sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 12

   Natłok dźwięków przyćmił wszystko inne. Co chwilę zasłaniałam uszy rękoma. Słyszałam wszystko. Od samochodów na autostradzie, przez dźwięk kosiarki, kilometry stąd, po upierdliwe drapanie się starszego pana w głowę. Słyszałam nawet przepływającą krew w swoich żyłach.
   Otworzyłam oczy i przeżyłam kolejny szok. Wszystko było takie jaskrawe, świecące. Bolały mnie oczy i co chwilę musiałam je mrużyć.
   Gdy szłam wąskim holem w stronę schodów co chwilę obraz powiększał mi się, a potem oddalał. Chwilę później kręciło mi się w głowie. Nim się obejrzałam, leżałam na brzuchu u podnóża schodów, cała obolała. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ktoś mnie woła. Nadal nie potrafiłam odróżnić dźwięków znajdujących się blisko, od tych, które są daleko.
   - Bryn, Bryn! Skup się! Skup się na jednym dźwięku!
   - Nie… Nie mogę… - wyjąkałam.
   Poczułam jak odwraca mnie na plecy i kładzie moją głowę na swoje kolana.
   - Słuchaj… Słuchaj jak bije moje serce – usłyszałam. – Skup się tylko na tym, a inne dźwięki odrzuć.
   Zamknęłam oczy. W tym natłoku dźwięków słyszałam wiele serc. Ale jedno przyciągnęło moją uwagę. Było najgłośniejsze i jednostajne. Musiało należeć do Lou.
   Skup się. No już.
   Uspokoiłam przyśpieszony oddech.
   Bum-bum. Bum-bum.
   Wycisz inne dźwięki, usuń je z głowy.
   Bum-bum.
   Otworzyłam oczy, ale wciąż nie mogłam odrzucić innych dźwięków. Zacisnęłam zęby.
   Bum-bum.
   - Skup się – mówił Lou.
   Bum-bum. Bum-bum. Bum-bum.
   Zakryłam oczy.
   - Otwórz je – powiedział – muszą się przyzwyczaić. Staraj się w ogóle ich nie zamykać.
   Spojrzałam mu w oczy. Najpierw jaskrawe, a po chwili coraz ciemniejsze.
   Bum-bum.
   Usiadłam.
   - Po pierwszej przemianie zawsze tak jest – powiedział.
   Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się słabo. Czułam się trochę głupio.
   - A co z Sonią? – spytałam, uświadamiając sobie, że ona też pewnie czuje się tak jak ja przed chwilą.
   - Z nią już wszystko dobrze. Mógłbym powiedzieć, że chyba czuje się lepiej od ciebie. Nie spadła ze schodów – uśmiechnął się, pokazując przy tym białe zęby.
   Wstałam trochę onieśmielona. Ciekawe czy jej też kazał słuchać jak bije jego serce…
  Przez cały dzień czułam się jak podczas okresu, ale zamiast bólu brzucha, bolała mnie głowa. Byłam wyczerpana, jakbym przebiegła maraton na dziesięć kilometrów.
   Po południu Lou wyciągnął nas na lody, abyśmy zaczerpnęły trochę świeżego powietrza. Usiedliśmy w małej kawiarence z dużymi lodami w gałkach. Niezręczna cisza wisiała w powietrzu, a ja zawsze mam głupoty w głowie przy takich sytuacjach i zrobiłam pierwsze co mi przyszło do głowy.
   - Czemu to zrobiłaś? – spytał Louis siedzący naprzeciwko mnie.
   - Bo atmosfera jest spięta. Chciałam ją rozluźnić, poza tym nie jestem nudziarą.
   - Ta… a myślisz, że ja jestem? – tym razem to jego lód wylądował na mojej twarzy.
   Krzyknęłam śmiejąc się i oddałam mu tym samym. Sonia, widząc nas, odsunęła się z krzesłem od stolika i patrzyła na nas jak na głupich. Ja z Lou obsmarowywaliśmy się lodami po twarzach, aż w końcu nic z nich nie zostało.
   Wieczorem wpadliśmy do małego supermarketu, aby kupić kilka potrzebnych rzeczy.
   - Dziś na kolację będzie spaghetti – powiedział Lou.
   Obok mnie przeszedł szczupły mężczyzna w ciemnej bluzie. Wepchnął się na sam początek kolejki, co wywołało burzę wśród kupujących.
   - Przepraszam, ale… - zaczęła ekspedientka, ale przerwał jej mężczyzna.
   - Dawaj forsę – wyciągnął pistolet.
   Cały sklep zamarł. Słychać było tylko ciche pomrukiwanie radia.
   Spojrzałam znacząco na Lou. Wbił we mnie wzrok i prawie niezauważalnie potrząsł przecząco głową.
   Mój wzrok mówił: „Musimy pomóc tym ludziom”, za to jego: „Wiesz, że nie możemy tego zrobić. Wydamy się”
   Przełknęłam ślinę i czekałam.
   Ekspedientka powoli otworzyła kasę , bojąc się pistoletu. Jej ręce drżały, a wzrok uciekał na lufę. Bandyta zaczął na nią krzyczeć i grozić jej. Położył czarną torbę na ławie. Chwilę później młody chłopak, stojący za nim, chwycił za pistolet. Szarpali się przez chwilę.
   Rozległ się strzał.
   Wszyscy gwałtownie wciągnęli powietrze. Chłopak stał twarzą w twarz z facetem w bluzie. Na ziemi pojawiły się krople krwi. Na początku nie wiedziałam do kogo należały. Dopiero po chwili chłopak upadł na ziemię. Ludzie zaczęli krzyczeć, a bandyta zagroził, że będą kolejne ofiary, jeśli ekspedientka się nie pośpieszy.
   Coś mną targnęło. Wpatrywałam się w ciało leżące na ziemi. Chciał pomóc, być bohaterem.
   Ludzie stali w bezruchu, gdy facet wychodził z torbą pełną pieniędzy.
   Podbiegłam do chłopaka. Ledwo co oddychał i wpatrywał się tępo w sufit. Gdy mnie zauważył, spojrzał mi prosto w oczy. Mogliśmy mu pomóc! JA mogłam powstrzymać bandytę!
   - Umrę jak bohater… – ledwo dostrzegalnie się uśmiechnął i zamknął powoli oczy.
   Umarł z mojej winy! Och, gdybym mogła cofnąć czas…
   Nagle przed oczami zaczęły mi wirować różne twarze i barwy. Zacisnęłam mocno oczy, czując łzy pod powiekami. Gdy je otworzyłam, cały czas stałam w kolejce. Najpierw nie wiedziałam co się dzieje. Wciągnęłam ze świstem powietrze.
   - Dziś na kolację będzie spaghetti – powiedział Lou.
   Morderca znów przechodził obok mnie. Tym razem zauważyłam, że w jednej ręce trzymał torbę, a drugą miał schowaną w kieszeni. W kieszeni, w której był pistolet.
   Bez zastanowienia poderwałam się z miejsca i rzuciłam się na mężczyznę.
   - Bryn! – krzyknęła Sonia.
   Ale ja już przyciskałam go do ziemi. Usiadłam mu okrakiem na brzuchu, a on wyciągnął swój pistolet i wycelował go we mnie. Zdążyłam chwycić go za rękę. Muszę przyznać, że był niezwykle silny jak na takiego szczupłego faceta. A może to ja po prostu byłam wyczerpana po pełni? Na szczęście udało mi się wytrącić pistolet z jego ręki. Facet strasznie się wyrywał, więc zawołałam Lou. Ktoś kopnął pistolet, a Louis pomógł mi przytrzymać bandytę. Potem parę facetów rzuciło się nam na pomoc. Wyszukałam w tłumie chłopaka, który „umarł” na moich rękach. Patrzył się na mnie jakby wiedział. Jakby wiedział, że gdybym tego nie zrobiła, to on umarłby.
   Nagle poczułam, jak ktoś mnie ciągnie za rękaw.
   - Choć – powiedziała Sonia i pociągnęła mnie za sobą.
   Wsiedliśmy szybko do auta i wróciliśmy do domu. Nie mogliśmy sobie pozwolić, aby ktoś nas nagrał czy coś w tym stylu.
   Włączyliśmy wszyscy telewizor, a tam już roiło się od reporterów komentujących to zdarzenie. Na szczęście nikt nas tu nie znał, więc mogli tylko opisać wygląd „bohaterki”. Wiedziałam tylko jedno: że już nigdy moja noga nie postanie w tym sklepie.
   - Skąd wiedziałaś? – Lou wyłączył telewizor.
   Powiedzieć mu czy nie?
   - Cofnęłam czas – odparłam. – Ten facet zabił chłopaka i wyszedł z pieniędzmi.
   Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się.
   - Najwyraźniej twoja moc się ujawniła. Ale… tak szybko? Ogółem ujawnia się około pół roku po pierwszej pełni, a to był zaledwie dzień… Chociaż tak w zasadzie to powinnaś szaleć w czasie pełni, tak jak Sonia, ale byłaś spokojna… Pamiętasz wszystko?
   - A to źle? – spytałam automatycznie.
   Popatrzył na mnie przez chwilę, a potem odparł:
   - Sam nie wiem…
   Następnego dnia znalazłam w skrzynce list zaadresowany do mnie. Nie rozumiem, przecież nikt nie wiedział, że tu jesteśmy… Przyjrzałam się kopercie. Z tyłu, dużymi literami napisano moje imię i nazwisko turkusowym tuszem. Za to z przodu, również turkusowa pieczęć, na której odbite były litery: M.A.R.Z.N.
   Otworzyłam list i przeczytałam:

   Bardzo proszę o spotkanie w kawiarni  La Estacion Cafe dzisiaj o godzinie 18:00. Sprawa dotyczy twoich zdolności. Bardzo proszę, aby nasze spotkanie pozostało w tajemnicy.
M.A.R.Z.N.
Arthur Moore

   Ktoś mnie widział? Co to jest M.A.R.Z.N.? Kim jest ten Arthur i dlaczego chce się ze mną spotkać? Tyle pytań zostawało bez odpowiedzi…
   Pół dnia zastanawiałam się czy mam iść. W końcu ciekawość zwyciężyła. Przecież w kawiarni nic mi nie mogą zrobić…

   - Co podać? – zapytał kelner.
   - Kawę, najlepiej bezkofeinową – odparłam, a on zapisał na kartce i odszedł.
   W kawiarence nie było prawie wcale ludzi. Gdzieś w kącie siedziała starsza pani, gdzieś indziej siedziała para. Kelner podał mi kawę, a ja nadal czekałam, wpatrując się w obraz drzewa wiśni przy moim stoliku. Ciekawe jak wygląda Arthur… Spojrzałam na zegar. Osiemnasta pięć. Spóźnia się. Strasznie denerwowałam się na to spotkanie. Nie wiedziałam co mnie czeka. Prawdziwym wilkołakiem jestem od wczoraj, a już się wydałam? Może pobiłam jakiś rekord?
   - Witaj Brynel – usłyszałam.
   Zobaczyłam przystojnego mężczyznę w szarym garniturze. Miał około pięćdziesiąt lat. Miał ciemne włosy, które przeplatały pasma siwizny. Gdy bliżej się przyjrzałam dostrzegłam podobieństwo między nim a Georgem Clooney’em. Usiadł naprzeciwko mnie i uśmiechnął się.
   - Nie byłem pewny czy przyjdziesz.
   Siedzieliśmy chwilę patrząc na siebie, po czym zapytałam:
   - Kim pan jest? I czego pan ode mnie chce?
   - Nazywam się Arthur Moore. I muszę zameldować Cię w S.I.N.
   Zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi?
   - Muszę jednak dowiedzieć się o tobie kilka rzeczy – wyjął tablet z dużej siwej teczki, której wcześniej nie zauważyłam. – Zechciałabyś odpowiedzieć na kilka pytań?
   - Zaraz, zaraz. Co to jest S.I.N.?
   - Nie wiesz? S.I.N. to System Istot Nadprzyrodzonych. Zapisujemy was wszystkich, aby wyeliminować ewentualne zagrożenia. Jeśli dany osobnik nie panuje nad swoją mocą, M.A.R.Z.N. bierze go pod skrzydła i pomaga rozwijać talent. Natomiast jeśli przez kogoś giną ludzie – musi zniknąć. M.A.R.Z.N. to skrót od: Międzynarodowa Agencja Rozwijania Zdolności Nadprzyrodzonych.
   Siedziałam w pełnym osłupieniu patrząc się na Arthura i trawiąc powoli informacje, które przed chwilą dostały się do mojego umysłu. Jedyne co zdołałam z siebie wydukać to:
   - Jak mnie znaleźliście?
   - Nawet nie masz pojęcia, ile was jest. Niektórzy potrafią wyczuć, czy jesteś wyjątkowa.
   - Zrobiłam coś nie tak?
   „Musi zniknąć” – przeraziły mnie te słowa. Tym bardziej, że zabiłam Ericka.
   Przebiegł mnie dreszcz, gdy przypomniałam sobie martwe ciało.
   Arthur przyglądał mi się przez chwilę.
   - Nie, ale muszę cię zameldować.
   Najwyraźniej nic nie wiedział o tym zdarzeniu. A ja już świrowałam…
   - Zadam Ci kilka pytań, dobrze?
   Kiwnęłam potakująco głową.
   - Dobrze, a więc… - spojrzał na tablet. – Jaki jest twój gatunek?
   - Słucham? – to pytanie zbiło mnie z tropu.
   - Jesteś czarownicą, wilkołakiem czy jeszcze czymś innym?
   - W-wilkołakiem – odparłam nieśmiało.
   - Tak myślałem – zapisał coś w tablecie – jest ich najwięcej. Mamy wiele typów wilkołaków. Głównymi z nich są: elementarni, adfectusi i effericorzy. Ci pierwsi zajmują się żywiołami, drudzy uczuciami ludzkimi, a ostatni rzeczami martwymi. Jest oczywiście wiele więcej klasyfikacji, ale inne są bardzo rzadkie. Na czym polega twoja moc?
   - Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że cofam czas.
  Patrzył na mnie przez chwilę. Uśmiechnął się, a na jego czole pojawiły się głębokie bruzdy.
   - Nadzwyczajne. Ostatniego tempusa miałem dziesięć lat temu. Typ: tempus – mruknął zapisując to w tablecie. – Urodziłaś się wilkiem, czy zostałaś zmieniona?
   - Zmieniona.
   – Kiedy była twoja pierwsza pełnia?
   - Dwa dni temu.
   Spojrzał na mnie zdziwiony.
   - Jak to? I już twoja moc się ujawniła?
   Kiwnęłam głową.
   - Jesteś pewna? A pamiętasz swoją przemianę?
   - Tak – powiedziałam. – Wszystko. To dobrze czy źle?
   - To… to świetnie! W całej historii wilkołaków było tylko pięć takich przypadków. A panujesz już nad swoją mocą?
   - Nie, dopiero co się ujawniła.
   - Dobrze. A więc, jako dyrektor M.A.R.Z.N. proponuję Ci naukę w naszej tajnej bazie. Nauczysz się wszystkiego co potrzebne w życiu.

2 komentarze:

  1. Super rozdzial. Twoj blog strasznie misie podoba. Piszesz lekko dzieki czemu łatwo się czyta. Przesliczny szablon :*
    Mam nadzieje ze kolejny rozdział pojawi się nie dlugo i zapraszał do siebie. Dopiero zaczelam ale z czasem ci się spodoba you-dont-know-anything-about-me.blogspot
    PS; mogła byś mnie informowac o nowym rozdziale ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział ❤
    Uwielbiam jak piszesz :*

    OdpowiedzUsuń