piątek, 23 stycznia 2015

Witajcie!

Postanowiłam zadać wam kilka pytań dotyczących mojego bloga. Prosiłabym, aby każdy kto go czyta, odpowiedział na nie. A oto one:

1. Czy moje rozdziały są za długie lub za krótkie? Jeśli będą krótsze, to będą się częściej pojawiać, ale będzie również mniej treści.

2. Czy twoim zdaniem opowieść jest zbyt zagmatwana lub pospolita?

3. Czy podoba ci się pomysł abym wstawiała zdjęcia lub gify do postów?

4. Czy zmieniłabyś/zmieniłbyś coś w moim opowiadaniu lub blogu?

5. Myślałam, aby w kolumnie ustawić "TOP KOMENT". Pojawiłby się tam nazwy osób, które najczęściej komentują moje posty wraz z linkami do ich blogów. Czy to dobry pomysł?

6. Myślałam również, aby w kolumnie ustawić "W następnym rozdziale...". Pojawiłby się tam kawałek tekstu, który pojawi się w następnym poście. Uważacie, że to dobry pomysł?

7. Chciałabym utworzyć również stronę, gdzie moglibyście zadawać pytania. Mogą one dotyczyć bohaterów, albo nawet mnie. Będziecie mogli pytać o wszystko, nawet głupie rzeczy typu: Ile masz lat? Odpowiem na wszystkie oprócz typu: Jak dalej potoczy się akcja?, bo tego dowiecie się w następnych rozdziałach. Czy chcielibyście, abym zrobiła coś takiego?

Jest to tylko siedem pytań i mam nadzieję, że na nie odpowiecie. I mam jeszcze jedno pytanie, które muszę zadać.

Czy interesują Cię greccy bogowie?

Ostatnio mam na to jazdę i nawet zastanawiam się, czy nie pisać opowiadania o córce jednego z bogów lub bogiń. Najpierw jednak muszę dokończyć tą historię, co zajmie mi jeszcze trochę czasu, więc nie bójcie się! Chciałabym tylko wiedzieć, czy czytalibyście taką historię i córką jakiego boga miałaby być ta bohaterka.

Dziękuję za wszystkie komentarze. One naprawdę sprawiają, że człowiek chodzi cały uradowany.




niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 15



   - Ktoś wczoraj wieczorem wył. Słyszeliście? – spytała Aya. – Biedactwo. Słychać było, że cierpi…    Wiecie kto to?
   Wszyscy pokiwali przecząco głowami. Wpatrywałam się w pustą już miskę z płatkami.
   - No nic… - powiedział Colton. – Bryn, chętnie oprowadzę Cię po obozie.
   Spojrzałam mu w oczy, ale nie mogłam odkryć jego zamiarów.
   - Dziękuję, ale Aya już to zrobiła – spojrzał na nią. Jego twarz nie wyrażała emocji. - Poza tym, Sonia i Louis są tu od dwóch dni, więc poradzę sobie.
   - Jednak gdybyś czegoś potrzebowała to mnie znajdź. Pomogę ci – prawie przez cały czas patrzył na Ayę, dopiero pod koniec zdania spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
   Uśmiechnęłam się sztucznie.
   - Masz taką gwarancję.
   Niech zgadnę. Myśli, że u nowej ma szansę?
   Wstałam od stołu, a Aya powiedziała:
   - W szkole, po prawej stronie jest sekretariat. Musisz zostawić tam swoją komórkę, w zamian dostaniesz koszulkę.
   Kiwnęłam głową i wyszłam z jadalni. Nie zdążyłam przejść nawet kilku kroków, gdy usłyszałam:
   - Zaprowadzę Cię.
   - Dlaczego tak bardzo tego chcesz? – spytałam. – Nie masz u mnie szans – nie mogłam się powstrzymać.
   - Jeszcze zobaczymy… - przez resztę drogi Colton się nie odzywał.
   Gdy znaleźliśmy się przed szkołą, otworzył mi drzwi. Mimo swojej nachalności był nawet miły. W środku szkoła była pomalowana na niebiesko. Skręciłam w prawą stronę i zobaczyłam drewniane drzwi z napisem „sekretariat” już chciałam zapukać, ale Colton zrobił to za mnie, a potem otworzył drzwi.
   Na środku małego, prostokątnego pomieszczenia stało duże, dębowe biurko, za którym siedziała drobna blondynka. Wzdłuż prawej ściany stały półki. Na lewej znajdowało się duże okno z brązowymi zasłonami. Ściany były tu pomarańczowe, a na podłodze leżała brązowa wykładzina.
   - Dzień dobry – powiedziałam i blondynka dopiero teraz zwróciła na nas uwagę. – Jestem Brynel Case. Przyszłam oddać komórkę.
   Pokiwała głową i pokazała, że mam podejść. Podałam jej mój telefon, a ona wyjęła zza biurka bluzkę obozu. Podziękowałam i ruszyłam do wyjścia. Myślałam, że coś powie, ale nic nie usłyszałam, więc rzuciłam na pożegnanie „dowidzenia” i wyszłam. Po krótkiej chwili Colton powiedział:
   - Pewnie zastanawiasz się, dlaczego nic nie powiedziała? Nie ma języka, ale nikt nie wie dlaczego.
   Spojrzałam na niego. Pewnie przez Łowców. Wyszliśmy z budynku szkolnego i stanęłam na schodach, zastanawiając się co mam teraz zrobić. Odetchnęłam świeżym powietrzem.
   Już wiem. Aya mówiła, że w sali zainteresowań każdy znajdzie coś dla siebie. Ruszyłam w tamtą stronę, a Colton za mną.
   - Dasz mi trochę odetchnąć? Nie potrzebuję eskorty, Colton.
   Spojrzał na mnie i powiedział:
   - Jeszcze dziś się spotkamy – odszedł.
    Nareszcie…
   Stanęłam przed dużym budynkiem, wciągnęłam powietrze i pchnęłam duże drzwi.
   Rozejrzałam się po ogromnym, kolorowym pomieszczeniu. Na wszystkich ścianach widniały rozmaite obrazy, tak samo jak na podłodze. Z prawej strony znajdowały się trzy pomieszczenia, w których młodzież grała na różnych instrumentach. Na samym środku stał ogromny stół, na którym leżały różne duperele. Po drugiej stronie drzwi, pod ścianą stał drugi stół, były tam również różne drobiazgi. Po prawej stronie, w kącie, zauważyłam sztalugi ustawione w wielkim kole. Było ich pięć. Dwie były zajęte. Obok na stole leżały wszystkie potrzebne przyrządy do malowania. O ścianę opierały się różnej wielkości płótna.
   Ruszając w tamtą stronę, zauważyłam, że na jednym ze stołów leżą różne mechanizmy. Aya miała rację. Znajdę tu dosłownie wszystko. Podeszłam do stołu dla malarzy, założyłam kolorowy fartuszek, wzięłam farby i pędzle, i podeszłam do jednej ze sztalug. Chwyciłam małe płótno.
   Hmm… Co mogłabym namalować? Wcześniej malowałam w większości wilki, ale teraz…
   Chyba namaluję jakieś pomieszczenie. Wzięłam czarny kolor na pędzel i namalowałam kąt. Pomieszczenie… to byłoby zbyt proste. Namaluję postać. Najpierw kontury. Kobieta… naga kryje się w kącie… zakrywa swoje ciało. Cierpi. Łzy leją się z jej oczu. Jedną z rąk trzyma na policzku. Jej brązowe włosy spływają na nagie ramiona.
   Spojrzałam na swój obraz. Tło było białe, więc był jakiś taki bez wyrazu. Już wiem. Zamaczałam pędzel w czerwonej farbie.
   Krew. Dużo krwi. Na całym jej ciele. Na ręce i policzku. Na udach, na brzuchu, nawet na stopach. Siedzi, a pod nią zbiera się kałuża.
   Tak. Zdecydowanie nabrał wyrazu, tylko… dlaczego akurat kobieta cała we krwi? To mogłoby być cokolwiek.
   Odeszłam dwa metry. W tej kobiecie było coś znajomego.
   - To ty? – usłyszałam.
   Dopiero teraz dostrzegłam podobieństwo. Mój nos, moje oczy, moje usta, nawet sylwetka…
   Odwróciłam się. Za mną stał Leo, jak dobrze pamiętam jego imię. Wpatrywał się w obraz.
   - To ty wczoraj wyłaś, prawda? – spojrzał na mnie przenikliwymi oczami.
   Zdziwiłam się.
   - Skąd…?
  Uśmiechnął się szelmowsko. Z burzą kędzierzawych włosów, rozbieganymi oczami i tym uśmieszkiem wyglądał naprawdę zabawnie.
   - Domyśliłem się. Jestem niezwykle inteligentny.
   Przyjrzałam się mu. Bardzo dziwnie wyglądał.
   - Ćpałeś?
   Zaczął się śmiać.
   - Dlaczego każdy o to pyta?
   - Bo tak wyglądasz – odparłam bez ogródek.
   - Dzięki – powiedział. – Wiem, że jestem przystojny.
   Nie potrafiłam się nie zaśmiać. Jego zachowanie mnie bawiło.
   - Zaraz obiad. Lepiej zanieś go do pokoju, bo ktoś go zniszczy. Mamy tu wiele agresywnych osób.
   - Obiad? – spytałam. – Już? Przecież przed chwilą było śniadanie.
   - Tak. Jakieś pięć godzin temu.
   Aż tak długo malowałam? Tak, to prawda, że co chwilę coś poprawiałam, nakładałam kolejne kolory, chwilę czekałam aż ciało kobiety wyschnie, aby namalować krew, ale zajęło mi to aż tyle czasu?
   Leo uśmiechnął się znowu i odszedł.
   Westchnęłam, wzięłam zamalowane płótno i zaniosłam je do mojego domku. Gdy weszłam do jadalni, prawie wszystkie miejsca były zajęte. Na szczęście znalazło się jedno miejsce obok Sonii. Usiadłam i uderzyły mnie rozmaite zapachy mięsa. Wszyscy już jedli. Zobaczyłam, że obok Leo siedzi jakaś dziewczyna. Miała kasztanowo-rude włosy i jasną cerę. Przedstawiła mi się jako Becky. Miała na sobie modne ubrania, siedziała wyprostowana i uśmiechała się co chwilę do Leo, ale najwyraźniej inni jej nie interesowali. Zjedliśmy obfite obiady składające się z frytek, schabu i przepysznej sałatki z kapusty pekińskiej, gdy nagle Neema zapytał:
   - Zbieramy się dzisiaj przy ognisku?
   - Chyba beze mnie – powiedziała Becky. – To nie moje klimaty. Nie bawi mnie brzdękanie na gitarze i śpiewanie frajerskich piosenek. Wolę pomalować sobie paznokcie, schodzi mi lakier.
   Od razu widać, że ma wiele wspólnego z Sonią.
   - Masz jakiś lakier? – zapytała Sonia. – A ja wszystkie zostawiłam w domu…
   - Pożyczę Ci.
   Pogrążyły się w temacie.
   - A ty, Bryn? – spytał Colton.
   Ugh…
   - Ja chyba sobie podaruję…
   - No weź… Zobaczysz, będzie fajnie – namawiała mnie Aya.
   Spojrzałam się na nią. Miała nadzieję w oczach, które mówiły: „Proszę, proszę, proszę…”
   Zgodziłam się. A co innego mogłam zrobić?

***

Come on please close your eyes now
Just close your eyes and open your mind
And please don't look at me now
And feel the sky on your hands

   Leo brzdąkał na gitarze, a każdy po kolei śpiewał piosenkę. Słowa były piękne. Mogłabym słuchać jej w kółko. Gdy zapytałam, czy sami ją wymyślili, Colton powiedział, że gdzieś ją kiedyś usłyszeli i wpadła im w ucho. Refren był najładniejszy:

And I hope somewhere you hear me still
Wherever you are, whatever you feel
And I hope somewhere you hear me still*

   Atmosfera była niesamowita. Księżyc świecił jasno, tak samo jak gwiazdy. Siedzieliśmy na ławkach wokół ogniska, nasze twarze były oświetlone przez ogień. Wszyscy bujali się w rytm piosenki. Chłopcy grali jeszcze parę fajnych utworów, jak mówili tego samego zespołu. Potem przeszli na weselszą nutę i zaczęły się szaleństwa. Śpiewaliśmy piosenki, które wszyscy znają. W końcu wszyscy stali wokół ogniska i tańczyli.
   Leo nie powiedział nikomu, że to ja wyłam. Tak wywnioskowałam z zachowania innych. Niestety Sonii nie było z nami. Malowała paznokcie z Becky. Lou za to bawił się w najlepsze. Co chwilę spoglądałam w jego stronę. Bardzo szybko nawiązywał nowe przyjaźnie. Rozmawiał i śmiał się z Ayą. Lubię Ayę, ale…. Zrobiło mi się strasznie przykro. Co ona ma takiego w sobie, czego nie mam ja?
   Niedziela minęła spokojnie. Do czasu. Gdy otworzyłam szafkę, znów znalazłam tam ten naszyjnik.    Ten z wilkiem.
   Elizabeth Jana Dirige.
   Hmmm…
   - Kto to jest Elizabeth Jana Dirige? – spytałam na kolacji.
   Spojrzeli po sobie.
   - Nie wiesz? – spytał Neema. – To pierwsza wilkokrwista, która sprzeciwiła się Artemidzie, rozumiesz? Zginęli wtedy prawie wszyscy wilkokrwiści.
   - Kto to Artemida? – spytała Sonia.
   - Ludzie! Skąd wy się wzięliście?! – Colton złapał się za głowę.
   - Artemida to nasza bogini – odparł Lou.
   - Ale Artemida to przecież jedna z bogiń olimpijskich – powiedziałam. – Kiedyś bardzo interesowałam się mitologią.
   - Tak, ale to nie są mity – wyraz twarzy Ayi wskazywał, że mówi poważnie.
   - Chcecie mnie teraz wrobić, tak?
   Aya przecząco pokiwała głową.
   - Nie zdziwiło Cię, że we wszystkich mitach zawsze towarzyszyły jej wilki? Artemida stworzyła zastęp Łowczyń, które pomagają jej w łowach. W rzeczywistości to Łowczynie same w sobie są wilkami. Artemida jest naszą panią. Jest boginią łowów i księżyca.
   Nastąpiła krótka cisza.
   - Dirige była żądną władzy suką – odparł Neema. - Myślała, że pokona naszą boginię. Utworzyła nawet swoją armię sprzymierzeńców, a uwierz mi, miała dar przekonywania. Gdy wiedziała, że przegra, przy pomocy czarodzieja, stworzyła naszyjnik, który miał opętać osobę, która go nosi. Niestety zaginął wiele lat temu.
   - To bujdy – odparł Colton.
   - Wcale nie.
   - Jesteś dziecinny.
   Leo westchnął.
   - Każdy ma jakieś wady. Ja na przykład jestem zabójczo zabawny i szaleńczo przystojny. Hmm… ociekam również zajebistością.
   Atmosfera od razu się rozładowała. Na twarzach moich przyjaciół pojawiły się promienne uśmiechy. Ja jednak nadal byłam zaniepokojona. Nosiłam ten naszyjnik wcześniej, ale nie czułam nic dziwnego… Chyba, że…
   Eric. Gdy go zabiłam, czułam się taka silna. Wyzwolona. Czy… czy to były jej uczucia?
   Leo udawał urażonego.
   - No co, to prawda…
   - Taa, jasne chwalipięto – Colton zmierzwił włosy Leonowi.
   Nagle zauważyli, że mnie to wcale nie bawi.
   - Coś się stało? – spytała Sonia.
   Spojrzałam po kolei na każdego. Przyglądali mi się z zaciekawieniem. Pokiwałam głową przecząco. Nie mogłam im powiedzieć.

   Następnego dnia był poniedziałek i oczywiście lekcje zaczęły się o ósmej. Dowiedziałam się, że większość naszych lekcji to samoobrona, walka wręcz, posługiwanie się mocami oraz walka bronią. Te lekcje odbywały się na dworze, na tak zwanym „polu bitewnym”. Reszta to historia wilkokrwistych i jeszcze takie podstawowe jak matematyka itp.
   Idąc aleją między domami, spojrzałam na plan lekcji. Pierwsza moja lekcja dzisiaj to walka wręcz. Droga na plac bojowy znajdowała się między łazienkami, a domkiem Elementarnych. Dotarłam do dużego placu całego w trawie. Niektórzy walczyli już na pięści, inni próbowali się bronić. Po lewej stronie znajdował się stojak z bronią. Były tam różnej wielkości noże, łuki i jakieś dziwne czarne rurki ze srebrnym paskiem pośrodku. Zastanawiałam się do czego służą, gdy Sonia przywołała mnie do siebie.
   - Dziś walczymy bez broni.
   - Brynel Case, tak? – usłyszałam za plecami.
   Odwróciłam się i zobaczyłam ciemnoskórego, siwego mężczyznę. Ubrany był swobodnie. Miał za sobie dresy i bokserkę. Jego twarz miała łagodne rysy, a w oczach widać było opanowanie i spokój.
   Kiwnęłam głową.
   - Jestem Neil Reno i uczę was walki wręcz. Najpierw musimy Cię nauczyć podstaw. Na początku popracujesz ze mną, ale później przydzielę kogoś do ciebie.
   Pokiwałam niepewnie głową.
   - Uwierz mi. Każdy znajduje tu swoje miejsce.
   Uśmiechnął się i zaczął tłumaczyć mi, jak mam stawiać nogi, gdy dojdzie do walki wręcz.




*Słowa piosenki Fismoll – Let’s play birds

Każdy komentarz jest jak balsam dla mej duszy. Pozostawcie po sobie pamiątkę. Z góry dziękuję!

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 14

   Widziałam białe światło przebijające się przez powieki. Czy ja umarłam? Ostatnie co widziałam, to Louisa w postaci wilka, rzucającego się na Nate’a. A potem ciemność i wreszcie brak bólu.
   Nie, nie umarłam. Nadal czuję moje ociężałe ciało. I ucisk w piersiach. Czy ja leżę na brzuchu? Poruszyłam ręką i poczułam miękki materiał. Łóżko? Podniosłam zaspane powieki. Najpierw jasne światło uderzyło mnie, jednak później stopniowo przyzwyczajałam wzrok i w końcu byłam w stanie dostrzec niebieską kotarę zawieszoną na metalowym szkielecie, stojącą około dwa metry od łóżka. Nad moją głową znajdowało się duże okno. Ściany były pomalowane na karmelowy kolor, za to podłoga była czekoladowa.
   Jęknęłam. Lou kiedyś mówił, że pod żadnym pozorem nie możemy tu trafić, bo ktoś się dowie, więc jakim sposobem się tu znalazłam? Ugh… myślenie boli.
   Zrobiło mi się trochę duszno. Spróbowałam unieść się na rękach, jednak rana na plecach dała się we znaki. Przewróciłam się na lewy bok. W drugim końcu Sali usłyszałam ciche jęczenie. Potem kroki i jakieś szepty. Wytężyłam słuch. Nic. Czyżby moje zmysły zawodziły? Kroki stały się głośniejsze, a moje serce przyspieszyło. Mój oddech stał się płytki i urywany. Osoba do której należały te kroki była już bardzo blisko, tuż za kotarą. Nagle ją zobaczyłam i całe przerażenie uleciało z jednym wydechem.
   - Ooo… Już się obudziłaś – powiedziała uśmiechnięta czarnoskóra dziewczyna. Była w moim wieku lub ciut starsza. Miała na sobie strój pielęgniarki. – Jestem Aya. Jestem stażystką w naszym szpitalu. Czy czegoś potrzebujesz… - spojrzała na tabliczkę zawieszoną na łóżku - …Brynel?
   - Bryn… - odparłam. – Mów mi Bryn. Czy mogłabyś otworzyć okno?
   - Tak – odparła i wykonała polecenie.
   Gdy to zrobiła usłyszałam odgłosy walki i szczęk metalu uderzanego o metal.
   - Gdzie jesteśmy? – spytałam.
   Uśmiechnęła się, pokazując białe jak śnieg zęby.
   - Jesteśmy w obozie wilkołaków. Pan Moore chciał, abyś uczyła się w naszej tajnej bazie, ale jak się okazało, ona wcale nie jest taka tajna. Napadnięto nas – westchnęła. – Uznał, że bezpieczniejsza będziesz tutaj.
   Kiwnęłam lekko głową.
   - Co to za odgłosy?
   - Nasi uczniowie uczą się walki i obrony na placu bojowym. Uczymy ich walczyć na różne sposoby. W niektórych momentach nóż czy łuk jest bardziej przydatny niż pazury.
   Usłyszałam, że ktoś otworzył drzwi, a chwilę później do mojego łóżka podszedł pan Arthur w granatowym garniturze.
   - Witaj Brynel. Jak się czujesz?
   - Jakby mnie przejechał tramwaj – odparłam, a on się zaśmiał.
   - Panno Rand – zwrócił się do stażystki. – Zostawisz nas na chwilę samych?
   - Oczywiście – odparła i odeszła.
   Poczekał, aż zamknie za sobą drzwi.
   - Brynel. Nie będę owijał w bawełnę. Jak już pewnie wiesz, rany wilkołaków goją się bardzo szybko i nie ma po nich śladu.
   - Tak… - odparłam próbując podtrzymać się na łokciach, ale bez skutku. Cała prawa strona pleców paliła mnie żywym ogniem.
   - No więc… Twoja rana była bardzo głęboka, a w takich przypadkach… zostają blizny.
   Przełknęłam ślinę. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
   - Czyli… czyli będę miała blizny? Ale to niemożliwe, miałam już rany i wszystkie zagoiły się bez najmniejszej przeszkody…
   - Tak, ale tamte nie były tak poważne.
   Westchnęłam. Koniec z prześwitującymi bluzkami, koniec z krótkimi bluzkami, koniec z bikini… Poczułam w oczach łzy. Od teraz moje ciało będzie szpecić ogromna blizna świadcząca o mojej słabości.
   - Twoi przyjaciele chcieli się z tobą zobaczyć. Wpuścić ich?
   Pomyślałam o wściekłym wilku, który rzucił się na Łowcę.
   - Nic im nie jest?
   - Nie, Louis ma tylko parę zadrapań, Łowcy jednak udało się uciec. Zaraz ich tu przyprowadzę.
   - Nie – odparłam szybko. – Chcę zostać sama. I mam jeszcze jedno pytanie… Czemu strasznie bolą mnie plecy? Kiedy ta rana wreszcie się zagoi?
   - Do wieczora wszystko powinno być w porządku. Jeśli będziesz się dobrze czuła, to Cię wypuścimy.
   - A… jak… jak duża jest ta rana? – spytałam o to, ponieważ nie mogłam wierzyć bólowi, który co chwilę się rozprzestrzeniał.
   - Biegnie od prawego pośladka aż do połowy łopatki.

   Wieczorem wypuścili mnie ze szpitala. Aya była dla mnie bardzo miła i zaproponowała, że oprowadzi mnie po obozie. Oczywiście zgodziłam się. Gdy przyszła po mnie do szpitala, była już przebrana. Miała na sobie dżinsy i granatową koszulkę z napisem: „Werewolves Camp” w kolorze księżyca. Swoje długie, kręcone włosy zostawiła rozpuszczone.
   - Fajna koszulka – odparłam.
   - Dzięki – uśmiechnęła się – też taką dostaniesz. To tak jakby nasz znak, ale nie będziesz musiała jej nosić.
   Wyszłyśmy z budynku szpitalnego i jak się okazało był strasznie mały. W zasadzie składał się tylko z jednej sali i zaplecza. Był cały z drewna.
   Moim oczom ukazał się ogromny plac. Na jego środku znajdowało się ognisko, przy którym siedziało paru chłopców. Skręciłyśmy w lewo i po paru krokach Aya kazała mi spojrzeć w głąb lasu. Znajdował się tam niewielki, dwupiętrowy, również drewniany budynek. Oświetlały go dwie pochodnie zawieszone przy wejściu. Tam mieszkali nauczyciele. Kolejny budynek, o wiele większy od poprzedniego, to było miejsce naszej nauki. Był wielki i nawet przypominał typową szkołę. Zauważyłam, że oprócz niego reszta budynków była zrobiona z drewna. Aya powiedziała, że później oprowadzi mnie po szkole. Następny budynek to były wspólne łazienki. Oczywiście były podzielone na damskie i męskie. Następnie była jadalnia. Potem stanęłyśmy przy wąskiej drużce i Aya powiedziała:
   - Ona prowadzi do jeziora. Jest tam plaża i pomost. Uwielbiam tam chodzić i myślę, że ty też polubisz. Po drugiej stronie jeziora rozciąga się piękny krajobraz.
   Ruszyłyśmy dalej, gdy nagle ktoś zawołał:
   - Aya! Wszędzie Cię szukaliśmy! Chodź do nas!
   Odwróciłam się i zobaczyłam ciemnoskórego chłopaka siedzącego z grupką kolegów przy ognisku. Machał do nas.
   - Później! – krzyknęła Aya. – Teraz nie mogę.
   - Jak chcesz to idź – odparłam automatycznie.
   - Nie, no coś ty… - powiedziała. – Spędzam z nimi wszystkie wieczory. Ten co krzyczał to mój brat Neema. A obok jego zgraja. Ooo… A to jest sala zainteresowań – wskazała na duży, ale prosty budynek. – Na pewno znajdziesz tam coś dla siebie. Jest tam dosłownie wszystko: od pędzli i farb, poprzez instrumenty różnego rodzaju, aż po jakieś mechanizmy i bóg wie co jeszcze… A tam jest sala komputerowa - wskazała palcem na mniejszy budynek, w którym paliły się wszystkie światła. – Ale trudno się tam dostać. Niestety, ale mamy tu zakaz używania urządzeń elektrycznych. To jest nasze jedyne połączenie ze światem zewnętrznym – uśmiechnęła się – komórkę też będziesz musiała oddać. A teraz zwiedzimy część mieszkalną – pociągnęła mnie z powrotem w stronę jadalni.
   Nie wiem dlaczego, ale przy niej czułam się wesoła.
   Przeszłyśmy między jadalnią i łazienkami. Byłyśmy teraz na dużej alei. Z prawej strony znajdował się duży budynek należący do Adfectusów. To byli Ci, którzy zajmowali się uczuciami. Z drugiej strony mieszkali Elementarni zajmujący się żywiołami. Na wprost byli Effiricorzy, którzy posiadali moc związaną z rzeczami. Aleja skręcała i tuż obok stał budynek dla uczniów, którzy jeszcze nie odkryli swojej mocy. Po drugiej stronie mieszkali Corpusi. Mieli moce związane z ciałem. Ten budynek był już znacznie mniejszy niż poprzednie. Obok był budynek dla osób, które nie kwalifikują się do żadnej z powyższych grup. Pewnie będę w nim mieszkać… a jednak nie. Między nim, a budynkiem dla nieodkrytych znajdowała się mała chatka. Należała do Tempusów. Gdy zapytałam się Ayi dlaczego mój „typ” ma oddzielny domek, odpowiedziała:
   - Z tego co wiem, to jakiś potężny Tempus zażądał, aby ludzie podobni do niego mieli oddzielny dom. A, że jest was bardzo mało to dom jest na jedną osobę. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, abyśmy przyjęli dwóch Tempusów na raz.
   Rozmawiałam jeszcze chwilę z Ayą i dowiedziałam się, że obóz liczy około sto dwadzieścia osób. Aya jest bardzo dobrym człowiekiem. Nie dość, że pomaga w szpitalu, to jeszcze jest przewodniczącą i ma wiele pracy na głowie.
   Weszłam do mojego domku i zobaczyłam, że w szafach są już moje ubrania. Dom sam w sobie nie był wyjątkowy. Taki typowy pokój letniskowy. Ale miał ogromny plus – własną łazienkę.
   Rzuciłam się na łóżko i próbowałam zasnąć. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam.
   - Bryn! Już wyszłaś! – Sonia rzuciła mi się w objęcia.
   Zapiekły mnie plecy, ale nic nie mówiłam.
   - Pan Arthur nie chciał nas do ciebie wpuścić. Mówił, że musisz odpoczywać… - odsunęła się ode mnie i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że się zmieniła.
   - Przefarbowałaś włosy?
   - Tak! – Sonia podskoczyła. – Jestem teraz śliczną brunetką – zakręciła kosmyk włosów na palec.
   Usiadłyśmy na niewielkiej kanapie, która stała obok łóżka.
   - Ładnie tu masz – odparła Sonia. – Mi trafił się pokój z współlokatorką. Na razie wydaje się w porządku. Nazywa się Eve. Nasz pokój jest mniej więcej tej samej wielkości. Tylko, że stoją tam dwa łóżka i jest mniej miejsca.
   Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, po czym Sonia poszła do siebie, ponieważ zaczynała się cisza nocna. Przebrałam się w moją piżamę i już chciałam położyć się spać, gdy nagle naszła mnie pewna myśl. Blizna nie może być aż tak wielka.
   Stanęłam przed lustrem i zdjęłam bluzkę. Odwróciłam się i spojrzałam na plecy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mówił serio. Wzdłuż moich pleców znajdowało się czerwone wypuklenie. Widać było, że nie zrobiło go ostrze, ponieważ było grube i widać było, że skóra była w tym miejscu postrzępiona. Rana najgrubsza była w miejscu, gdzie wbił mi się konar. Wyżej robiła się coraz cieńsza, aż całkiem znikła na prawej łopatce. Przejechałam po tej linii palcem. Blizna była gorąca.
   Ubrałam z powrotem bluzkę i usiadłam na łóżku. Oparłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach. Klatka piersiowa zaczęła mi drgać, a z oczu poleciały mi łzy.
   Dlaczego? Przecież myślałam, że będę szczęśliwa jako wilkołak. Najwyraźniej się myliłam. Co ja sobie w ogóle myślałam idąc do lasu sama w nocy? Teraz w głowie krążyła mi jedna myśl. Zabiję go. Chcę czuć jego krew na swoich pazurach. Chcę widzieć jak krztusi się krwią. Chcę widzieć jak cierpi. Chcę jego bólu.
   Czułam jak rozpiera mnie gniew. Zebrałam go i umieściłam w jednym żałosnym wyciu, które wyrwało się z moich ust. Gdy już skończyłam, zdałam sobie sprawę, że była to obietnica, którą mu złożyłam. Nieważne gdzie i nieważne kiedy, ale gdy go spotkam, położę kres jego marnego życiu.
   Po chwili zwinęłam się w kulkę pod kołdrą i zasnęłam.
  
   Rano związałam włosy w kitek i poszłam do jadalni. Była ósma w sobotę, ale jadalnia nie była pełna. Była bardzo przytulna. Był tam tylko jeden ogromny, długi stół, przy którym siadali uczniowie. Trochę jak w Harrym Potterze, tylko, że zamiast ławek były tu krzesła. Trochę inaczej ją sobie wyobrażałam, ale to przerosło moje oczekiwania. Jadalnia wyglądała bardzo nowocześnie, pomimo ogromnego kominka stojącego pośrodku jednej ze ścian. Na pewno zmieściłabym się do niego bez najmniejszego problemu. Na stołach znajdowały już się wszystkie produkty potrzebne do przygotowania obfitego śniadania.
   Znalazłam Sonię oraz Lou i usiadłam obok nich.
   - Dzień dobry – odparłam.
   - Hej – odparli jednocześnie
   - Jak się czujesz? – spytał Louis.
   Strasznie bolą mnie plecy, poza tym wczoraj pierwszy raz zawyłam w ludzkiej postaci, co chyba odebrało mi resztki sił. W nocy co chwilę się budziłam i nadal jestem śpiąca. Jedyne o czym myślę to śmierć Nate’a.
   - Dobrze – skłamałam, nie patrząc mu w oczy.
   - O, cześć Bryn – usłyszałam za plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam Ayę. Usiadła obok mnie. – Louis, Sonia miło was widzieć.
   Zaczęłam nasypywać sobie do miski czekoladowych płatków, które przed chwilą wypatrzyłam.
   - Znacie się? – spytałam zdezorientowana.
   - Tak, twoi przyjaciele codziennie przychodzili, żeby Cię zobaczyć. Musiałam im jednak odmawiać. Twoja rana długo się goiła.
   Zdziwiłam się.
   - To ile ja tam leżałam?
   - Trzy dni – usłyszałam głos Lou.
   Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Ciszę przerwał głos, który gdzieś już słyszałam:
   - Hej – odparł ciemnoskóry chłopak, który usiadł naprzeciw Ayi. Był to prawdopodobnie jej brat. Obiegł wszystkich wzrokiem i zatrzymał się na mnie - Jestem Neema.
   - Bryn – odparłam.
   - To ty jesteś tą, która…
   - Neema! – zganiła go Aya, ale jej nie posłuchał.
   - …jest Tempusem?
   - Najwyraźniej – odparłam przełykając ślinę.
   Wlałam sobie do miski gorące mleko, nie patrząc na nikogo.
   - …nie debilu, to nie tak…
   Podniosłam wzrok. Naprzeciwko mnie usiedli dwaj chłopcy. Pierwszy był Latynosem o kędzierzawych, brązowych włosach. Miał nieco spiczaste uszy, a na jego ustach gościł łobuzerski uśmiech. Jego oczy sprawiały wrażenie, jakby przesadził z kofeiną. Za to drugi chłopak miał bladą twarz i niebieskie, wręcz szare oczy. Był brunetem o prostych włosach. Chyba był trochę starszy ode mnie. Miał wydatne kości policzkowe i coś w jego twarzy budziło we mnie niepokój.
   - Bryn, to jest Leo –  Aya wskazała na Latynosa – a to Colton – pokazała tego drugiego.
   Colton uśmiechnął się do mnie.
   - Witaj w obozie wilkokrwistych.

Od autorki: Zaszły zmiany w zakładce BOHATEROWIE. Znajduje się tam również plan obozu, który własnoręcznie wykonałam. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)