poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 13

   Kusząca propozycja. Musiałam jednak to przemyśleć. Postanowiłam, że zdecyduję w ciągu tygodnia. To wszystko było takie skomplikowane… Dostarczono mi tak wiele informacji w jeden dzień, że musiałam odpocząć i pomyśleć. Niekiedy miałam jeszcze napady bólu głowy, a przede wszystkim męczył mnie słuch. Z czasem to zniknie. Ponadto, kiedy czułam jakiś intensywny zapach, od razu chaotycznie kichałam. To też ma minąć.
   Dziś wieczorem Sonii nie było w domu. Poszła na jakąś dużą imprezę. Odradzaliśmy jej to, biorąc pod uwagę, że nie będzie czuła się dobrze w pomieszczeniu, w którym będzie dużo śmierdzących potem ludzi. Jej nos będzie wariował ze względu na natłok zapachów, poza tym będzie czuła je dwa razy silniej. Węch jak węch, ale słuch? To dopiero będzie ostra jazda. Nie dała sobie jednak przemówić do rozsądku, a my nie mogliśmy jej zatrzymać siłą.
   Na kolację Lou zamówił chińskie jedzenie. Moje kubki smakowe były w niebo wzięte. Kocham takie jedzenie. Zjedliśmy je w salonie, przed telewizorem, oglądając jakiś film akcji. Nie ukrywam, że takie filmy bardziej mnie interesują niż romanse, ale nimi też nie pogardzę. Rozsiedliśmy się na kanapie, a ja od czasu do czasu zerkałam w stronę Lou. W zasadzie nie był taki zły. Troszczył się o nas, był miły i wbrew pozorom odkryłam, że on wcale nie chciał odebrać mi Sonii. Chciał się zaprzyjaźnić z nami dwiema, tylko ja nie chciałam. Zrobiło mi się strasznie przykro i głupio, że osądziłam go z góry. Przykro mi, ale ja nie mam zaufania do płci przeciwnej. Znów spojrzałam na niego. Na głowie miał artystyczny nieład, a wzrok miał zaspany. Wyglądał jakby dopiero co wstał z łóżka. Chyba zauważył, że mu się przyglądałam, ponieważ spojrzał mnie i uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech. I wtedy zarumieniłam się. Odwróciłam wzrok. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. W końcu chwyciłam puste opakowanie po jedzeniu i wyszłam z pokoju. Odstawiłam je na blacie i ochlapałam twarz zimną wodą.
   Ogarnij się. To nie jest chłopak dla ciebie.
   Nie wiem, dlaczego o tym pomyślałam…
   Jezu… Ja wariuję. Dlaczego Sonia zostawiła nas samych?
   Wytarłam twarz ręcznikiem i postanowiłam, że pójdę już spać. Gdy przechodziłam przez salon, rzuciłam na pożegnanie „dobranoc”.

  Znalazłam się w ciemnej uliczce. Rozejrzałam się dookoła i oblał mnie strach. Pamiętam ją. To właśnie tego wieczoru przechodziłam przez ten zaułek, gdy…
   Trzask.
   Spojrzałam za siebie, szukając napastnika.
   Nic.
   Dokładnie tak, jak wtedy.
   Ruszyłam biegiem w stronę domu. Domu, który wtedy był jeszcze dla mnie schronieniem. Dlaczego znów się tu znalazłam? Nie chcę przechodzić tego jeszcze raz. Zatrzymałam się na rozwidleniu dróg. Pójdę w drugą stronę. Może mnie nie złapie.
   Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i teraz biegłam w tą stronę, w którą nigdy więcej nie skręciłabym. Opadałam z sił. Odwróciłam się na moment. Nie było go. Zatrzymałam się, jednak moje przerażenie nie opadło. Dobrze pamiętam, co sobie wtedy myślałam. Że go zgubiłam i że mogę pozwolić sobie na kilka sekund odpoczynku. To był wielki błąd. Chciałam zmusić się do biegu, ale nie potrafiłam. Druga ja nie chciała mnie słuchać.
   Nagle ktoś mnie pociągnął. Upadłam prosto w krzaki. Wierzgałam się ze wszystkich sił, lecz był zbyt silny.
   Uderz go łokciem! – krzyczałam w myślach, lecz ciało nie chciało mnie słuchać.
   Krzyczałam tak długo, aż zdarłam sobie gardło, gdy poczułam, jak wkłada mi rękę pod bluzkę.
   Tym razem na to nie pozwolę!
   Wyrywałam się z całych sił.
   - Bryn! – usłyszałam przytłumiony głos.
   - Zostaw mnie! – krzyczałam do gwałciciela.
   W końcu udało mi się zmusić rękę, aby zwinęła się w pięść. Jednym, silnym ruchem, uderzyłam z całej siły w jego szczękę.


   Siedziałam na swoim łóżku, cała mokra od potu. Serce waliło mi jak oszalałe, oddech był płytki i przyśpieszony. Nagle coś poruszyło się na ziemi. Leżał tam skulony Louis, trzymając się za szczękę.
   Podkuliłam kolana i schowałam w nich głowę. Kolejne łzy przedzierały się przez moje powieki.
   Dlaczego to mnie prześladuje? Dlaczego nie mogę po prostu zapomnieć? Tak po prostu. Nic nie pamiętać.
   Poczułam jak trzęsą mi się ramiona. Opadłam z powrotem na łóżko i wcisnęłam twarz w poduszkę. Błagałam w myślach, aby Lou odszedł bez słowa, ponieważ nie lubiłam, gdy ktoś widział, jak płaczę. Ale on został. Usiadł na łóżku i położył mi rękę na plecach. Miałam uczucie, że mnie rozumie, lecz to przecież nie możliwe. Nikt mnie nie rozumie i nie zrozumie. Chyba, że przeżyje to samo co ja.
   Położył się i przez jakieś pół godziny głaskał mnie po plecach. W końcu odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam mu w oczy. O nic nie pytał, co mnie wielce ucieszyło. Patrzył na mnie tylko przez chwilę zmartwionymi oczami, po czym odgarnął mi kosmyk z twarzy.
   Widziałam takie sceny w filmach. Czy to oznaczało, że on… mnie lubił? Obserwowałam go próbując odgadnąć wyraz jego twarzy.
   - Dasz radę – powiedział. – Nie płacz. – Otarł mi łzę z policzka.
   Ja też chyba go lubię. Ta myśl uderzyła mnie jak bicz. Spuściłam wzrok. Nie, to nie możliwe… Ja nigdy… a może jednak?
   Nie.
   Zebrałam wszystkie te niepokojące myśli i usunęłam z głowy. Postanowiłam zająć się czymś innym.
   - Co wiesz o organizacji M.A.R.Z.N.?
   Poruszył ręką, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że znajduje się na mojej talii.
   - Skąd o niej wiesz?
   - A co?
   - Nic… po prostu ja Ci o niej nie mówiłem.
   - Ja… spotkałam się z dyrektorem. Zaprosił mnie na spotkanie.
   - Zaproponował Ci naukę?
   Kiwnęłam głową.
   - I co o tym myślisz?
   - Nie wiem. Nigdy się tam nie uczyłem. Dowiedziałem się wszystkiego od mamy. Ale słyszałem, że jest warta zaufania. Możesz się tam wiele nauczyć, tym bardziej, że twoja moc jest nietypowa… - spojrzał mi w oczy. – Chcesz tego?
   Westchnęłam.
   - Sama nie wiem… Ciebie też zapisywali do systemu?
   - Tak. Teraz jeszcze Sonia.
   Znów westchnęłam.
   - Wszystko się skomplikowało, po tym jak… - zamknęłam oczy przypominając sobie ciepło krwi na rękach i dźwięk Ericka, gdy dusił się własną krwią.
   - Nie martw się, wszystko będzie dobrze – przyciągnął mnie bliżej siebie, a ja wtuliłam się w jego tors.
   - Nienawidzę, jak ludzie tak mówią.
   Był tak blisko mnie.
   Spojrzałam mu w oczy i zrobiłam coś, czego będę żałować do końca życia. Przytknęłam swoje usta do jego. Gdy je oderwałam, wiedziałam już wszystko. Jego twarz wyrażała tylko jedno: zaskoczenie. Wypuścił z płuc powietrze, które przetrzymywał.
   - Bryn… - zaczął, ale nie dałam mu skończyć.
   - Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, że czujesz to samo, to lepiej nic nie mów.
   Znów schowałam głowę w poduszce. Nie usłyszałam ani słowa.


   - Podjęłam już decyzję.
   - Ale ja nie chcę, aby to co wydarzyło się w nocy wpłynęło na nią – Lou patrzał mi w oczy.
   Już wpłynęło.
   Po tym co wczoraj zrobiłam, nie potrafię spojrzeć mu w oczy. Wstyd zżera mnie co cna. Co ja sobie w ogóle myślałam, całując go? Dlaczego pomyślałam, że on też coś do mnie czuje? Może dlatego, że był taki miły… sama nie wiem.
   Najgorszy z tego wszystkiego był ból. Odrzucenie cholernie boli. Zastanawiasz się wtedy co z tobą nie tak, dlaczego on cię nie chce, czy jesteś aż taka nieznośna…
   Westchnęłam.
   - Dzwoniłam już do pana Arthura. Jutro kogoś po mnie przyśle.
   Na tym zakończyłam rozmowę i wyszłam na dwór.
   Zmierzchało się. Cały dzień Louis i  Sonia próbowali mnie namówić abym została. Wmawiałam im, że chcę się uczyć o moich zdolnościach, ale czy to prawda? Tak naprawdę chciałam uciec od Louisa. Za każdym razem, gdy był w pobliżu, chciałam płakać. Tak bardzo bym chciała, żeby podszedł do mnie, przytulił, pocałował i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Ale nie będzie. Ja już zawsze będę czuła się niezręcznie w jego towarzystwie.
   Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na klasycystyczny budynek. Jestem tu zaledwie parę dni, a już przywykłam do luksusu. Już myślałam o tym miejscu, jak o domu rodzinnym.  Tak w zasadzie to mieszkała tu moja rodzina. Wliczając w to pana Aurelia, jego żonę i Brice’a. No właśnie, Brice… Nie zdążę się z nim zobaczyć. Pewnie wyrósł na wysokiego i odważnego przystojniaka, o niebieskich jak woda oczach.
   Ruszyłam w stronę lasu i kątem oka dostrzegłam basen. Nawet nie zdążyłam się w nim wykąpać.
   Pogrążona w swoich rozmyślaniach, nawet się nie obejrzałam, a znalazłam się daleko od domu.
   Dlaczego z twardej kobiety, która nienawidziła mężczyzn, stałam się słabą dziewczyną, która całuje pierwszego lepszego chłopaka? Co on miał takiego w sobie? Chyba urok osobisty… Piękne, morskie oczy, miękkie ciemne włosy, wspaniały uśmiech i och… czemu o tym myślę? Hmm… kiedy się do mnie uśmiechał, nogi mi miękły.
   Nagle coś strzeliło, a ja usłyszałam ogłuszający świst strzały, która lekko zraniła moje ucho.
   Obejrzałam się za siebie.
   Moje serce gwałtownie przyspieszyło, gdy zobaczyłam znajomą mi twarz. Był ubrany na czarno, w ręce trzymał łuk, a na plecach miał strzały.
   - Mogłaś się nie ruszać. I byłoby po krzyku – na jego ustach pojawił się drwiący uśmieszek. – Od razu się domyśliłem, że to ty go zabiłaś. I powiem Ci, że wytropienie was wcale nie było takie łatwe.
   Oblał mnie strach. O mnie zabije, a ja nawet nie wiem, jak się bronić. Louis mnie jeszcze nie nauczył…
   - A gdzie twój brat? – mimo oszalałego serca zdołałam wykrztusić parę słów. – Siedzi w krzakach za moimi plecami, żeby zaatakować znienacka? – zdołałam opanować drżenie głosu.
   - Nicolas? – spojrzał na lśniący grot jednej ze strzał. – Nie. Został w domu, z ojcem. W końcu wytropili alfę – spojrzał mi prosto w oczy. – Mi zostały szczeniaki.
   - Kogo nazywasz szczeniakiem, śmieciu?
   Zacisnęłam pięści i poczułam jak długie pazury wbijają mi się w dłonie. Dotarł do mnie metaliczny zapach krwi.
   Nate uśmiechnął się.
   - Masz niebieskie oczy. A wiesz dlaczego? Bo zabiłaś niewinną osobę. Wtedy wasze oczy zmieniają kolor ze złotego na zimny niebieski.
   W oczach zebrały mi się łzy.
   - Eric nie był niewinny! Zaatakował mnie! – wargi zaczęły mi drżeć. – Broniłam się. Poza tym Lou zabił na moich oczach innego Łowcę, a jego oczy wciąż są złote…
   - Ten Łowca z pewnością miał już kilka wilków na sumieniu – westchnął i spojrzał na zegarek. – Zakończmy to już wreszcie.
   Wziął strzałę i wycelował łukiem we mnie. Napiął cięciwę.
   Wiedziałam, że uciekanie nic nie da. I tak byłam na straconej pozycji. Nie zdążyłabym nawet się odwrócić. Wystarczy, że puści strzałę.
   Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy. Ginąc teraz, stracę bardzo wiele. Nigdy nie dotrę do nowej szkoły, nigdy nie nauczę się jak panować nad moją mocą. Już nigdy nie poczuję zapachu z kilometra, nigdy nie poczuję blasku księżyca w pełni na mojej sierści, nie zakocham się drugi raz, nie nauczę się pływać. Nie spędzę czasu z Sonią…
   Pamiętam jakby to było dziś… Miałyśmy może… osiem lat? A może dziewięć? Sama nie wiem. Pamiętam, że wtedy zbliżyłyśmy się do siebie. To był tak zasadzie początek naszej przyjaźni. Bawiłyśmy się lalkami. W pewnej chwili Sonia powiedziała:
   - Bryn… Będziemy przyjaciółkami? Ale takimi najlepszymi.
   - Tak, przecież już nimi jesteśmy – odparłam.
   - Wiem, ale chcę, żeby nasza przyjaźń trwała do końca świata. Obiecaj mi, że mnie nigdy nie zostawisz.
   - Obiecuję, przyjaciółko.
   - Ja też Ci to obiecuję, przyjaciółko.
   Rzuciłyśmy lalki i przytuliłyśmy się do siebie.
   Poczułam gorąco łez spływających mi po policzkach. Już nigdy się do niej nie przytulę. Usłyszałam świst. Zacisnęłam mocniej zęby.
   Myślałam, że coś poczuję.
   Nic.
   Czy jestem już w niebie? Z pewnością nie, biorąc pod uwagę moje wszystkie grzechy. A może po śmierci nic nie ma? To by wyjaśniło ciszę panującą wokół. Tylko jedno nie pasowało. Czułam palący ból w dłoniach. Zdobyłam się na otwarcie oczu i odskoczyłam jak oparzona, ponieważ zobaczyłam strzałę zawieszoną w powietrzu, która była milimetry od mojego czoła. Upadłam na ziemię. Spojrzałam na Nate’a stojącego w bezruchu. Czy ja… czy ja zatrzymałam czas? Najwidoczniej.
   Wstałam i podeszłam do Łowcy. Pierwsze co zrobiłam, to wyjęłam jego strzały z kołczanu i wszystkie połamałam. Potem stanęłam przed nim i wyciągnęłam mu z rąk łuk. Wiedziałam, co muszę zrobić. Nie mogłam zostawić go przy życiu. Nie, jeśli chcę ocalić innych. Rzuciłam łuk na ziemię i spojrzałam na swoje pazury. Już raz to zrobiłam. Zamknęłam oczy i westchnęłam. I to był ogromny błąd. Nagle usłyszałam świerszcze grające w trawie, tak jakby czas znów leciał dalej. Nie myliłam się. Otworzyłam oczy i ujrzałam zdziwioną minę Nate’a. Szybko zamachnęłam się ręką, aby go uderzyć, ale on zdążył złapać ją w locie. Drugą tak samo. Zaczęłam napierać na niego z ogromną siłą.
   - Nie doceniłem Cię Bryn – wysyczał.
   Popchnęłam go i upadliśmy na ziemię. Siedziałam przez chwilę na nim okrakiem, ale splunął mi w twarz i przewrócił nas na drugą stronę. Na moje wielkie nieszczęście z ziemi wystawał konar i nabiłam się na niego, nieco powyżej prawego pośladka. Krzyknęłam, a Nate się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że ten cholerny korzeń tam wystaje. Wstał, ale ja nie mogłam się ruszyć. Ból całkowicie sparaliżował moje ciało.
   - Jeszcze trochę pocierpisz – odparł i złapał mnie za nogi.
   Pociągnął, a konar przejechał mi przez całe plecy.

1 komentarz:

  1. Wzruszyłam się czytając historię Sonii i Bryn ❤
    Czekam na następny rozdział z niecierpliwością :*

    OdpowiedzUsuń