sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 14

   Widziałam białe światło przebijające się przez powieki. Czy ja umarłam? Ostatnie co widziałam, to Louisa w postaci wilka, rzucającego się na Nate’a. A potem ciemność i wreszcie brak bólu.
   Nie, nie umarłam. Nadal czuję moje ociężałe ciało. I ucisk w piersiach. Czy ja leżę na brzuchu? Poruszyłam ręką i poczułam miękki materiał. Łóżko? Podniosłam zaspane powieki. Najpierw jasne światło uderzyło mnie, jednak później stopniowo przyzwyczajałam wzrok i w końcu byłam w stanie dostrzec niebieską kotarę zawieszoną na metalowym szkielecie, stojącą około dwa metry od łóżka. Nad moją głową znajdowało się duże okno. Ściany były pomalowane na karmelowy kolor, za to podłoga była czekoladowa.
   Jęknęłam. Lou kiedyś mówił, że pod żadnym pozorem nie możemy tu trafić, bo ktoś się dowie, więc jakim sposobem się tu znalazłam? Ugh… myślenie boli.
   Zrobiło mi się trochę duszno. Spróbowałam unieść się na rękach, jednak rana na plecach dała się we znaki. Przewróciłam się na lewy bok. W drugim końcu Sali usłyszałam ciche jęczenie. Potem kroki i jakieś szepty. Wytężyłam słuch. Nic. Czyżby moje zmysły zawodziły? Kroki stały się głośniejsze, a moje serce przyspieszyło. Mój oddech stał się płytki i urywany. Osoba do której należały te kroki była już bardzo blisko, tuż za kotarą. Nagle ją zobaczyłam i całe przerażenie uleciało z jednym wydechem.
   - Ooo… Już się obudziłaś – powiedziała uśmiechnięta czarnoskóra dziewczyna. Była w moim wieku lub ciut starsza. Miała na sobie strój pielęgniarki. – Jestem Aya. Jestem stażystką w naszym szpitalu. Czy czegoś potrzebujesz… - spojrzała na tabliczkę zawieszoną na łóżku - …Brynel?
   - Bryn… - odparłam. – Mów mi Bryn. Czy mogłabyś otworzyć okno?
   - Tak – odparła i wykonała polecenie.
   Gdy to zrobiła usłyszałam odgłosy walki i szczęk metalu uderzanego o metal.
   - Gdzie jesteśmy? – spytałam.
   Uśmiechnęła się, pokazując białe jak śnieg zęby.
   - Jesteśmy w obozie wilkołaków. Pan Moore chciał, abyś uczyła się w naszej tajnej bazie, ale jak się okazało, ona wcale nie jest taka tajna. Napadnięto nas – westchnęła. – Uznał, że bezpieczniejsza będziesz tutaj.
   Kiwnęłam lekko głową.
   - Co to za odgłosy?
   - Nasi uczniowie uczą się walki i obrony na placu bojowym. Uczymy ich walczyć na różne sposoby. W niektórych momentach nóż czy łuk jest bardziej przydatny niż pazury.
   Usłyszałam, że ktoś otworzył drzwi, a chwilę później do mojego łóżka podszedł pan Arthur w granatowym garniturze.
   - Witaj Brynel. Jak się czujesz?
   - Jakby mnie przejechał tramwaj – odparłam, a on się zaśmiał.
   - Panno Rand – zwrócił się do stażystki. – Zostawisz nas na chwilę samych?
   - Oczywiście – odparła i odeszła.
   Poczekał, aż zamknie za sobą drzwi.
   - Brynel. Nie będę owijał w bawełnę. Jak już pewnie wiesz, rany wilkołaków goją się bardzo szybko i nie ma po nich śladu.
   - Tak… - odparłam próbując podtrzymać się na łokciach, ale bez skutku. Cała prawa strona pleców paliła mnie żywym ogniem.
   - No więc… Twoja rana była bardzo głęboka, a w takich przypadkach… zostają blizny.
   Przełknęłam ślinę. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
   - Czyli… czyli będę miała blizny? Ale to niemożliwe, miałam już rany i wszystkie zagoiły się bez najmniejszej przeszkody…
   - Tak, ale tamte nie były tak poważne.
   Westchnęłam. Koniec z prześwitującymi bluzkami, koniec z krótkimi bluzkami, koniec z bikini… Poczułam w oczach łzy. Od teraz moje ciało będzie szpecić ogromna blizna świadcząca o mojej słabości.
   - Twoi przyjaciele chcieli się z tobą zobaczyć. Wpuścić ich?
   Pomyślałam o wściekłym wilku, który rzucił się na Łowcę.
   - Nic im nie jest?
   - Nie, Louis ma tylko parę zadrapań, Łowcy jednak udało się uciec. Zaraz ich tu przyprowadzę.
   - Nie – odparłam szybko. – Chcę zostać sama. I mam jeszcze jedno pytanie… Czemu strasznie bolą mnie plecy? Kiedy ta rana wreszcie się zagoi?
   - Do wieczora wszystko powinno być w porządku. Jeśli będziesz się dobrze czuła, to Cię wypuścimy.
   - A… jak… jak duża jest ta rana? – spytałam o to, ponieważ nie mogłam wierzyć bólowi, który co chwilę się rozprzestrzeniał.
   - Biegnie od prawego pośladka aż do połowy łopatki.

   Wieczorem wypuścili mnie ze szpitala. Aya była dla mnie bardzo miła i zaproponowała, że oprowadzi mnie po obozie. Oczywiście zgodziłam się. Gdy przyszła po mnie do szpitala, była już przebrana. Miała na sobie dżinsy i granatową koszulkę z napisem: „Werewolves Camp” w kolorze księżyca. Swoje długie, kręcone włosy zostawiła rozpuszczone.
   - Fajna koszulka – odparłam.
   - Dzięki – uśmiechnęła się – też taką dostaniesz. To tak jakby nasz znak, ale nie będziesz musiała jej nosić.
   Wyszłyśmy z budynku szpitalnego i jak się okazało był strasznie mały. W zasadzie składał się tylko z jednej sali i zaplecza. Był cały z drewna.
   Moim oczom ukazał się ogromny plac. Na jego środku znajdowało się ognisko, przy którym siedziało paru chłopców. Skręciłyśmy w lewo i po paru krokach Aya kazała mi spojrzeć w głąb lasu. Znajdował się tam niewielki, dwupiętrowy, również drewniany budynek. Oświetlały go dwie pochodnie zawieszone przy wejściu. Tam mieszkali nauczyciele. Kolejny budynek, o wiele większy od poprzedniego, to było miejsce naszej nauki. Był wielki i nawet przypominał typową szkołę. Zauważyłam, że oprócz niego reszta budynków była zrobiona z drewna. Aya powiedziała, że później oprowadzi mnie po szkole. Następny budynek to były wspólne łazienki. Oczywiście były podzielone na damskie i męskie. Następnie była jadalnia. Potem stanęłyśmy przy wąskiej drużce i Aya powiedziała:
   - Ona prowadzi do jeziora. Jest tam plaża i pomost. Uwielbiam tam chodzić i myślę, że ty też polubisz. Po drugiej stronie jeziora rozciąga się piękny krajobraz.
   Ruszyłyśmy dalej, gdy nagle ktoś zawołał:
   - Aya! Wszędzie Cię szukaliśmy! Chodź do nas!
   Odwróciłam się i zobaczyłam ciemnoskórego chłopaka siedzącego z grupką kolegów przy ognisku. Machał do nas.
   - Później! – krzyknęła Aya. – Teraz nie mogę.
   - Jak chcesz to idź – odparłam automatycznie.
   - Nie, no coś ty… - powiedziała. – Spędzam z nimi wszystkie wieczory. Ten co krzyczał to mój brat Neema. A obok jego zgraja. Ooo… A to jest sala zainteresowań – wskazała na duży, ale prosty budynek. – Na pewno znajdziesz tam coś dla siebie. Jest tam dosłownie wszystko: od pędzli i farb, poprzez instrumenty różnego rodzaju, aż po jakieś mechanizmy i bóg wie co jeszcze… A tam jest sala komputerowa - wskazała palcem na mniejszy budynek, w którym paliły się wszystkie światła. – Ale trudno się tam dostać. Niestety, ale mamy tu zakaz używania urządzeń elektrycznych. To jest nasze jedyne połączenie ze światem zewnętrznym – uśmiechnęła się – komórkę też będziesz musiała oddać. A teraz zwiedzimy część mieszkalną – pociągnęła mnie z powrotem w stronę jadalni.
   Nie wiem dlaczego, ale przy niej czułam się wesoła.
   Przeszłyśmy między jadalnią i łazienkami. Byłyśmy teraz na dużej alei. Z prawej strony znajdował się duży budynek należący do Adfectusów. To byli Ci, którzy zajmowali się uczuciami. Z drugiej strony mieszkali Elementarni zajmujący się żywiołami. Na wprost byli Effiricorzy, którzy posiadali moc związaną z rzeczami. Aleja skręcała i tuż obok stał budynek dla uczniów, którzy jeszcze nie odkryli swojej mocy. Po drugiej stronie mieszkali Corpusi. Mieli moce związane z ciałem. Ten budynek był już znacznie mniejszy niż poprzednie. Obok był budynek dla osób, które nie kwalifikują się do żadnej z powyższych grup. Pewnie będę w nim mieszkać… a jednak nie. Między nim, a budynkiem dla nieodkrytych znajdowała się mała chatka. Należała do Tempusów. Gdy zapytałam się Ayi dlaczego mój „typ” ma oddzielny domek, odpowiedziała:
   - Z tego co wiem, to jakiś potężny Tempus zażądał, aby ludzie podobni do niego mieli oddzielny dom. A, że jest was bardzo mało to dom jest na jedną osobę. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, abyśmy przyjęli dwóch Tempusów na raz.
   Rozmawiałam jeszcze chwilę z Ayą i dowiedziałam się, że obóz liczy około sto dwadzieścia osób. Aya jest bardzo dobrym człowiekiem. Nie dość, że pomaga w szpitalu, to jeszcze jest przewodniczącą i ma wiele pracy na głowie.
   Weszłam do mojego domku i zobaczyłam, że w szafach są już moje ubrania. Dom sam w sobie nie był wyjątkowy. Taki typowy pokój letniskowy. Ale miał ogromny plus – własną łazienkę.
   Rzuciłam się na łóżko i próbowałam zasnąć. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam.
   - Bryn! Już wyszłaś! – Sonia rzuciła mi się w objęcia.
   Zapiekły mnie plecy, ale nic nie mówiłam.
   - Pan Arthur nie chciał nas do ciebie wpuścić. Mówił, że musisz odpoczywać… - odsunęła się ode mnie i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że się zmieniła.
   - Przefarbowałaś włosy?
   - Tak! – Sonia podskoczyła. – Jestem teraz śliczną brunetką – zakręciła kosmyk włosów na palec.
   Usiadłyśmy na niewielkiej kanapie, która stała obok łóżka.
   - Ładnie tu masz – odparła Sonia. – Mi trafił się pokój z współlokatorką. Na razie wydaje się w porządku. Nazywa się Eve. Nasz pokój jest mniej więcej tej samej wielkości. Tylko, że stoją tam dwa łóżka i jest mniej miejsca.
   Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, po czym Sonia poszła do siebie, ponieważ zaczynała się cisza nocna. Przebrałam się w moją piżamę i już chciałam położyć się spać, gdy nagle naszła mnie pewna myśl. Blizna nie może być aż tak wielka.
   Stanęłam przed lustrem i zdjęłam bluzkę. Odwróciłam się i spojrzałam na plecy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mówił serio. Wzdłuż moich pleców znajdowało się czerwone wypuklenie. Widać było, że nie zrobiło go ostrze, ponieważ było grube i widać było, że skóra była w tym miejscu postrzępiona. Rana najgrubsza była w miejscu, gdzie wbił mi się konar. Wyżej robiła się coraz cieńsza, aż całkiem znikła na prawej łopatce. Przejechałam po tej linii palcem. Blizna była gorąca.
   Ubrałam z powrotem bluzkę i usiadłam na łóżku. Oparłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach. Klatka piersiowa zaczęła mi drgać, a z oczu poleciały mi łzy.
   Dlaczego? Przecież myślałam, że będę szczęśliwa jako wilkołak. Najwyraźniej się myliłam. Co ja sobie w ogóle myślałam idąc do lasu sama w nocy? Teraz w głowie krążyła mi jedna myśl. Zabiję go. Chcę czuć jego krew na swoich pazurach. Chcę widzieć jak krztusi się krwią. Chcę widzieć jak cierpi. Chcę jego bólu.
   Czułam jak rozpiera mnie gniew. Zebrałam go i umieściłam w jednym żałosnym wyciu, które wyrwało się z moich ust. Gdy już skończyłam, zdałam sobie sprawę, że była to obietnica, którą mu złożyłam. Nieważne gdzie i nieważne kiedy, ale gdy go spotkam, położę kres jego marnego życiu.
   Po chwili zwinęłam się w kulkę pod kołdrą i zasnęłam.
  
   Rano związałam włosy w kitek i poszłam do jadalni. Była ósma w sobotę, ale jadalnia nie była pełna. Była bardzo przytulna. Był tam tylko jeden ogromny, długi stół, przy którym siadali uczniowie. Trochę jak w Harrym Potterze, tylko, że zamiast ławek były tu krzesła. Trochę inaczej ją sobie wyobrażałam, ale to przerosło moje oczekiwania. Jadalnia wyglądała bardzo nowocześnie, pomimo ogromnego kominka stojącego pośrodku jednej ze ścian. Na pewno zmieściłabym się do niego bez najmniejszego problemu. Na stołach znajdowały już się wszystkie produkty potrzebne do przygotowania obfitego śniadania.
   Znalazłam Sonię oraz Lou i usiadłam obok nich.
   - Dzień dobry – odparłam.
   - Hej – odparli jednocześnie
   - Jak się czujesz? – spytał Louis.
   Strasznie bolą mnie plecy, poza tym wczoraj pierwszy raz zawyłam w ludzkiej postaci, co chyba odebrało mi resztki sił. W nocy co chwilę się budziłam i nadal jestem śpiąca. Jedyne o czym myślę to śmierć Nate’a.
   - Dobrze – skłamałam, nie patrząc mu w oczy.
   - O, cześć Bryn – usłyszałam za plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam Ayę. Usiadła obok mnie. – Louis, Sonia miło was widzieć.
   Zaczęłam nasypywać sobie do miski czekoladowych płatków, które przed chwilą wypatrzyłam.
   - Znacie się? – spytałam zdezorientowana.
   - Tak, twoi przyjaciele codziennie przychodzili, żeby Cię zobaczyć. Musiałam im jednak odmawiać. Twoja rana długo się goiła.
   Zdziwiłam się.
   - To ile ja tam leżałam?
   - Trzy dni – usłyszałam głos Lou.
   Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Ciszę przerwał głos, który gdzieś już słyszałam:
   - Hej – odparł ciemnoskóry chłopak, który usiadł naprzeciw Ayi. Był to prawdopodobnie jej brat. Obiegł wszystkich wzrokiem i zatrzymał się na mnie - Jestem Neema.
   - Bryn – odparłam.
   - To ty jesteś tą, która…
   - Neema! – zganiła go Aya, ale jej nie posłuchał.
   - …jest Tempusem?
   - Najwyraźniej – odparłam przełykając ślinę.
   Wlałam sobie do miski gorące mleko, nie patrząc na nikogo.
   - …nie debilu, to nie tak…
   Podniosłam wzrok. Naprzeciwko mnie usiedli dwaj chłopcy. Pierwszy był Latynosem o kędzierzawych, brązowych włosach. Miał nieco spiczaste uszy, a na jego ustach gościł łobuzerski uśmiech. Jego oczy sprawiały wrażenie, jakby przesadził z kofeiną. Za to drugi chłopak miał bladą twarz i niebieskie, wręcz szare oczy. Był brunetem o prostych włosach. Chyba był trochę starszy ode mnie. Miał wydatne kości policzkowe i coś w jego twarzy budziło we mnie niepokój.
   - Bryn, to jest Leo –  Aya wskazała na Latynosa – a to Colton – pokazała tego drugiego.
   Colton uśmiechnął się do mnie.
   - Witaj w obozie wilkokrwistych.

Od autorki: Zaszły zmiany w zakładce BOHATEROWIE. Znajduje się tam również plan obozu, który własnoręcznie wykonałam. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)

2 komentarze:

  1. Wspaniały rozdział :D
    Czekam na więcej ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział bardzo mi się spodobał, pierwszy raz widzę tego typu bloga i zostawiam po sobie obserwację ;) I pytanko, czy dobrze widzę, że w nagłówku znajduje się zdjęcie Logana Lermana?

    OdpowiedzUsuń