej siły w jego szczękę.


   Siedziałam na swoim łóżku, cała mokra od potu. Serce waliło mi jak oszalałe, oddech był płytki i przyśpieszony. Nagle coś poruszyło się na ziemi. Leżał tam skulony Louis, trzymając się za szczękę.
   Podkuliłam kolana i schowałam w nich głowę. Kolejne łzy przedzierały się przez moje powieki.
   Dlaczego to mnie prześladuje? Dlaczego nie mogę po prostu zapomnieć? Tak po prostu. Nic nie pamiętać.
   Poczułam jak trzęsą mi się ramiona. Opadłam z powrotem na łóżko i wcisnęłam twarz w poduszkę. Błagałam w myślach, aby Lou odszedł bez słowa, ponieważ nie lubiłam, gdy ktoś widział, jak płaczę. Ale on został. Usiadł na łóżku i położył mi rękę na plecach. Miałam uczucie, że mnie rozumie, lecz to przecież nie możliwe. Nikt mnie nie rozumie i nie zrozumie. Chyba, że przeżyje to samo co ja.
   Położył się i przez jakieś pół godziny głaskał mnie po plecach. W końcu odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam mu w oczy. O nic nie pytał, co mnie wielce ucieszyło. Patrzył na mnie tylko przez chwilę zmartwionymi oczami, po czym odgarnął mi kosmyk z twarzy.
   Widziałam takie sceny w filmach. Czy to oznaczało, że on… mnie lubił? Obserwowałam go próbując odgadnąć wyraz jego twarzy.
   - Dasz radę – powiedział. – Nie płacz. – Otarł mi łzę z policzka.
   Ja też chyba go lubię. Ta myśl uderzyła mnie jak bicz. Spuściłam wzrok. Nie, to nie możliwe… Ja nigdy… a może jednak?
   Nie.
   Zebrałam wszystkie te niepokojące myśli i usunęłam z głowy. Postanowiłam zająć się czymś innym.
   - Co wiesz o organizacji M.A.R.Z.N.?
   Poruszył ręką, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że znajduje się na mojej talii.
   - Skąd o niej wiesz?
   - A co?
   - Nic… po prostu ja Ci o niej nie mówiłem.
   - Ja… spotkałam się z dyrektorem. Zaprosił mnie na spotkanie.
   - Zaproponował Ci naukę?
   Kiwnęłam głową.
   - I co o tym myślisz?
   - Nie wiem. Nigdy się tam nie uczyłem. Dowiedziałem się wszystkiego od mamy. Ale słyszałem, że jest warta zaufania. Możesz się tam wiele nauczyć, tym bardziej, że twoja moc jest nietypowa… - spojrzał mi w oczy. – Chcesz tego?
   Westchnęłam.
   - Sama nie wiem… Ciebie też zapisywali do systemu?
   - Tak. Teraz jeszcze Sonia.
   Znów westchnęłam.
   - Wszystko się skomplikowało, po tym jak… - zamknęłam oczy przypominając sobie ciepło krwi na rękach i dźwięk Ericka, gdy dusił się własną krwią.
   - Nie martw się, wszystko będzie dobrze – przyciągnął mnie bliżej siebie, a ja wtuliłam się w jego tors.
   - Nienawidzę, jak ludzie tak mówią.
   Był tak blisko mnie.
   Spojrzałam mu w oczy i zrobiłam coś, czego będę żałować do końca życia. Przytknęłam swoje usta do jego. Gdy je oderwałam, wiedziałam już wszystko. Jego twarz wyrażała tylko jedno: zaskoczenie. Wypuścił z płuc powietrze, które przetrzymywał.
   - Bryn… - zaczął, ale nie dałam mu skończyć.
   - Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, że czujesz to samo, to lepiej nic nie mów.
   Znów schowałam głowę w poduszce. Nie usłyszałam ani słowa.


   - Podjęłam już decyzję.
   - Ale ja nie chcę, aby to co wydarzyło się w nocy wpłynęło na nią – Lou patrzał mi w oczy.
   Już wpłynęło.
   Po tym co wczoraj zrobiłam, nie potrafię spojrzeć mu w oczy. Wstyd zżera mnie co cna. Co ja sobie w ogóle myślałam, całując go? Dlaczego pomyślałam, że on też coś do mnie czuje? Może dlatego, że był taki miły… sama nie wiem.
   Najgorszy z tego wszystkiego był ból. Odrzucenie cholernie boli. Zastanawiasz się wtedy co z tobą nie tak, dlaczego on cię nie chce, czy jesteś aż taka nieznośna…
   Westchnęłam.
   - Dzwoniłam już do pana Arthura. Jutro kogoś po mnie przyśle.
   Na tym zakończyłam rozmowę i wyszłam na dwór.
   Zmierzchało się. Cały dzień Louis i  Sonia próbowali mnie namówić abym została. Wmawiałam im, że chcę się uczyć o moich zdolnościach, ale czy to prawda? Tak naprawdę chciałam uciec od Louisa. Za każdym razem, gdy był w pobliżu, chciałam płakać. Tak bardzo bym chciała, żeby podszedł do mnie, przytulił, pocałował i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Ale nie będzie. Ja już zawsze będę czuła się niezręcznie w jego towarzystwie.
   Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na klasycystyczny budynek. Jestem tu zaledwie parę dni, a już przywykłam do luksusu. Już myślałam o tym miejscu, jak o domu rodzinnym.  Tak w zasadzie to mieszkała tu moja rodzina. Wliczając w to pana Aurelia, jego żonę i Brice’a. No właśnie, Brice… Nie zdążę się z nim zobaczyć. Pewnie wyrósł na wysokiego i odważnego przystojniaka, o niebieskich jak woda oczach.
   Ruszyłam w stronę lasu i kątem oka dostrzegłam basen. Nawet nie zdążyłam się w nim wykąpać.
   Pogrążona w swoich rozmyślaniach, nawet się nie obejrzałam, a znalazłam się daleko od domu.
   Dlaczego z twardej kobiety, która nienawidziła mężczyzn, stałam się słabą dziewczyną, która całuje pierwszego lepszego chłopaka? Co on miał takiego w sobie? Chyba urok osobisty… Piękne, morskie oczy, miękkie ciemne włosy, wspaniały uśmiech i och… czemu o tym myślę? Hmm… kiedy się do mnie uśmiechał, nogi mi miękły.
   Nagle coś strzeliło, a ja usłyszałam ogłuszający świst strzały, która lekko zraniła moje ucho.
   Obejrzałam się za siebie.
   Moje serce gwałtownie przyspieszyło, gdy zobaczyłam znajomą mi twarz. Był ubrany na czarno, w ręce trzymał łuk, a na plecach miał strzały.
   - Mogłaś się nie ruszać. I byłoby po krzyku – na jego ustach pojawił się drwiący uśmieszek. – Od razu się domyśliłem, że to ty go zabiłaś. I powiem Ci, że wytropienie was wcale nie było takie łatwe.
   Oblał mnie strach. O mnie zabije, a ja nawet nie wiem, jak się bronić. Louis mnie jeszcze nie nauczył…
   - A gdzie twój brat? – mimo oszalałego serca zdołałam wykrztusić parę słów. – Siedzi w krzakach za moimi plecami, żeby zaatakować znienacka? – zdołałam opanować drżenie głosu.
   - Nicolas? – spojrzał na lśniący grot jednej ze strzał. – Nie. Został w domu, z ojcem. W końcu wytropili alfę – spojrzał mi prosto w oczy. – Mi zostały szczeniaki.
   - Kogo nazywasz szczeniakiem, śmieciu?
   Zacisnęłam pięści i poczułam jak długie pazury wbijają mi się w dłonie. Dotarł do mnie metaliczny zapach krwi.
   Nate uśmiechnął się.
   - Masz niebieskie oczy. A wiesz dlaczego? Bo zabiłaś niewinną osobę. Wtedy wasze oczy zmieniają kolor ze złotego na zimny niebieski.
   W oczach zebrały mi się łzy.
   - Eric nie był niewinny! Zaatakował mnie! – wargi zaczęły mi drżeć. – Broniłam się. Poza tym Lou zabił na moich oczach innego Łowcę, a jego oczy wciąż są złote…
   - Ten Łowca z pewnością miał już kilka wilków na sumieniu – westchnął i spojrzał na zegarek. – Zakończmy to już wreszcie.
   Wziął strzałę i wycelował łukiem we mnie. Napiął cięciwę.
   Wiedziałam, że uciekanie nic nie da. I tak byłam na straconej pozycji. Nie zdążyłabym nawet się odwrócić. Wystarczy, że puści strzałę.
   Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Ginąc teraz, stracę bardzo wiele. Nigdy nie dotrę do nowej szkoły, nigdy nie nauczę się jak panować nad moją mocą. Już nigdy nie poczuję zapachu z kilometra, nigdy nie poczuję blasku księżyca w pełni na mojej sierści, nie zakocham się drugi raz, nie nauczę się pływać. Nie spędzę czasu z Sonią…
   Pamiętam jakby to było dziś… Miałyśmy może… osiem lat? A może dziewięć? Sama nie wiem. Pamiętam, że wtedy zbliżyłyśmy się do siebie. To był tak zasadzie początek naszej przyjaźni. Bawiłyśmy się lalkami. W pewnej chwili Sonia powiedziała:
   - Bryn… Będziemy przyjaciółkami? Ale takimi najlepszymi.
   - Tak, przecież już nimi jesteśmy – odparłam.
   - Wiem, ale chcę, żeby nasza przyjaźń trwała do końca świata. Obiecaj mi, że mnie nigdy nie zostawisz.
   - Obiecuję, przyjaciółko.
   - Ja też Ci to obiecuję, przyjaciółko.
   Rzuciłyśmy lalki i przytuliłyśmy się do siebie.
   Poczułam gorąco łez spływających mi po policzkach. Już nigdy się do niej nie przytulę. Usłyszałam świst. Zacisnęłam mocniej zęby.
   Myślałam, że coś poczuję.
   Nic.
   Czy jestem już w niebie? Z pewnością nie, biorąc pod uwagę moje wszystkie grzechy. A może po śmierci nic nie ma? To by wyjaśniło ciszę panującą wokół. Tylko jedno nie pasowało. Czułam palący ból w dłoniach. Zdobyłam się na otwarcie oczu i odskoczyłam jak oparzona, ponieważ zobaczyłam strzałę zawieszoną w powietrzu, która była milimetry od mojego czoła. Upadłam na ziemię. Spojrzałam na Nate’a stojącego w bezruchu. Czy ja… czy ja zatrzymałam czas? Najwidoczniej.
   Wstałam i podeszłam do Łowcy. Pierwsze co zrobiłam, to wyjęłam jego strzały z kołczanu i wszystkie połamałam. Potem stanęłam przed nim i wyciągnęłam mu z rąk łuk. Wiedziałam, co muszę zrobić. Nie mogłam zostawić go przy życiu. Nie, jeśli chcę ocalić innych. Rzuciłam łuk na ziemię i spojrzałam na swoje pazury. Już raz to zrobiłam. Zamknęłam oczy i westchnęłam. I to był ogromny błąd. Nagle usłyszałam świerszcze grające w trawie, tak jakby czas znów leciał dalej. Nie myliłam się. Otworzyłam oczy i ujrzałam zdziwioną minę Nate’a. Szybko zamachnęłam się ręką, aby go uderzyć, ale on zdążył złapać ją w locie. Drugą tak samo. Zaczęłam napierać na niego z ogromną siłą.
   - Nie doceniłem Cię Bryn – wysyczał.
   Popchnęłam go i upadliśmy na ziemię. Siedziałam przez chwilę na nim okrakiem, ale splunął mi w twarz i przewrócił nas na drugą stronę. Na moje wielkie nieszczęście z ziemi wystawał konar i nabiłam się na niego, nieco powyżej prawego pośladka. Krzyknęłam, a Nate się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że ten cholerny korzeń tam wystaje. Wstał, ale ja nie mogłam się ruszyć. Ból całkowicie sparaliżował moje ciało.
   - Jeszcze trochę pocierpisz – odparł i złapał mnie za nogi.
   Pociągnął, a konar przejechał mi przez całe plecy.

sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 12

   Natłok dźwięków przyćmił wszystko inne. Co chwilę zasłaniałam uszy rękoma. Słyszałam wszystko. Od samochodów na autostradzie, przez dźwięk kosiarki, kilometry stąd, po upierdliwe drapanie się starszego pana w głowę. Słyszałam nawet przepływającą krew w swoich żyłach.
   Otworzyłam oczy i przeżyłam kolejny szok. Wszystko było takie jaskrawe, świecące. Bolały mnie oczy i co chwilę musiałam je mrużyć.
   Gdy szłam wąskim holem w stronę schodów co chwilę obraz powiększał mi się, a potem oddalał. Chwilę później kręciło mi się w głowie. Nim się obejrzałam, leżałam na brzuchu u podnóża schodów, cała obolała. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ktoś mnie woła. Nadal nie potrafiłam odróżnić dźwięków znajdujących się blisko, od tych, które są daleko.
   - Bryn, Bryn! Skup się! Skup się na jednym dźwięku!
   - Nie… Nie mogę… - wyjąkałam.
   Poczułam jak odwraca mnie na plecy i kładzie moją głowę na swoje kolana.
   - Słuchaj… Słuchaj jak bije moje serce – usłyszałam. – Skup się tylko na tym, a inne dźwięki odrzuć.
   Zamknęłam oczy. W tym natłoku dźwięków słyszałam wiele serc. Ale jedno przyciągnęło moją uwagę. Było najgłośniejsze i jednostajne. Musiało należeć do Lou.
   Skup się. No już.
   Uspokoiłam przyśpieszony oddech.
   Bum-bum. Bum-bum.
   Wycisz inne dźwięki, usuń je z głowy.
   Bum-bum.
   Otworzyłam oczy, ale wciąż nie mogłam odrzucić innych dźwięków. Zacisnęłam zęby.
   Bum-bum.
   - Skup się – mówił Lou.
   Bum-bum. Bum-bum. Bum-bum.
   Zakryłam oczy.
   - Otwórz je – powiedział – muszą się przyzwyczaić. Staraj się w ogóle ich nie zamykać.
   Spojrzałam mu w oczy. Najpierw jaskrawe, a po chwili coraz ciemniejsze.
   Bum-bum.
   Usiadłam.
   - Po pierwszej przemianie zawsze tak jest – powiedział.
   Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się słabo. Czułam się trochę głupio.
   - A co z Sonią? – spytałam, uświadamiając sobie, że ona też pewnie czuje się tak jak ja przed chwilą.
   - Z nią już wszystko dobrze. Mógłbym powiedzieć, że chyba czuje się lepiej od ciebie. Nie spadła ze schodów – uśmiechnął się, pokazując przy tym białe zęby.
   Wstałam trochę onieśmielona. Ciekawe czy jej też kazał słuchać jak bije jego serce…
  Przez cały dzień czułam się jak podczas okresu, ale zamiast bólu brzucha, bolała mnie głowa. Byłam wyczerpana, jakbym przebiegła maraton na dziesięć kilometrów.
   Po południu Lou wyciągnął nas na lody, abyśmy zaczerpnęły trochę świeżego powietrza. Usiedliśmy w małej kawiarence z dużymi lodami w gałkach. Niezręczna cisza wisiała w powietrzu, a ja zawsze mam głupoty w głowie przy takich sytuacjach i zrobiłam pierwsze co mi przyszło do głowy.
   - Czemu to zrobiłaś? – spytał Louis siedzący naprzeciwko mnie.
   - Bo atmosfera jest spięta. Chciałam ją rozluźnić, poza tym nie jestem nudziarą.
   - Ta… a myślisz, że ja jestem? – tym razem to jego lód wylądował na mojej twarzy.
   Krzyknęłam śmiejąc się i oddałam mu tym samym. Sonia, widząc nas, odsunęła się z krzesłem od stolika i patrzyła na nas jak na głupich. Ja z Lou obsmarowywaliśmy się lodami po twarzach, aż w końcu nic z nich nie zostało.
   Wieczorem wpadliśmy do małego supermarketu, aby kupić kilka potrzebnych rzeczy.
   - Dziś na kolację będzie spaghetti – powiedział Lou.
   Obok mnie przeszedł szczupły mężczyzna w ciemnej bluzie. Wepchnął się na sam początek kolejki, co wywołało burzę wśród kupujących.
   - Przepraszam, ale… - zaczęła ekspedientka, ale przerwał jej mężczyzna.
   - Dawaj forsę – wyciągnął pistolet.
   Cały sklep zamarł. Słychać było tylko ciche pomrukiwanie radia.
   Spojrzałam znacząco na Lou. Wbił we mnie wzrok i prawie niezauważalnie potrząsł przecząco głową.
   Mój wzrok mówił: „Musimy pomóc tym ludziom”, za to jego: „Wiesz, że nie możemy tego zrobić. Wydamy się”
   Przełknęłam ślinę i czekałam.
   Ekspedientka powoli otworzyła kasę , bojąc się pistoletu. Jej ręce drżały, a wzrok uciekał na lufę. Bandyta zaczął na nią krzyczeć i grozić jej. Położył czarną torbę na ławie. Chwilę później młody chłopak, stojący za nim, chwycił za pistolet. Szarpali się przez chwilę.
   Rozległ się strzał.
   Wszyscy gwałtownie wciągnęli powietrze. Chłopak stał twarzą w twarz z facetem w bluzie. Na ziemi pojawiły się krople krwi. Na początku nie wiedziałam do kogo należały. Dopiero po chwili chłopak upadł na ziemię. Ludzie zaczęli krzyczeć, a bandyta zagroził, że będą kolejne ofiary, jeśli ekspedientka się nie pośpieszy.
   Coś mną targnęło. Wpatrywałam się w ciało leżące na ziemi. Chciał pomóc, być bohaterem.
   Ludzie stali w bezruchu, gdy facet wychodził z torbą pełną pieniędzy.
   Podbiegłam do chłopaka. Ledwo co oddychał i wpatrywał się tępo w sufit. Gdy mnie zauważył, spojrzał mi prosto w oczy. Mogliśmy mu pomóc! JA mogłam powstrzymać bandytę!
   - Umrę jak bohater… – ledwo dostrzegalnie się uśmiechnął i zamknął powoli oczy.
   Umarł z mojej winy! Och, gdybym mogła cofnąć czas…
   Nagle przed oczami zaczęły mi wirować różne twarze i barwy. Zacisnęłam mocno oczy, czując łzy pod powiekami. Gdy je otworzyłam, cały czas stałam w kolejce. Najpierw nie wiedziałam co się dzieje. Wciągnęłam ze świstem powietrze.
   - Dziś na kolację będzie spaghetti – powiedział Lou.
   Morderca znów przechodził obok mnie. Tym razem zauważyłam, że w jednej ręce trzymał torbę, a drugą miał schowaną w kieszeni. W kieszeni, w której był pistolet.
   Bez zastanowienia poderwałam się z miejsca i rzuciłam się na mężczyznę.
   - Bryn! – krzyknęła Sonia.
   Ale ja już przyciskałam go do ziemi. Usiadłam mu okrakiem na brzuchu, a on wyciągnął swój pistolet i wycelował go we mnie. Zdążyłam chwycić go za rękę. Muszę przyznać, że był niezwykle silny jak na takiego szczupłego faceta. A może to ja po prostu byłam wyczerpana po pełni? Na szczęście udało mi się wytrącić pistolet z jego ręki. Facet strasznie się wyrywał, więc zawołałam Lou. Ktoś kopnął pistolet, a Louis pomógł mi przytrzymać bandytę. Potem parę facetów rzuciło się nam na pomoc. Wyszukałam w tłumie chłopaka, który „umarł” na moich rękach. Patrzył się na mnie jakby wiedział. Jakby wiedział, że gdybym tego nie zrobiła, to on umarłby.
   Nagle poczułam, jak ktoś mnie ciągnie za rękaw.
   - Choć – powiedziała Sonia i pociągnęła mnie za sobą.
   Wsiedliśmy szybko do auta i wróciliśmy do domu. Nie mogliśmy sobie pozwolić, aby ktoś nas nagrał czy coś w tym stylu.
   Włączyliśmy wszyscy telewizor, a tam już roiło się od reporterów komentujących to zdarzenie. Na szczęście nikt nas tu nie znał, więc mogli tylko opisać wygląd „bohaterki”. Wiedziałam tylko jedno: że już nigdy moja noga nie postanie w tym sklepie.
   - Skąd wiedziałaś? – Lou wyłączył telewizor.
   Powiedzieć mu czy nie?
   - Cofnęłam czas – odparłam. – Ten facet zabił chłopaka i wyszedł z pieniędzmi.
   Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się.
   - Najwyraźniej twoja moc się ujawniła. Ale… tak szybko? Ogółem ujawnia się około pół roku po pierwszej pełni, a to był zaledwie dzień… Chociaż tak w zasadzie to powinnaś szaleć w czasie pełni, tak jak Sonia, ale byłaś spokojna… Pamiętasz wszystko?
   - A to źle? – spytałam automatycznie.
   Popatrzył na mnie przez chwilę, a potem odparł:
   - Sam nie wiem…
   Następnego dnia znalazłam w skrzynce list zaadresowany do mnie. Nie rozumiem, przecież nikt nie wiedział, że tu jesteśmy… Przyjrzałam się kopercie. Z tyłu, dużymi literami napisano moje imię i nazwisko turkusowym tuszem. Za to z przodu, również turkusowa pieczęć, na której odbite były litery: M.A.R.Z.N.
   Otworzyłam list i przeczytałam:

   Bardzo proszę o spotkanie w kawiarni  La Estacion Cafe dzisiaj o godzinie 18:00. Sprawa dotyczy twoich zdolności. Bardzo proszę, aby nasze spotkanie pozostało w tajemnicy.
M.A.R.Z.N.
Arthur Moore

   Ktoś mnie widział? Co to jest M.A.R.Z.N.? Kim jest ten Arthur i dlaczego chce się ze mną spotkać? Tyle pytań zostawało bez odpowiedzi…
   Pół dnia zastanawiałam się czy mam iść. W końcu ciekawość zwyciężyła. Przecież w kawiarni nic mi nie mogą zrobić…

   - Co podać? – zapytał kelner.
   - Kawę, najlepiej bezkofeinową – odparłam, a on zapisał na kartce i odszedł.
   W kawiarence nie było prawie wcale ludzi. Gdzieś w kącie siedziała starsza pani, gdzieś indziej siedziała para. Kelner podał mi kawę, a ja nadal czekałam, wpatrując się w obraz drzewa wiśni przy moim stoliku. Ciekawe jak wygląda Arthur… Spojrzałam na zegar. Osiemnasta pięć. Spóźnia się. Strasznie denerwowałam się na to spotkanie. Nie wiedziałam co mnie czeka. Prawdziwym wilkołakiem jestem od wczoraj, a już się wydałam? Może pobiłam jakiś rekord?
   - Witaj Brynel – usłyszałam.
   Zobaczyłam przystojnego mężczyznę w szarym garniturze. Miał około pięćdziesiąt lat. Miał ciemne włosy, które przeplatały pasma siwizny. Gdy bliżej się przyjrzałam dostrzegłam podobieństwo między nim a Georgem Clooney’em. Usiadł naprzeciwko mnie i uśmiechnął się.
   - Nie byłem pewny czy przyjdziesz.
   Siedzieliśmy chwilę patrząc na siebie, po czym zapytałam:
   - Kim pan jest? I czego pan ode mnie chce?
   - Nazywam się Arthur Moore. I muszę zameldować Cię w S.I.N.
   Zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi?
   - Muszę jednak dowiedzieć się o tobie kilka rzeczy – wyjął tablet z dużej siwej teczki, której wcześniej nie zauważyłam. – Zechciałabyś odpowiedzieć na kilka pytań?
   - Zaraz, zaraz. Co to jest S.I.N.?
   - Nie wiesz? S.I.N. to System Istot Nadprzyrodzonych. Zapisujemy was wszystkich, aby wyeliminować ewentualne zagrożenia. Jeśli dany osobnik nie panuje nad swoją mocą, M.A.R.Z.N. bierze go pod skrzydła i pomaga rozwijać talent. Natomiast jeśli przez kogoś giną ludzie – musi zniknąć. M.A.R.Z.N. to skrót od: Międzynarodowa Agencja Rozwijania Zdolności Nadprzyrodzonych.
   Siedziałam w pełnym osłupieniu patrząc się na Arthura i trawiąc powoli informacje, które przed chwilą dostały się do mojego umysłu. Jedyne co zdołałam z siebie wydukać to:
   - Jak mnie znaleźliście?
   - Nawet nie masz pojęcia, ile was jest. Niektórzy potrafią wyczuć, czy jesteś wyjątkowa.
   - Zrobiłam coś nie tak?
   „Musi zniknąć” – przeraziły mnie te słowa. Tym bardziej, że zabiłam Ericka.
   Przebiegł mnie dreszcz, gdy przypomniałam sobie martwe ciało.
   Arthur przyglądał mi się przez chwilę.
   - Nie, ale muszę cię zameldować.
   Najwyraźniej nic nie wiedział o tym zdarzeniu. A ja już świrowałam…
   - Zadam Ci kilka pytań, dobrze?
   Kiwnęłam potakująco głową.
   - Dobrze, a więc… - spojrzał na tablet. – Jaki jest twój gatunek?
   - Słucham? – to pytanie zbiło mnie z tropu.
   - Jesteś czarownicą, wilkołakiem czy jeszcze czymś innym?
   - W-wilkołakiem – odparłam nieśmiało.
   - Tak myślałem – zapisał coś w tablecie – jest ich najwięcej. Mamy wiele typów wilkołaków. Głównymi z nich są: elementarni, adfectusi i effericorzy. Ci pierwsi zajmują się żywiołami, drudzy uczuciami ludzkimi, a ostatni rzeczami martwymi. Jest oczywiście wiele więcej klasyfikacji, ale inne są bardzo rzadkie. Na czym polega twoja moc?
   - Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że cofam czas.
  Patrzył na mnie przez chwilę. Uśmiechnął się, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy.
   - Nadzwyczajne. Ostatniego tempusa miałem dziesięć lat temu. Typ: tempus – mruknął zapisując to w tablecie. – Urodziłaś się wilkiem, czy zostałaś zmieniona?
   - Zmieniona.
   – Kiedy była twoja pierwsza pełnia?
   - Dwa dni temu.
   Spojrzał na mnie zdziwiony.
   - Jak to? I już twoja moc się ujawniła?
   Kiwnęłam głową.
   - Jesteś pewna? A pamiętasz swoją przemianę?
   - Tak – powiedziałam. – Wszystko. To dobrze czy źle?
   - To… to świetnie! W całej historii wilkołaków było tylko pięć takich przypadków. A panujesz już nad swoją mocą?
   - Nie, dopiero co się ujawniła.
   - Dobrze. A więc, jako dyrektor M.A.R.Z.N. proponuję Ci naukę w naszej tajnej bazie. Nauczysz się wszystkiego co potrzebne w życiu.