wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 22

  - Musimy jakoś zareagować – powiedział Leo. – Pan Moore nie może sobie tak po prostu chodzić, musimy go zdemaskować. Tylko kiedy i jak?
   Nadal leżeliśmy w łóżkach. Usiadłam i oparłam się o ścianę. Trochę się krępowałam siedzieć przy nim w samych majtkach i koszulce, ale raz się żyje. Leo zrobił to samo. Jego kędzierzawe włosy jeszcze bardziej mu sterczały. Gdy spał, wyglądał jak potulny aniołek, a teraz niczym zaczepny diabełek.
   - I w ogóle czy powiemy innym co chcemy zrobić? Nie ufam Coltonowi – odparłam.
   Pokiwał lekko głową.
   Tak w zasadzie to nie wiedzieliśmy czy te potwory miały jakikolwiek związek z naszym dyrektorem. To były tylko nasze domysły. Ale byłam pewna, że to on maczał w tym palce.
   Wzięłam do ręki naszyjnik. Zapatrzyłam się w niego i przejechałam po nim palcem. Otworzyłam.
   Załóż go.
   Zrobiłam jak kazał. Wciągnęłam szybko powietrze pod naporem wspomnień. Znalazłam się w jakimś starym biurze. Na jego środku stało staromodne, ręcznie rzeźbione biurko, a przy ścianach stały takie same meble. Ściany były o kolorze kawy z mlekiem. Nie było tu żadnych roślin. W powietrzu emanowała władza i pewność siebie. Za biurkiem siedział pan Moore.
   Nagle rozległo się ciche pukanie. Charlotte ubrana w siedemnastowieczną suknię dziarskim krokiem weszła do pokoju. Zamknęła za sobą drzwi.
   - Kochanie – powiedziała – nasze badania pną się do góry. Mamy tylko jeden mały problem.
   Arthur słuchał z zaciekawieniem.
   - Otóż pewna młoda, niewinna uczennica zagraża naszym badaniom. Wygląda na to, że włamała się do… do ośrodka. Opowiada o tym co widziała.
   Mężczyzna zmarszczył brwi.
   - Skąd to wiesz?
   - Dzieciaki się buntują. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zdusić każdy plon, który zasiała ta… dziewczyna - za każdym razem próbowała powstrzymywać się, aby nie powiedzieć czegoś obraźliwego. – Pozwól mi zająć się tą sprawą.
   Wizja zmieniła się.
   Młoda dziewczyna – Elizabeth - szła sama przez las w długiej do ziemi czarnej pelerynie. Wyglądała trochę jak czerwony kapturek.
   Nagle zatrzymała się. Spojrzałam się tam gdzie ona. U jej stóp kłębiła się mgła. Tylko, że to nie była mgła. To był czarny dym. Dokładnie taki, w jaki potrafi zamieniać się Louis. Dym ukształtował się w ludzką postać i zanim Elizabeth zdążyła zareagować, zmaterializowała się ręka i złapała ją za szyję. Ale to nie była ręka Lou. Ta była kobieca i miała paznokcie pomalowane na czerwono. Elizabeth nie mogła się ruszyć. Ręka puściła ją, ale dziewczyna nadal stała w bezruchu. Mogła poruszać tylko gałkami ocznymi, w których malowało się przerażenie. Potem zmaterializowała się cała postać Charlotte. Uśmiechała się szyderczo, jej krwiste oczy wpatrywały się w Elizabeth.
   - Jesteś o wiele bardziej potulna, gdy nie możesz panować nad czasem – odparła.
   Scena znów się zmieniła.
    Znajdowałyśmy się teraz w małym, białym pomieszczeniu.  Na samym środku stało wielkie łóżko operacyjne, na którym leżała nieprzytomna Elizabeth w tych samych szmatach, w których wcześniej była ta dziewczyna, która zginęła z rąk Charlotte. Sama Charlotte stała przy małym wózku z narzędziami potrzebnymi do operacji. Elizabeth ocknęła się i zaczęła się szarpać na łóżku.
   - Co jest…? – krzyknęła. – Nie mogę…
   - Widzisz, moja droga – przerwała jej Charlotte – moja moc tymczasowo sparaliżowała twoją. Ale nie na długo – wzięła do ręki skalpel i uniosła jedną brew. – Zamierzam Ci ją odebrać na zawsze. Władanie czasem jest zbyt niebezpieczne, kochaniutka. Ale nie bój się, nie umrzesz na tym stole – podeszła do łóżka ze skalpelem w ręku. – Mogłabym zamienić Cię w jednego z nich, tak jak robiliśmy ze wszystkimi, ale masz za mocną wolę, trwałoby to za długo. Mam dla ciebie zaplanowane coś innego – rozcięła skalpelem prowizoryczną bluzkę Elizabeth ujawniając jej nagie ciało. Dziewczyna oczywiście szarpała się i krzyczała, ale nic to nie dało, ponieważ była przywiązana do łóżka grubymi pasami. – Odbiorę Ci moc za zawsze. Nasze moce kryją się w naszych sercach, Elizabeth. Wystarczy, że naruszę ten jeden mały przyrząd, który znajduje się w sercu i już będzie po wszystkim. Potem rzucę Cię moim wilczkom na pożarcie.
    Sceneria znów się zmieniła.
    Elizabeth stała przy drzwiach. Miała na sobie białą halkę, która przesiąkła krwią dwóch potworów, które leżały zabite u jej stóp. Wszystkie pomieszczenia tutaj były podobne. Dziewczyna grzebała zakrwawionym pazurem w zamku. Gdy usłyszałam kliknięcie, Elizabeth wydała cichy okrzyk szczęścia i wyszła z pokoju.
   Następnym miejscem, w którym się znalazłam był obóz. Ale tutaj wszystko było inne. Nie miałam czasu, aby dokładniej się przyjrzeć, ale układ budowli był nawet inny.
   Panował półmrok. Wszędzie słychać było krzyki i warknięcia. Na całym terenie obozu wrzała bitwa. Obozowicze walczyli z potworami. Siły były zrównoważone. W tłumie pełnym wrzasków i lejącej się krwi dostrzegłam Elizabeth. Była cała zmizerniała i wychudzona. Miała podkrążone oczy, ale walczyła dzielnie. Posługiwała się omnes, który co chwilę zamieniał się w inną broń: raz miała w rękach miecz, innym razem włócznię, a potem sztylet. Szła jak huragan, cały czas pędząc do przodu. W końcu dotarła do swojego celu: do Charlotte. Walczyły przez chwilę unikając swoich ciosów. W końcu Elizabeth zwinnie wbiła pazury w brzuch blondynki.
   - To za to, że odebrałaś mi moc – odparła brunetka. – Za to, że zabiłaś Ruby i Toma – wbiła pazury głębiej, a blondyna stęknęła i zrobiła się purpurowa. – Za to, że zamieniłaś go w potwora.
   Blondynce oczy zamieniły się na czerwone.
   - Mocno walczył, ale i tak go złamałam – uśmiechnęła się blado. – I tak przegracie.
   Wyczytałam z twarzy Elizabeth, że Charlotte się nie myli.
   - Ale przynajmniej ty umrzesz – Eliza wycedziła przez zęby.
   - Tak, ale ty ze mną – krzyknęła Charlotte, zamachnęła się słabą ręką, ale i tak poderżnęła gardło Elizabeth swoimi pazurami.
   Po tym zdarzeniu obozowicze zaczęli przegrywać. Eric, widząc swoją zmarłą żonę dostał szału i sam zaczął zabijać uczniów. Po krótkim czasie, na polu waliki znajdował się tylko on i kupa martwych obozowiczów jak i potworów.
   - Bryn!
   - Co?! – krzyknęłam i automatycznie usiadłam.
   Poczułam mocny ból w czole. Złapałam się za nie i powoli otworzyłam oczy. Siedziałam w łóżku, przykryta kołdrą. Zdjęłam naszyjnik. Obok łóżka leżał Leo trzymając się ręką za czoło. Spojrzałam na niego zdezorientowana.
   - Nie przejmuj się. Boli tylko trochę.
   Zdałam sobie sprawę, że gdy siadałam, musiałam mu przyłożyć z główki, co oznaczało, że się nade mną pochylał. Trochę się speszyłam, bo przypomniało mi się jak innemu chłopakowi przyłożyłam sierpowym i on również spadł z łóżka. A potem go pocałowałam…
   Wyrzuciłam te myśli z głowy.
   Opowiedziałam wszystko Leonowi. Opracowaliśmy plan, jak dostać się do tego „ośrodka”. Stwierdziliśmy, że najlepiej zrobić to w bal maskowy, który miał się odbyć za kilka dni. Będzie zamieszanie i nikt się nie skapnie, że znikniemy. A potem nastąpi wojna.
   Przez cały dzień nie ruszaliśmy się z pokoju. Opracowywaliśmy szczegóły planu i wygłupialiśmy się. Tak dobrze czułam się w jego towarzystwie. Mogliśmy robić wszystko, nawet biliśmy się na poduchy. Mimo sytuacji, która panowała wokół, Leo był wesoły i co chwilę rzucał jakimiś żartami. Przy nim mogłam oderwać się od rzeczywistości i przestać myśleć o tym co nas czeka.
   Pod wieczór zrobiliśmy się zmęczeni. Przeszliśmy na bardziej poważne tematy. W pewnej chwili Leo poprosił mnie, abym go narysowała. Wzięłam więc kartkę i ołówek i zaczęłam szkicować. Usiadłam na podłodze, opierając się o łóżko. Leo zrobił to samo z drugiej strony. Na jego twarz wlazł szelmowski uśmieszek. Przez chwilę rysowałam w ciszy. W końcu spytałam:
   - Dlaczego macie dwuosobowy pokój? Myślałam, że każdy ma oddzielnie, tak mówiła Aya.
   - Nasz to jest wyjątek. Mam pewien układ z Neemą. – odparł.
   - Jaki?
   - Bo widzisz… formalnie to on ma swój pokój. Przenieśliśmy po prostu jego łóżko do tego pokoju.
   - Dlaczego?
   Mimo wolnie pomyślałam, że może być gejem.
   - No bo… - westchnął - …ja boję się spać sam w pokoju. Nie chodzi tu o ciemność, po prostu… ja boję się, że kiedyś zostanę sam. Że kiedyś obudzę się sam na całej planecie, że będę samotnie chodził i szukał kogoś, kogo i tak nie znajdę. Że nie będzie przy mnie nikogo, kto mógłby mi pomóc uporać się z przeszłością. Kiedy jestem sam, to do mnie powraca. Czuję się, jakbym każdej nocy zabijał swoją rodzinę… - zasępił się.
   - Też boję się samotności – odparłam, a on spojrzał mi w oczy.
   - Gdy dzielę pokój z Neemą, to jakby odlatuje. Myślę wtedy o innych rzeczach.
   Całe szczęście, że nie był gejem… Nawet nie wiem dlaczego tak pomyślałam. Przecież to niczego by nie zmieniło między nami. Nie mam nic do homoseksualistów.
   - Jeszcze jedno mnie zastanawia – odparłam i nawet lekko się uśmiechnęłam. – Skoro masz pokój z Neemą, to nie mogłeś po prostu wczoraj tutaj przyjść i zapukać do drzwi? Przecież by Ci otworzył. A może ty wcale nie zgubiłeś tych kluczy, co?
   Uśmiechnął się.
   - Pokaż co tam nabazgrałaś - Zaczął się przysuwać w moją stronę.
   - Jeszcze nie skończyłam! – przytknęłam pracę do piersi.
   Usiadł obok mnie.
   - No pokaż – chciał mi wyciągnąć pracę, więc ją schowałam za plecy.
   - Jeszcze nie skończyłam.
   - No weź…
   Chciał wyjąc mi kartkę zza pleców, ale ją odsunęłam, więc spróbować z drugiej strony. Teraz pochylał się nade mną i można by powiedzieć, że mnie obejmował, bo próbował wyciągnąć mi kartkę z dwóch stron na raz. Spojrzałam w jego sarnie oczęta. Zrobiło mi się gorąco.
   - Twoje serce bije jak szalone – odparł.
   - Twoje też – odpowiedziałam.
   To była prawda. Myślałam, że moje zaraz wyskoczy z klatki piersiowej. Jego serce równie mocno biło jak moje.
   Uśmiechnął się lekko i wtedy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Leo odsunął się ode mnie.
   - Schowaj się – szepnął. – To może być ktoś z nauczycieli.
   Posłusznie wlazłam szybko do szafy i usiadłam na jej dnie. Przez szpary zobaczyłam jak Leo ogarnia trochę pokój. Rozległo się drugie pukanie. Tym razem podszedł do drzwi i otworzył.
   - Hej… - usłyszałam głos Louisa. – Przyszedłem do ciebie po radę.
   Leo podrapał się po głowie.
   - No dobra, wejdź… - otworzył drzwi na szerz i spojrzał w moim kierunku.
   Louis usiadł na łóżku Neemy.
   - Dlaczego są tu dwa łóżka? – spytał.
   - To dłuższa historia – odparł Leo. – O co chciałeś się poradzić?
   - No bo widzisz… niedługo jest bal i tak sobie pomyślałem, że… hmm… czy Aya mówiła Ci coś o mnie?
   Jak to usłyszałam to poczułam gorącą potrzebę, aby wyjść z tej szafy i wykopać go za drzwi. Jeśli kiedykolwiek spotkam Kupidyna to wsadzę mu te jego zasrane strzały prosto w dupę. Dlaczego wszystko musi być takie skomplikowane?
   - Mi? – spytał Leo.
   - Tak, no przecież przyjaźnicie się. Albo czy ma może parę na bal?
   Leo znów podrapał się po czuprynie i spojrzał w moją stronę.
   - Chyba nie…
   Dobrze wiedział, że jestem zakochana w Lou i jak przykro musi mi być.
   - Dzięki. A ty z kim idziesz?
   - Jeszcze nie wiem…
   - No dobra, to ja będę się zbierał – wstał z łóżka.
   Czekałam aż wyjdzie, ale on zmarszczył brwi.
   - Skąd to masz? – spytał Lou. – To jest wisiorek Bryn.
   Podniósł go z szafki nocnej.
   - Ona… - zaciął się Leo - …dała mi go na przechowanie.
   Louis pokiwał lekko głową ściskając wisior.
   - Nie było jej dzisiaj na zajęciach. Zresztą ciebie też. Wiesz może gdzie jest? Byłem u niej, ale nikogo nie zastałem.
   - Wiem, gdzie jest. Ale nie sądzę, aby chciała kogokolwiek widzieć…
   Louis spojrzał na Leona.
   - Martwię się o nią – z powrotem usiadł na łóżku.
   Boże, niech już on idzie. Z każdą chwilą rosną szanse, że odkryje, że siedzę w szafie. Chociaż z drugiej strony chciałabym wiedzieć, co o mnie powie.
   - W jakim sensie?
   - No bo ona jest ostatnio taka… nieobecna. Nie chce ze mną rozmawiać – spuścił głowę. – Powiedziała Ci dlaczego?
   - Ta.
   - Wiesz… ja chyba jednak coś do niej czuję…
   Prawie zakrztusiłam się własną śliną. To on cały czas mnie odpychał i nagle się rozmyślił? Co to jest za człowiek?!
   Leo zrobił wielkie oczy i spojrzał na szafę, w której siedziałam, a potem powrotem na Lou.
   - A więc… podoba Ci się Bryn, ale umawiasz się z Ayą? Świetne zagranie – zakpił Leo.
   - Nie, bo… Ayę też lubię. Tylko nie wiem, którą bardziej…
   - Chyba Ci padło na mózg, chłopie. Wiesz, że ranisz obydwie? Zdecyduj się.
   Louis schował twarz w dłonie i westchnął.
   - Gdyby to było takie proste… - siedział przez chwilę w ciszy. - No dobra, zbieram się – wstał i wyszedł.
   Faceci są z pewnością bardziej skomplikowani niż dziewczyny. Co on sobie myśli? Że będę na niego czekać? Że będę patrzeć jak flirtuje z Ayą, a potem przyjmę go z otwartymi ramionami? On coś do mnie czuje? Nie wydaje mi się. Jakby coś do mnie czuł, to nie odrzuciłby mnie, prawda?
   - Bryn?
   Leo stał przy otwartej szafie i patrzył jak siedzę skulona na jej dnie.
   - Co?
   - Nie powinnaś się cieszyć? To chyba dobrze, że coś do ciebie czuje, prawda?
   Nie mogłam nic odczytać z jego twarzy. Był zawiedziony? A może po prostu mu to zwisało? Sama nie wiem.
   - Zdążymy jeszcze na kolację?
   - Chyba zdążymy – pomógł mi wstać.

wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 21

   Opowiedziałam mu prawie o wszystkim. Od samego początku. Nie ominęłam nawet krzywd, które mi wyrządzono. Słowa wylewały się ze mnie jak z woda z wodospadu. Po policzkach płynęły mi gorące łzy. Usiadłam na łóżku i podciągnęłam kolana. Zaszlochałam i podciągnęłam nosem. Nie powiedziałam mu tylko o jednym. O mojej bliźnie. Powiedziałam mu wszystko co leżało mi na sercu. Gdy już skończyłam, Leo nie odzywał się. Pomyślałam, że zasnął, więc spojrzałam na niego. Jego sarnie oczy wpatrywały się we mnie.
   Leo zaczął opowiadać o sobie. Jego ojciec porzucił go, gdy był mały. Mieszkał z młodszą siostrą i matką. Bardzo je kochał. Mama była surowa, ale i tak uważał ją za najwspanialszą kobietę na ziemi. Lubił chodzić do lasu i rozmyślać. Pewnego razu pobił się w szkole z kolegą, który mówił wyssane z palca historie na temat jego ojca. Leo dostał szlaban. Jednak w domu nie mógł się skupić, więc wieczorem wymknął się do lasu. Alfa go dopadła. Wrócił do domu, nie wiedząc co się stało. Nie powiedział nic swojej mamie, bo nie chciał, aby straciła do niego zaufanie. Rana się nie goiła, ale siedział cicho i sam próbował się wyleczyć. Gdy nadeszła pełnia, czuł się okropnie. Jego matka to zauważyła i wtedy powiedział, że ugryzł go wilk. Wsiedli w samochód i pojechali do szpitala. Tylko, że nie dojechali. W czasie jazdy Leo zmienił się. Gdy się obudził, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zobaczył poturbowany samochód, który wcześniej przekoźlołkował przez zbocze. Na drzwiach zadrapania pazurów. W środku pełno krwi i ciała jego rodziny. Był do połowy nagi i cały w czerwonej, gęstej mazi. To on je zabił. Zabił jedyne bliskie mu osoby. Sumienie doprowadzało go do szaleństwa. Podciął sobie żyły o wystający kawałek metalu z samochodu. Ale rany się zagoiły. Przez resztę dnia chodził obłąkany po lesie. W końcu ktoś go znalazł. Jeden z agentów M.A.R.Z.N. zabrał go do obozu.
   Opowiadał tą historię z wielkim trudem. Gdy już skończył, również rozpłakał się jak dziecko. Siedziałam na łóżku, patrząc jak trzęsie się, targany emocjami. Nie wiedziałam co mam zrobić. W końcu powiedziałam:
   - Chodź tu.
   Usiadł obok mnie i wtulił głowę w moją klatkę piersiową. Zmoczył mi łzami całą bluzkę, ale nie byłam na niego zła. W końcu oderwał się ode mnie i oboje oparliśmy się o ścianę. Siedzieliśmy w ciszy. W nocy zrobiło się zimno, więc przykryłam się kołdrą i bezwiednie opadłam na poduszkę.
   - Nie rozumiem tego – powiedziałam. – Louis również zabił człowieka, a jego oczy nadal są złote.
   - Zmieniają kolor, gdy osoba jest niewinna – odparł Leo zachrypiałym od płaczu głosem.
   - Tak, ale określenie „niewinny” może mieć wiele znaczeń.
   - W tym przypadku miano „niewinnej” ma osoba, która nigdy nie zabiła. Eric próbował Cię zabić, ale wcześniej nic nie zrobił. Dlatego był niewinny.
   - Ale dlaczego tylko my mamy te cholerne niebieskie oczy? Przecież wilki nie pamiętają swojej przemiany. Szaleją i zabijają wszystko co widzą. Nie wierzę, że nikt nikomu nic nie zrobił.
   - Alfy pilnują swoich bet. Każda alfa ma obowiązek nie dopuścić, aby jej beta kogoś zabiła podczas pełni. Ja mojej alfy nigdy nie poznałem. Porzuciła mnie. Gdyby nie obóz, byłbym omegą.
   Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę w ciszy. Leo chciał wrócić na kanapę.
   - Poczekaj… - chwyciłam go za przedramię. – Mogę się jeszcze do ciebie przytulić? – spytałam z nadzieją w głosie.
   - Złamię kolejną zasadę – odparł z lekkim uśmiechem na twarzy, ale i tak położył się obok mnie.
   Tym razem to ja wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Pachniał cytrynami, tak jak zawsze. Przyciągnął mnie do siebie i objął w talii, a ja zasnęłam w jego ramionach. I nie chciałam się budzić…


   Ale się obudziłam. I jego już przy mnie nie było. Potem powiedział, że wyszedł szybciej, aby nikt go nie zauważył. Trochę się zawiodłam. Chciałabym kiedyś się przekonać, jak to jest obudzić się w czyichś ramionach.
   Śniadanie mijało powili i spokojnie. Do czasu.
   Do sali wszedł pan Moore. Miał naburmuszoną minę i był zły. Ostatni raz widziałam go w obozie, gdy tu przybyłam. Od tego czasu go nie widziałam. Pewnie był na innych placówkach M.A.R.Z.N.. Co go skłoniło do przyjazdu do obozu?
   Odchrząknął i wszyscy obozowicze spojrzeli prosto na niego.
   - Przyjechałem do obozu w ważnej sprawie – odparł. – Mianowicie z domu nauczycieli została skradziona pewna rzecz. Jest ona bardzo ważna i nie puścimy tego płazem. Jeśli złodziej się przyzna i odda skradzioną rzecz, jego kara nie będzie aż taka sroga. A jeśli nie… - spojrzał mi prosto w oczy - …powinien się już bać. Ma czas do wieczora.
   Odwrócił się na pięcie i odszedł.
   Wiedział, że to ja. Ale skąd?
   Wymieniliśmy z Leo porozumiewawcze spojrzenia. Mieliśmy ponure miny.
   - Ktoś musiał być naprawdę głupi, żeby coś ukraść Arthurowi – powiedziała Aya.
   Louis spojrzał na mnie. Podejrzewał mnie. Widać to było w jego wzroku. On nie miał pojęcia co działo się w miasteczku. Był na mnie zły, że zaburzyłam jego cudowne wyobrażenia. Myślał, że chcę wszystko zniszczyć.
   - Nie jestem już głodny – odparł Leo i spojrzał na mnie. Wstał od stołu, a ja za nim.
   Upewniliśmy się, że nikt za nami nie idzie i poszliśmy do drzewa z huśtawką. Leo usiadł na ziemi, a ja zaczęłam się huśtać.
   - Co robimy? – spytał.
   - Nic – odparłam. – Nie zrobimy nic.
   Spojrzałam mu prosto w oczy.
   - Jeśli jakoś się dowiedzą, ciebie tam nie było i nic nie wiesz. Rozumiesz?
   Nie mogłam pozwolić, aby był w to zamieszany. Nie on.
   - Nie zrobię Ci tego – odparł. – Też tam byłem.
   - Nie było Cię tam. Byłam sama. Obiecaj, że się nie przyznasz.
   - Nie mogę Ci tego obiecać.
   - Musisz.
   Pokiwał przecząco głową i na tym się skończyło. Nie potrafiłam go przekonać.
   Poszliśmy na lekcje samoobrony. Tak jak mówił wcześniej pan Reno, wzbiłam się na średni poziom. Na moje nieszczęście Louis też. Pan Reno przydzielił nas do siebie.
   Przez chwilę unikaliśmy swoich ciosów w ciszy. W końcu Lou się odezwał:
   - Wreszcie jesteśmy bezpieczni. A ty wszystko psujesz.
   - Wcale nie jesteśmy bezpieczni – warknęłam. – Ty nie masz zielonego pojęcia co się tu dzieje.
   - To mnie oświeć.
   - Nie mogę… - powiedziałam łamiącym się głosem.
   - Nie chcę znów uciekać. Mam już tego dość. Nie zniszcz tego.
   - Nie jesteś w to zaplątany.
   - Myślisz, że zostawiłbym Cię samą?
   Co?
   Wykorzystał moją nieuwagę i powalił mnie na ziemię.
   Zabolała mnie moja rana, więc obróciłam się na brzuch.
   - Co to jest? – zapytał, podnosząc wyżej moją bluzkę.
   - Nic – szybko wstałam z ziemi. – Nie twoja sprawa – ściągnęłam bluzkę najniżej jak potrafiłam. – Muszę odpocząć.
   Podeszłam do małej ławeczki stojącej na skraju pola. Czułam jak odprowadza mnie wzrokiem. Usiadłam i westchnęłam. Siedziałam chwilę w spokoju, ciężko dysząc. Potem ktoś usiadł obok mnie.
   - Ładny dziś mamy dzień, prawda? – spytał pan Moore.
   - Tak, piękny – przyznałam. – Niedługo lato.
   Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy.
   - Jeśli wiesz coś na temat złodzieja, to może zapomnę.
   - Co pan zapomni, panie dyrektorze?
   - To, co zrobiłaś odejdzie w niepamięć.
   Zmarszczyłam brwi. O co mu, do jasnej cholery chodzi? Może o wypad do miasta?
   - Nie mam zielonego pojęcia o czym pan mówi – nawet nie mrugnęłam.
   Uśmiechnął się.
   - Mieszkałaś w Bullhead City, prawda? Tak, wiem dlaczego musiałaś wyjechać. Znam kolor twoich oczu.
   - Skąd…
   - Ufasz niewłaściwym osobom, panno Case. Jeśli znajdę dowód, że to ty – pochylił się nade mną – nie puszczę tego płazem.
   Wstał i odszedł.
   Wiedzieli o tym tylko Louis, Sonia i… Leo.
   Jak mógł? Zaufałam mu! Zwierzyłam się z wszystkiego! Pewnie teraz rozpowiadał moje tajemnice! A te jego gówniane historyjki były zmyślone! Jaka ja byłam głupia. Ufałam mu…
   Zawód jaki mi sprawił, był nie do opisania. A ja myślałam, że mogę mu powiedzieć wszystko!
   Wstałam z ławki z zaciśniętymi zębami. Leo ćwiczył z Neemą i śmiali się z czegoś. Podeszłam tam szybkim krokiem i popchnęłam Leona.
   - Jak mogłeś?! – krzyknęłam. – Ufałam Ci!
   Zmarszczył brwi.
   - O co Ci…
   - Jesteś taki jak wszyscy – przerwałam mu. – Nawet się do mnie nie zbliżaj!
   - Ale… - złapał mnie za ramię, ale się wyrwałam.
   - Co się dzieje? – Louis zaciekawił się moimi krzykami.
   - Nie twój zasrany interes!
   Odwróciłam się i pobiegłam do domku. Po drodze ocierałam łzy.
   Jak mógł?
   Dotarłam do drzwi i oparłam się o nie. Jęknęłam. Czułam się gorzej, niż po tym jak dowiedziałam się, że Lou nic do mnie nie czuje. Otworzyłam drzwi, podciągając nosem. Zakluczyłam. Nawet mnie nie zdziwiło, że cały mój pokój był pogrążony w chaosie. Spodziewałam się, że go przeszukają w poszukiwaniu klucza. Przeszłam przez pokój próbując na nic nie nadepnąć i podłam bezwładnie na łóżko. W pokoju nadal roznosił się zapach cytryn.
    Najpierw przyszedł Leo. Pukał do drzwi i próbował wejść. Tłumaczył, że nic nie zrobił i nie wie o co chodzi. Przykryłam sobie poduszką uszy i próbowałam myśleć o czymś innym. Po jakimś czasie odszedł.
   Potem przyszedł Louis. Pukał chwilę i mówił, żebym go wpuściła, ale ja byłam nieugięta. Zniechęcił się i odszedł.
   Była również Sonia. Próbowała zachęcić mnie, abym przyszła na kolację. Nie udało jej się.
   W wolnym czasie posprzątałam pokój. I tak nie miałam nic innego do roboty. Na szczęście nie znaleźli wisiorka Dirige. Wzięłam go do ręki i otworzyłam.
   Terra, ostende occultum.
   Pisało w środku. Łacina. Tylko co to oznacza?
   Powiedz to, a zobaczysz drzwi.
   A więc to jest zaklęcie, które mi pomoże! Wzięłam zwitek kartki i zapisałam je. Nie ma bata, muszę tam iść. Włożyłam kartkę do kieszeni. Ubrałam czarną kurtkę i wyszłam po cichu. Całe szczęście było już ciemno.
   Szłam cicho przez las. Gdy byłam w połowie drogi, coś usłyszałam. Stanęłam jak wryta. Zamknęłam oczy i natężyłam słuch. Usłyszałam bicie serca. Nie zaraz, dwóch… trzech. Ukrywali się w cieniu. Zaczęłam biec. Oblazło mnie przerażenie. Miałam przeczucie, że chcą mi coś zrobić.
   Dobiegłam do pomostu, a dalej na plac główny. Zagłębiłam się w tłum nastolatków i uspokoiłam trochę oddech. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Krzyknęłam i odwróciłam się. Za mną stał Louis.
   - Co się stało? – spytał.
   Nie odpowiedziałam. Objęłam go tylko i wtuliłam twarz w jego klatkę piersiową. Załkałam, a on przytulił mnie. Był trochę nieobecny, jakby się nad czymś zastanawiał.
   - Powiedziałaś Leonowi o Ericu? – spytał.
   Spojrzałam mu w oczy i zmarszczyłam brwi.
   - A co?
   - I o to nakrzyczałaś na niego? Podczas lekcji? Myślałaś, że powiedział panu Moore, tak?
   Pokiwałam głową.
   - Bo widzisz… - westchnął. – Dzisiaj rano, jeszcze przed śniadaniem pan Moore wezwał mnie do siebie. Mówił, że coś zrobiłaś. Powiedział, że jesteś jeszcze szczenięciem w naszym świecie i może dać Ci drugą szansę. Musiałem mu tylko powiedzieć wszystko co wiem na twój temat. Więc powiedziałem.
   Gdy to mówił, krajało mi się serce. On i Sonia byli osobami, którym najbardziej ufałam. Przyglądałam mu się tępym wzrokiem. Łza spłynęła mi po policzku, ale nic nie powiedziałam. Po prostu odwróciłam się na pięcie i ruszyłam biegiem do domku. Powiedziałam sobie, że nie będę płakać. Już dość tych łez. Zaciskałam tylko zęby. Nawet za mną nie poszedł.
   Już byłam prawie przy domku, gdy zauważyłam, że ktoś się przy nim kręci. Najpierw ogarnął mnie strach. Potem zdałam sobie sprawę, że to Leo. Zrobiło mi się strasznie głupio. Oskarżyłam go praktycznie bez podstaw. Musiałam go przeprosić. Zauważył mnie i podszedł szybkim krokiem.
  - Bryn, proszę, wysłuchaj mnie. Ja nic nie zrobiłem…
  - Ja… wiem. I… przepraszam – spuściłam wzrok, zaczęłam grzebać nogą w piasku.
   Przez chwilę nic nie mówił.
   - Mogłabyś chociaż powiedzieć o co mnie oskarżyłaś?
   Opowiedziałam mu o mojej rozmowie z Moore’em. Wyjaśniłam mu, dlaczego pomyślałam, że to on.
   Pokiwał lekko głową. Przełknęłam ślinę i westchnęłam.
   - Wszyscy mnie teraz oszukują…
   Już chciałam iść do domku, gdy Leo zapytał:
   - Coś się stało? Wyglądasz jakbyś się czegoś bała…
   Opowiedziałam mu o tym, że słyszałam kogoś w lesie.
   Wyglądał jakby się zastanawiał. Nadal był przygnębiony. Wciąż było mu przykro, że tak go potraktowałam.
   Uśmiechnęłam się blado. Czasami robię coś, a potem żałuję. Stwierdziłam, że dłużej nie będę ciągnąć tej rozmowy. Czy zaprzepaściłam swoją szansę na przyjaźń?
   - Dobranoc – odparłam.
   Złapał mnie za nadgarstek.
   - Czekaj… Nie jesteś tu bezpieczna – wskazał na dom.
   Cóż. Miał rację.
   - Poradzę sobie.
   Pokiwał głową w zamyśleniu.
   - Co zrobisz?
   Wzruszyłam ramionami. I tak pewnie nie zasnę ze strachu. Będę siedzieć na łóżku i wpatrywać się w ciemność.
   - Wezmę całonocną wartę.
   - Nie – odparł. – Mam u ciebie dług. Muszę go spłacić. Tym razem chodź do mnie.
   - Leo…
   - Żadne Leo, tylko idziesz i koniec.
   Z pokoju wzięłam tylko ubrania na przebranie i wisiorek. Zaprowadził mnie do budynku Nieodkrytych. Był jednym z mniejszych. W środku było tak jak we wszystkich innych budynkach. Leo zaprowadził mnie pod pokój nr 103.
   - Ostrzegam Cię – powiedział. – Nie sprzątałem.
   Otworzył drzwi. Pokój był niewielki, ale dobrze zagospodarowany. Z prawej i lewej strony stały dwa łóżka. Między nimi biurko, przy którym siedział Neema. Obok łóżek stały również szafy. Wszędzie walały się ubrania. Neema grał w jakąś grę na PSP. Nawet się nie spytałam skąd to ma.
   - Neema, nie chciałbyś odwiedzić Dave’a? Albo Mathew?
   Neema spojrzał na nas i się uśmiechnął.
   - Leo, nie wiedziałem, że taki z ciebie lovelasek.
   Uśmiechnęłam się lekko i zarumieniłam.
   - Idź już.
   Ciemnoskóry chłopak wstał i wyszczerzył białe zęby.
   - Tylko bądźcie cicho.
   Leo przewrócił oczami, a Neema wyszedł. Latynos pozbierał wszystkie ubrania i wrzucił do jednej z szaf.
   Położyłam się do łóżka z prawej strony. Od razu poczułam zapach cytryn.
   - To twoje łóżko? – spytałam, a on kiwnął głową.
   - Skąd wiedziałaś?
   - Pachnie cytrynami. A wszystko czego dotykasz tak pachnie. Masz szampon o takim zapachu czy jak?
   - Tak, uwielbiam go – usiadł na drugim łóżku i oparł się o ścianę.
   Siedzieliśmy chwilę w ciszy.
   - A więc… wybaczyłeś mi te oskarżenia?
   - Rozumiem Cię – odparł ostrożnie. – I nie mam Ci za złe, że tak pomyślałaś.
   Kiwnęłam głową i wtuliłam twarz w poduszkę.

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 20

   Ktoś usiadł obok mnie na pomoście. Nie widziałam, kto to, ponieważ wcześniej podciągnęłam kolana, objęłam je rękoma i ukryłam twarz cicho szlochając.
   - Dlaczego płaczesz? – to znów Leo.
   - Bo życie mi na nic innego nie pozwala… - powiedziałam smutnym głosem. Otarłam sobie łzy.
   - Coś się stało?
   - A dlaczego chcesz wiedzieć? Dlaczego wszyscy są tacy upierdliwi i wtykają nos w nie swoje sprawy?
   Smutek przerodził się w lekki gniew. W chwili, gdy chciałabym pobyć sama, w spokoju, przemyśleć wszystko, to przychodzi taki Leon i musisz mu wszystko tłumaczyć.
   - Nie robiłbym tego – odparł spokojnie. – Ale zauważyłem, że jesteśmy do siebie bardzo podobni.
   Spojrzałam na niego. On był Latynosem, a ja Amerykanką. Nie było w nas nic podobnego. Nawet akcent mieliśmy inny, chociaż Leo wychował się w Ameryce. 
   - W jakim sensie?
   - Bo widzisz… - spojrzał w dal. – Wiem, że czujesz się samotnie. Masz przyjaciół, ale widzę, że i tak jesteś jakaś przygnębiona. Ja mam tak samo. Oboje wiele przeszliśmy w życiu… Oboje mamy niebieskie oczy.
   Spojrzałam na niego z przerażeniem.
   - Skąd wiesz?
   Tak bardzo się starałam, żeby nikt nie zauważył…
   - Zgadywałem – odparł patrząc mi w oczy. – Byłem jedynym takim wilkiem w obozie. A gdy wy przyjechaliście, pojawił się drugi. Louis urodził się wilkiem. Oni od małego uczą się jak opanować swoje moce. Zostałaś ty i Sonia. Pomyślałem, że ty.
   - Dlaczego?
   - Cały czas chodzisz przygnębiona. W oczach masz pełno bólu i wyglądasz jakby sumienie cię gryzło.
   Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Spojrzałam w dal tępym wzrokiem i nie myślałam o niczym.
   - Jeśli powiesz mi, dlaczego twoje oczy są niebieskie, to ja powiem Ci dlaczego moje są.
   Nie odzywałam się. Czy mogłabym mu powiedzieć? Czy osądzałby mnie? On też zabił kogoś niewinnego, ale na pewno zrobił to nieumyślnie, a ja… Sama już nie wiem. Nienawidziłam siebie, że to mi się podobało. Gdy patrzałam na Erica przypomniałam sobie wszystkie krzywdy jakie mi wyrządził. I tak się cieszyłam, że to wszystko pójdzie w niepamięć. Że będę wolna. Ale teraz było całkiem odwrotnie. Poczucie winy spętało mnie w swoje łańcuchy, a ja nie miałam się jak uwolnić.
   - Chciałbym zostać twoim przyjacielem – odparł. – Wiem jak trudno jest znaleźć kogoś kto cię zrozumie. Inni nie wiedzą jak to jest – zamyślił się i spojrzał na horyzont. – Nie wiedzą co czujesz, gdy patrzysz na śmierć, którą sam zadałeś…
   Znów pociekły mi łzy. Podciągnęłam nosem.
   - Muszę już iść.
   Wstałam i odeszłam szybkim krokiem.

   Niedziela rozpoczęła się energicznie. Od samego rana rozmawialiśmy o tym co stało się ostatnio. Snuliśmy jakieś domysły. Po południu Aya oznajmiła, że ma przetłumaczony cały tekst. Zaprowadziłam nas do miejsca, w którym była huśtawka, aby nikt nie słyszał o czym rozmawiamy. Usiedliśmy w kółku, Aya wyciągnęła kartkę i zaczęła mówić:
   - Ten gatunek to Lupus Informibus, czyli coś na kształt człowieko-wilka. Są to potomkowie Lykana ble, ble, ble… który był wrogiem matki Lupy. Na początku miały to być lepsze wersje nas – zmarszczyła brwi. – Lykan chciał na siłę udowodnić, że jest lepszy od Lupy. Zawarł pakt z jakimś czarownikiem i wyszło takie szkaradło. Lykan się wściekł. Nawet się nie dziwię. No i chciał zabić wszystkie dzieci, ale kilka z nich uciekło… ble, ble, ble… O, teraz zacytuję: „Są to człekokształtne istoty zrodzone z człowieka i wilka.”
   - Fuj – powiedziała Sonia. – Człowiek z wilkiem? Ble!
   - Mają dużą muskulaturę ciała, są niesamowicie silni i szybcy, ale nie grzeszą inteligencją. Często zawodzą ich zmysły takie jak: wzrok i słuch. Bardzo trudno je zabić. Można to zrobić tylko obcinając głowę, inaczej Lupus Informibus uleczy wszystkie rany i odrodzi się jeszcze silniejszy.
   - Więc ten, którego „zabiliśmy”… – odparł Leo – …jest teraz silniejszy?
   - Na to wygląda.
   - Hmmm… - mruknęłam. – Są głupi, a ich słabość to słuch i węch. Świetnie…
   - To co robimy? -zapytał Colton.
   Wszyscy spojrzeli na mnie.
   - Muszę się zastanowić – powiedziałam.
   Ale ja już wiedziałam co zrobię. Tylko muszę jeszcze ten plan dopracować. I wykonam go sama.
   Wieczorem ubrałam się na czarno. I tak pewnie jakiś wilkołak zauważyłby mnie, ale zawsze jest większe prawdopodobieństwo, że tak się nie stanie. Już chciałam wychodzić, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Z niechęcią otworzyłam.
   - To jaki masz plan? – zapytał z uśmiechem Leo.
   Przewróciłam oczami.
   - Nie mam żadnego planu…
   - To dziwne. Gdy mówiłaś, że musisz się zastanowić, miałaś minę jakbyś już dawno wiedziała. A przez resztę dnia chodziłaś zamyślona, jakbyś dopracowywała szczegóły. No i… jesteś ubrana na czarno. Wychodzisz, a jest już po ciszy nocnej.
   Patrzył na mnie z zadowoleniem.
   - Jak ty…? No jak? – zapytałam ze zdziwieniem.
   - Lubię obserwować ludzi i wyciągać wnioski.
   Westchnęłam. Nie zabiorę go ze sobą.
   - Leo… idź spać.
   - Niestety, ale zatrzasnąłem sobie drzwi i jesteś skazana na mnie – wyszczerzył zęby. – Nie pozbędziesz się mnie.
   Ugh… on naprawdę robi się wkurzający…
   - Dobra… ale trzymaj się z tyłu i o nic nie pytaj. Później Ci wyjaśnię. I… nie przeszkadzaj mi.
   Wyszliśmy z domku i zagłębiliśmy się w las staraliśmy się być jak najciszej. Niestety Leo długo nie wytrzymał.
   - Jak myślisz, co zrobiła Sonia?
   O kurczę. Jeszcze jej o to nie pytałam. Ale mam wrażenie, że patrząc na tego potwora, sprawiła, że czuł ból.
   - Może jej moc się ujawniła? – starałam się mówić jak najciszej. - W końcu już sporo czasu minęło odkąd zostałyśmy zmienione. Dwie pełnie już mamy za sobą.
   - Może - odparł. – Ale to i tak bardzo szybko.
   Dalej szliśmy w ciszy. Leo jeszcze męczył mnie o mój plan, więc w końcu uległam i wytłumaczyłam na czym polega. Doszliśmy do budynku nauczycieli.
   - Które to okno? – spytał.
   - To – wskazałam na jedno ze środkowych.
   - Może jednak ja pójdę?
   - Nie ma mowy. Chodzisz jak słoń.
   Podeszłam do danego okna. Wejrzałam do środka. Nikogo nie było. Niestety klucza też nie mogłam dostrzec. Zauważyłam, że zasuwka na starym oknie jest lekko wysunięta. Skorzystałam z okazji i mocno pchnęłam je. Zasuwka odskoczyła i okno otworzyło się.
   - Stój na czatach – powiedziałam i wsunęłam się do środka.
   Było tam dosyć ciemno, ale byłam wstanie dostrzec półkę na książki, łóżko i inne meble. Najpierw spojrzałam w miejsce, gdzie ostatnio go widziałam. Nic. No dobra, będę musiała poszukać. Hmm… Gdybym chciała schować ogromny klucz, to gdzie bym go schowała? W biurku? Ruszyłam w jego stronę. Gdy zrobiłam trzeci krok, podłoga zatrzeszczała. Zatrzymałam się. Przełożyłam ciężar ciała na drugą nogę i z powrotem. Znów zatrzeszczała. Schyliłam się. Tak, jedna deska była luźna, czy to przypadek? Spróbowałam ją wyciągnąć i udało się. Włożyłam rękę do dziury i zaczęłam szukać. Dotknęłam zimnego metalu, chwyciłam go w rękę i wyciągnęłam. Bingo. Ułożyłam deskę z powrotem na miejsce i wyślizgnęłam się z pokoju. Przymknęłam okno i odetchnęłam z ulgą.
   - Masz?
   - Tak – odpowiedziałam i pokazałam Leonowi klucz.
   - Łał. On jest naprawdę duży.
   Potem z powrotem ruszyliśmy w las.
   - A ty w ogóle wiesz, gdzie jest to miejsce? – spytał Leo po jakimś czasie.
   - No właśnie… w tym rzecz, że nie wiem… Ale to było gdzieś blisko granicy. Na pewno znajdziemy…
   Błąkaliśmy się dobra parę godzin po lesie. Szliśmy wzdłuż granicy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało.
   Doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Szukaliśmy tego miejsca już dosyć długo i nogi zaczęły nas boleć. Już chcieliśmy wracać, ale Leo coś zauważył. Poszłam za nim i zobaczyłam ten sam krater co wtedy.
    Zeszliśmy na sam dół i stanęliśmy przy ziemistej ścianie. Miej więcej zapamiętałam, gdzie była dziurka od klucza i w tym miejscu zaczęłam skrobać ziemię palcami. Na początku ziemia była miękka i spadała łatwo, jednak potem stała się coraz twardsza i w końcu ani ja, ani Leo nie byliśmy w stanie jej usunąć.
   - Charlotte, zanim zamknęła drzwi coś powiedziała – odparłam. Poszukałam słów w pamięci. – Terra coś tam secretum.
   - Terra to ziemia, a drugiego nie muszę tłumaczyć. Przypomnij sobie, co było w środku?
   - Cerar?
   - Celar, jak już. To chyba fundacja…  Terra celar secretum. Albo… Ziemio ukryj sekret. Czy coś w tym stylu.
   - A jak jest po łacinie „pokaż”?
   - Nie mam zielonego pojęcia. Z łaciny na nasz jeszcze trochę rozumiem, ale na odwrót nie ma szans…
   - To może wrócimy jutro?
   - Dobra. A co z tym? – pokazał ma klucz.
   - Trzeba go gdzieś ukryć, nie wezmę go do domu.
   Zastanawiał się przez chwilę.
   - Daj – powiedział. Uklęknął i wykopał rękoma dziurę w ziemi. Włożył tam klucz i przysypał. – I po sprawie. Miejmy nadzieję, że nikt go nie znajdzie.
   Otrzepał ręce i ruszyliśmy do obozu.
   Leo odprowadził mnie do domku. Przez drogę powrotną prawie wcale nie rozmawialiśmy, ale nie przeszkadzało nam to. Tak w zasadzie to jeszcze nie wiem co do niego czuję. Lubię go. Chociaż to typ człowieka, którego po prostu nie da się nie lubić.
  - Fajnie się z tobą kradnie – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
   - Dzięki – odparłam.
   Jeszcze chwilę staliśmy przy drzwiach. Czekałam, aż odwróci się i odejdzie. Nie ładnie tak zamykać drzwi komuś przed nosem. Ale on nadal stał. W końcu zdołał z siebie wydukać:
   - Wiesz… - podrapał się po głowie. – Wcale nie zmyśliłem tej historyjki z drzwiami.
   Uniosłam jedną brew.
   - Mam Cię zaprosić do środka?
   Zmieszał się.
   - Nie… ja… prześpię się gdzieś w lesie…
   Już chciałam go puścić, ale się rozmyśliłam. Spałam raz sama w lesie. Jest niewygodnie, chodzą po tobie robaki i różne inne stworzenia. Jest zimno, jeszcze się przeziębi, albo dostanie pcheł.
   Otworzyłam drzwi na oścież. Przez chwilę się zastanawiał, czy wejść.
   - Chcesz specjalne zaproszenie?
   Dałam mu koc, który wyciągnęłam z szafy. Kazałam mu wziąć prysznic. Gdy wyszedł z łazienki powiedziałam:
   - Panują tutaj trzy zasady. Po pierwsze: śpisz na kanapie i nie masz nawet prawa myśleć o czymś innym. Po drugie: pod żadnym pozorem mnie nie podrywasz, bo skończy się to bardzo źle. Oczywiście dla ciebie. I po trzecie: nikomu nie powiesz, że tu byłeś.
   - Jak chcesz księżniczko.
   Wyszczerzył zęby, a ja przewróciłam oczami. Patrzył się na mnie z uśmiechem. Jego kędzierzawe włosy były mokre i jeszcze trochę kapały. Opadły mu bezwładnie, zakrywając oczy. Odgarnął je. Stał w samych dżinsach. Klatkę piersiową miał nawet dobrze umięśnioną.
   - Ubierz koszulkę – powiedziałam mimo woli.
   Sama poszłam się wykąpać. Gdy już to zrobiłam, to nie wiedziałam co ubrać. Szczerze mówiąc nie miałam żadnej ładnej piżamy. Posiadałam tylko jedną, która i tak była za mała. Najczęściej spałam w majtkach i jakiejś koszulce, ale czy mam tak do niego wyjść? Chyba nie mam innego wyboru. Ubrałam najdłuższą koszulkę jaką miałam i bokserki. Wysuszyłam włosy i wyszłam z łazienki.
   Leo siedział przy biurku. Miał w ręce jakiś zeszyt. Najpierw nie wiedziałam co to, ale gdy podeszłam bliżej, rozpoznałam go.
   - Zostaw to! – wyrwałam mu mój szkicownik. – Kto pozwolił Ci grzebać w moich rzeczach?!
   - Leżał na wierzchu – bronił się.
   - Mówiąc „na wierzchu” masz na myśli same dno szuflady?
   - Nie wiedziałem, że nie mogę. Tego nie było w zasadach – uśmiechnął się.
   Zacisnęłam zęby.
   - Dobrze. Więc oto czwarta zasada: nie grzeb w moich rzeczach!
   Schowałam z powrotem szkicownik do szuflady.
   - Powinnaś zostać artystką – odparł po chwili, gdy moja złość już trochę opadła. – Pięknie malujesz. Szczególnie ludzi.
   Obserwował mnie z zaciekawieniem. Spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam:
   - Nie powiesz mu.
   - Ja nic przecież nie widziałem – uniósł ręce w geście poddania.
   Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę. Wydaje mi się, że nie zrobiłby mi tego. Już od dawna malowałam Lou. Z każdej strony, z różnymi minami. Znałam jego twarz na pamięć. Tyle razy mu się przyglądałam…
   Moja złość już całkowicie opadła. Nie potrafiłam się na niego gniewać.
   Usiadłam na łóżku i westchnęłam.
   - Powiedz mu, co do niego czujesz.
   - Mówiłam.
   W oczach wezbrały mi się łzy.
   - Jest już późno. Powinnyśmy iść spać.
   Zgasił lampkę i położył się na kanapie, która teraz była nieco bliżej łóżka, niż poprzednio.
   Leżeliśmy chwilę w ciszy. Leo wystawił głowę zza podłokietnika i zapytał:
   - Pogadamy o czymś?
   Odwróciłam się w jego stronę. Włosy miał już suche.
   - A o czym chcesz pogadać?
   - Nie wiem… o wszystkim i o niczym.
   O czym moglibyśmy pogadać? Trudno tak wymyślić temat na poczekaniu. Jeszcze raz spojrzałam mu w oczy. Chyba mogę mu zaufać.

   - Zabiłam swojego ojczyma. Dlatego mam niebieskie oczy.


wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział 19

   Wiem, co sobie pomyślicie. Bryn, przecież mogłaś zatrzymać czas.
   No właśnie nie mogłam. Próbowałam i to nie jednokrotnie. Po prostu czułam pustkę w klatce piersiowej, jakby cała moc ze mnie uszła. Nie wiem czy tak było naprawdę, czy po prostu byłam zestresowana i nie potrafiłam myśleć logicznie.
   Wybiegliśmy z holu jak burza. Leo zamknął szybko drzwi i zakluczył je.
   Nie musieliśmy nic mówić. Wszyscy ruszyli biegiem za nami. Wyskoczyliśmy przez wybite okno i wskoczyliśmy do auta. Potwór tymczasem biegł z szaleństwem w oczach prosto na nas. Aya ruszyła z miejsca w ostatniej chwili, a rozpędzony potwór wbiegł do lasu.
   - Co to, do cholery było?!
   Nikt się nie odezwał.
   Aya nadal nabierała prędkości, ale nic już nas nie goniło. Nie wierzę. Sądząc po jego wzroku, tak łatwo nie odpuści.
   Przez chwilę słuchałam podenerwowanych oddechów. Byliśmy już na skraju miasteczka, jeszcze chwila i wyjedziemy z tej zasranej dziczy.
   Taa… jasne. Chciałabym.
   Jedyne co zdążyłam zauważyć to czerwone ślepia. Pchnął nas z całej siły w bok, a samochód przekoźlołkował i uderzył w jakiś drewniany płot, który z trzaskiem złamał się i upadł na ziemię pod naporem auta, które zgasło.
   Absolutna cisza. Potwora nie ma, nikt nie krzyczy, nikt nic nie mówi. Każdy wsłuchuje się nawet w najdrobniejszy szelest. Strach sparaliżował nasze ciała.
   Nagle ciszę przerwał skowyt. Przerażające wycie wilka. A potem odpowiedź drugiego. I jeszcze jednego.
   Było ich trzech. Wycie oznaczało wzywanie na polowanie. Najlepsze było to, że to my mięliśmy być kolacją. Spojrzeliśmy po sobie. Pokazałam głową w stronę najbliższego domu. Inni pokiwali potwierdzająco, a Sonia pokazała, że mamy być cicho. Każdy z nas otworzył drzwi samochodu najciszej jak umiał. Wszyscy ruszyli w stronę domu, rozglądając się na boki, w poszukiwaniu napastnika. Na szczęście drzwi były otwarte. Weszliśmy i zakluczyliśmy je. W środku wszystko było porozwalane, jakby ktoś pakował się w pośpiechu. Było tak ciemno, że idąc po omacku, uderzyłam się małym palcem od nogi w kant szafki. Bolało jak cholera, ale wydałam z siebie tylko ciche westchnienie, a i tak wszyscy spojrzeli na mnie.
   Usłyszeliśmy jak stwory niszczą nasze auto. Pewnie myślały, że jesteśmy w środku. Skoro są pół-wilkami, to czy nie powinni mieć dobrego słuchu? Albo węchu? Jedno było pewne: są silniejsi od nas.
   Colton pokazał, że mamy wejść w głąb domu. Wszyscy domyślili się, że najlepiej będzie, jeśli się ukryjemy. Dom był jednopiętrowy. Był naprawdę mały. Był tu tylko mały hol, salon, pokój z kuchnią i mała łazienka. Aya zmieściła się do małej szafki kuchennej. Colton poszedł do łazienki, pod prysznic (nie sądzę, aby była to dobra kryjówka). Sonia wsunęła się pod jednoosobowe łóżko, a Leo wlazł do szafy w salonie. Tak, a ja nie miałam się gdzie podziać. Chciałam wejść do Sonii, ale nie było miejsca, ponieważ stało tam wiele pudeł. W końcu Leo mnie przygarnął. W szafie było bardzo ciasno, ale jakoś się zmieściliśmy.
   Nagle coś walnęło w drzwi frontowe. Potem usłyszeliśmy wycie.
   Serce biło mi jak oszalałe. Tyle razy w ostatnim czasie mi groziło, ale ta śmierć byłaby najgorsza. Rozszarpanie przez człowieka-wilka.
   - O boże… - szepnęłam.
   - Cicho – skarcił mnie stojący obok Leo – bo usłyszy.
   Usłyszałam jak stwór drapie drzwi, a potem w nie wali. W końcu udało mu się wyłamać zamek.
   Wstrzymałam oddech. Spojrzałam w oczy Leonowi. Miał twardy wzrok i zaciśnięte zęby. Też wstrzymywał powietrze.
   Ciężkie kroki odbijały się echem od pomieszczeń. Albo mi się przesłyszało, albo słyszałam gardłowe warczenie.
   Potwory chyba się rozdzieliły. Jeden wszedł do sypialni. Z tej odległości słyszałam jak bije serce Sonii. Oczywiście serce Leo zagłuszało wszystko inne. Też straszliwie się bał, tak jak my wszyscy. W duchu błagałam, aby te głupie stwory nie miały dobrego słuchu. Aby choć coś w nich szwankowało.
   Potwór już chciał wyjść z sypialni, ale Sonia odetchnęła. Było to naprawdę ciche westchnienie, ale usłyszał.
   Coś chrupnęło, jakby łamane deski. Sonia krzyknęła. Chciałam wyjść z szafy, ale Leo szybko unieruchomił mnie w ciasnym uścisku. Zakrył mi usta ręką i nie mogłam ani mówić, ani się ruszać.
   - Już po niej…
   CO?! Nie, muszę ją uratować! Ale Leo trzymał mnie mocno… Nie mogłam się wyrwać.
   Z oczu pociekły mi łzy. Moja kochana Sonia…
   Leo poluzował ucisk. Wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową. Poczułam zapach cytryny.
   Ale zaraz… nadal słyszę bicie jej serca. Ona jeszcze żyje. Szarpnęłam się Leonowi i tym razem mnie puścił. Chyba też słyszał, że ona żyje.
   Po domu rozległ się głośny skowyt. Potwór wybiegł z sypialni na czterech nogach i wyskoczył przez okno.
   Sonia była żywa. Ale jak to zrobiła? Tym zajmę się później. Ważne było, że skowyt tamtego ściągnął do sypialni dwa pozostałe. Zmieniłam się w wilka i wyskoczyłam z szafy. Pognałam w stronę sypialni. Rzuciłam się na pierwszego człowieko-wilka. Wskoczyłam mu na plecy, wbijając ostre jak brzytwa pazury w jego ramiona, aby nie spaść. Wilczymi kłami wbiłam mu się w szyję. Polała się gęsta krew, a potwór zaskomlał. Sonia wpatrywała się w drugiego. Co ona robi?! Powinna walczyć! Zaraz, zaraz… Drugi stękał i po chwili nie miał sił stać na własnych nogach. Zaskomlał i zaczął się wycofywać. Gdy już był poza zasięgiem wzroku Sonii, po prostu uciekł. Tymczasem mój potwór zrzucił mnie z pleców. Zmieniłam się z powrotem w człowieka. Do sypialni wpadł Leo i przebił go grzebaczem do piecyka. Stworzenie zaskomlało jeszcze raz, po czym upadło na ziemię. Leo miał całą koszulkę we krwi, a ja całą twarz. Rzucił narzędzie na ziemię.
   Po chwili do sypialni wbiegła reszta. Ja siedziałam na ziemi, cała obolała, a inni z przerażeniem patrzyli na korytarz, gdzie przed chwilą wybiegł spłoszony potwór. Spojrzałam pytająco na Sonię.
   Ona uniosła lekko ramiona, a potem wzniosła oczy do góry, tak, że widać było tylko białka i upadła na ziemię.

   - Żyjesz? – spytałam.
   - Tak, chyba… - Sonia złapała się za głowę. – Co się dzieje?
   - Jedziemy do obozu.
   Ukradliśmy samochód. Tak w zasadzie to pożyczyliśmy. Wątpię, aby jego właściciel go szukał. Pewnie i tak już był martwy.
   Tym razem prowadził Colton. Leo, siedział obok niego, z przodu. Z tyłu, siedziałam ja i Aya, a Sonia leżała na środku trzymając głowę na moich kolanach.
    - Boże… - powiedziała Aya. – W obozie nikt nie wie co się dzieje. Trzeba powiedzieć panu Moore…
   - Tylko nie to – odparłam. – Błagam was, niech nikt nic nie mówi.
   Byłam pewna, że on za tym stoi.
   To znów się zaczyna, mówił naszyjnik.
   - Dlaczego? – spytał Leo.
   Ale jak ja mam im to wytłumaczyć?! Westchnęłam.
   Opowiedziałam im o wszystkim, zaczynając od tego jak ukradłam naszyjnik Łowcy. Opowiedziałam im również, jak widziałam śmierć tej dziewczyny Ruby i że widziałam pana Arthura.
   - Może to był jakiś jego krewny, który jest do niego podobny – tłumaczyła Aya.
   - Od dzisiaj jestem na sto procent pewna, że to był on.
   Myślałam, ze wyzwą mnie. Że jestem głupia i dałam się łatwo przekabacić na stronę złej Elizabeth. Ale nic takiego się nie stało.
   - Wierzycie mi?
   - Chyba tak – odparł Leo. – W historii o Dirige jest wiele niedopowiedzeń. Równie dobrze mogliby ją zmyślić. A te dzieciaki, które giną… Jednak z drugiej strony, to wszystko może być iluzją…
   Westchnęłam.
   - To co robimy?
   - Na razie utrzymamy to w tajemnicy, dla bezpieczeństwa – stwierdziła Aya. – Nie byliśmy w mieście i nic nie widzieliśmy.
   Wszyscy pokiwali w ciszy głowami. Colton zaparkował w dawnym miejscu i dalej ruszyliśmy lasem do obozu. Za każdym razem, gdy ktoś usłyszał jakiś szelest, podskakiwał ze strachu.
   - To dlatego zamknęli pracownię komputerową. Media pewnie huczą o tym miasteczku… - zamyślił się Colton.
   Doszliśmy do placu bojowego i rozstaliśmy się. Zaczynało już świtać, a ja nie miałam pojęcia, która to godzina. Wróciłam do domku, zmyłam krew i położyłam się do łóżka.
   Gdy wstałam, była już druga po południu. Ogarnęłam się i poszłam na obiad. Aya stwierdziła, że nie powiemy Neemie i Louisowi. Im mniej osób wie, tym lepiej. Poza tym, jeśli mam rację, nie potrzebnie narażalibyśmy ich na niebezpieczeństwo ze strony Arthura. Po obiedzie poszliśmy do biblioteki. Leo podsunął, że może tam coś znajdziemy na temat stworów. Wyciągnęliśmy kilka bestiariuszy z półek i zaczęliśmy je przeglądać szukając obrazka podobnego do tamtych monstrum. Wokół rozchodził się zapach starych książek. Niestety Aya wkrótce musiała iść. Nie powiedziała dlaczego, ale się domyśliłam. Była bardzo podekscytowana. Mam tylko nadzieję, że mu nic nie powie. Nie chciałabym, aby coś mu się stało. W końcu zaczęłam się nudzić. Pierwszy raz w życiu znudziło mnie przeglądanie książek.
   - Tu nic nie ma – powiedziałam. – Ciągle to samo… w każdej książce…
   - Cierpliwości – Leo się uśmiechnął. – Chyba Ci jej brakuje…
   Przewróciłam oczami.
   - Ej! Co to miało być?
   - Daj spokój, jestem zmęczona. Nie mam ochoty na dowcipy.
   - Jak sobie królewna życzy.
   - Tak, ze mnie taka królewna…
   Jeszcze przez chwilę przekomarzaliśmy się z Leo, gdy Colton odparł:
   - Chyba znalazłem…
   - Nareszcie – odparła Sonia. – Ci dwoje zaczęli mnie wkurzać.
   Uśmiechnęłam się.
   - Pokaż, co tam masz.
   Bestiariusz był stary. Miał skórzaną okładkę, a strony były żółte od starości. Pachniał niesamowicie. Na stronie, którą wskazywał Colton, widniał rysunek wielkiego stwora. Był dokładnie taki sam, jakiego widzieliśmy. Był zrobiony ołówkiem, ale jego ślepia lśniły czerwienią. Na drugiej stronie widniał napis: Lupus Informibus.
   - Co to znaczy? – zapytałam.
   - Lupus to po łacinie wilk – odparł Leo. - A informibus to chyba kształt. Wychodzi na to, że chyba wilkokształtny.
   Pod spodem widniał tekst opisujący zwierzę, ale wszystko było po łacinie. Tłumaczenie tego zajmie nam wieki. W końcu stwierdziliśmy, że poprosimy, aby Aya się tym zajęła. Podobno uwielbiała łacinę.
   Gdy opuściliśmy bibliotekę, było już ciemno. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, więc usiadłam nad ogniskiem. Długo sobie nie posiedziałam w samotności. Chwilę później przysiadł się Lou.
   - Hej – powiedział.
   - Hej…
   - Bryn… dlaczego mnie unikasz?
   Spojrzałam w jego morskie oczy.
   - Nie unikam…
   Jego twarz mówiła: na serio? Westchnęłam.
   - Czemu o to pytasz?
   - Bo nie chcę żeby tak było. Ja wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale bardzo głupio się czuję…
   - Nie, właśnie nie wiesz. A wiesz jak mi jest głupio? Za każdym razem, gdy jesteś przy mnie, to czuję, że się zaraz spalę ze wstydu… A najgorsze jest to, że kiedy widzę Cię z Ayą, to czuję ogromną zazdrość. A naprawdę lubię Ayę i nie chcę jej czuć. Ja rozumiem, że nie czujesz tego samego, ale proszę Cię. Nie pogarszaj sprawy. Daj mi trochę odetchnąć… Myślisz, że od razu mi przejdzie?
   - Bryn… - położył mi rękę na plecach.
   - Nie rób tak – odsunęłam się. – Na razie zostaw mnie w spokoju… - wstałam od ogniska i poszłam na plażę.
   Weszłam na pomost i spojrzałam w dal. Zdjęłam buty i skarpetki, i zamoczyłam nogi w wodzie. Zamknęłam oczy i zaczęłam oddychać świerzym powietrzem. Nawet nie poczułam, że łzy ciekną mi po policzkach.

   Dlaczego to wszystko musi być takie trudne? Dlaczego nie mogę pstryknąć palcami i sprawić, że wszystkie smutki i zmartwienia znikną?


Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Jeśli czytasz, to proszę, zostaw po sobie komentarz :)
Usuwam zakładkę "W następnym rozdziale..." bo czasami jest tak, że wpadnę na coś lepszego, a potem muszę się dostosować do tego, co już napisałam. W nagrodę mogę stworzyć zakładkę Q&A. Co wy na to?