niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 15



   - Ktoś wczoraj wieczorem wył. Słyszeliście? – spytała Aya. – Biedactwo. Słychać było, że cierpi…    Wiecie kto to?
   Wszyscy pokiwali przecząco głowami. Wpatrywałam się w pustą już miskę z płatkami.
   - No nic… - powiedział Colton. – Bryn, chętnie oprowadzę Cię po obozie.
   Spojrzałam mu w oczy, ale nie mogłam odkryć jego zamiarów.
   - Dziękuję, ale Aya już to zrobiła – spojrzał na nią. Jego twarz nie wyrażała emocji. - Poza tym, Sonia i Louis są tu od dwóch dni, więc poradzę sobie.
   - Jednak gdybyś czegoś potrzebowała to mnie znajdź. Pomogę ci – prawie przez cały czas patrzył na Ayę, dopiero pod koniec zdania spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
   Uśmiechnęłam się sztucznie.
   - Masz taką gwarancję.
   Niech zgadnę. Myśli, że u nowej ma szansę?
   Wstałam od stołu, a Aya powiedziała:
   - W szkole, po prawej stronie jest sekretariat. Musisz zostawić tam swoją komórkę, w zamian dostaniesz koszulkę.
   Kiwnęłam głową i wyszłam z jadalni. Nie zdążyłam przejść nawet kilku kroków, gdy usłyszałam:
   - Zaprowadzę Cię.
   - Dlaczego tak bardzo tego chcesz? – spytałam. – Nie masz u mnie szans – nie mogłam się powstrzymać.
   - Jeszcze zobaczymy… - przez resztę drogi Colton się nie odzywał.
   Gdy znaleźliśmy się przed szkołą, otworzył mi drzwi. Mimo swojej nachalności był nawet miły. W środku szkoła była pomalowana na niebiesko. Skręciłam w prawą stronę i zobaczyłam drewniane drzwi z napisem „sekretariat” już chciałam zapukać, ale Colton zrobił to za mnie, a potem otworzył drzwi.
   Na środku małego, prostokątnego pomieszczenia stało duże, dębowe biurko, za którym siedziała drobna blondynka. Wzdłuż prawej ściany stały półki. Na lewej znajdowało się duże okno z brązowymi zasłonami. Ściany były tu pomarańczowe, a na podłodze leżała brązowa wykładzina.
   - Dzień dobry – powiedziałam i blondynka dopiero teraz zwróciła na nas uwagę. – Jestem Brynel Case. Przyszłam oddać komórkę.
   Pokiwała głową i pokazała, że mam podejść. Podałam jej mój telefon, a ona wyjęła zza biurka bluzkę obozu. Podziękowałam i ruszyłam do wyjścia. Myślałam, że coś powie, ale nic nie usłyszałam, więc rzuciłam na pożegnanie „dowidzenia” i wyszłam. Po krótkiej chwili Colton powiedział:
   - Pewnie zastanawiasz się, dlaczego nic nie powiedziała? Nie ma języka, ale nikt nie wie dlaczego.
   Spojrzałam na niego. Pewnie przez Łowców. Wyszliśmy z budynku szkolnego i stanęłam na schodach, zastanawiając się co mam teraz zrobić. Odetchnęłam świeżym powietrzem.
   Już wiem. Aya mówiła, że w sali zainteresowań każdy znajdzie coś dla siebie. Ruszyłam w tamtą stronę, a Colton za mną.
   - Dasz mi trochę odetchnąć? Nie potrzebuję eskorty, Colton.
   Spojrzał na mnie i powiedział:
   - Jeszcze dziś się spotkamy – odszedł.
    Nareszcie…
   Stanęłam przed dużym budynkiem, wciągnęłam powietrze i pchnęłam duże drzwi.
   Rozejrzałam się po ogromnym, kolorowym pomieszczeniu. Na wszystkich ścianach widniały rozmaite obrazy, tak samo jak na podłodze. Z prawej strony znajdowały się trzy pomieszczenia, w których młodzież grała na różnych instrumentach. Na samym środku stał ogromny stół, na którym leżały różne duperele. Po drugiej stronie drzwi, pod ścianą stał drugi stół, były tam również różne drobiazgi. Po prawej stronie, w kącie, zauważyłam sztalugi ustawione w wielkim kole. Było ich pięć. Dwie były zajęte. Obok na stole leżały wszystkie potrzebne przyrządy do malowania. O ścianę opierały się różnej wielkości płótna.
   Ruszając w tamtą stronę, zauważyłam, że na jednym ze stołów leżą różne mechanizmy. Aya miała rację. Znajdę tu dosłownie wszystko. Podeszłam do stołu dla malarzy, założyłam kolorowy fartuszek, wzięłam farby i pędzle, i podeszłam do jednej ze sztalug. Chwyciłam małe płótno.
   Hmm… Co mogłabym namalować? Wcześniej malowałam w większości wilki, ale teraz…
   Chyba namaluję jakieś pomieszczenie. Wzięłam czarny kolor na pędzel i namalowałam kąt. Pomieszczenie… to byłoby zbyt proste. Namaluję postać. Najpierw kontury. Kobieta… naga kryje się w kącie… zakrywa swoje ciało. Cierpi. Łzy leją się z jej oczu. Jedną z rąk trzyma na policzku. Jej brązowe włosy spływają na nagie ramiona.
   Spojrzałam na swój obraz. Tło było białe, więc był jakiś taki bez wyrazu. Już wiem. Zamaczałam pędzel w czerwonej farbie.
   Krew. Dużo krwi. Na całym jej ciele. Na ręce i policzku. Na udach, na brzuchu, nawet na stopach. Siedzi, a pod nią zbiera się kałuża.
   Tak. Zdecydowanie nabrał wyrazu, tylko… dlaczego akurat kobieta cała we krwi? To mogłoby być cokolwiek.
   Odeszłam dwa metry. W tej kobiecie było coś znajomego.
   - To ty? – usłyszałam.
   Dopiero teraz dostrzegłam podobieństwo. Mój nos, moje oczy, moje usta, nawet sylwetka…
   Odwróciłam się. Za mną stał Leo, jak dobrze pamiętam jego imię. Wpatrywał się w obraz.
   - To ty wczoraj wyłaś, prawda? – spojrzał na mnie przenikliwymi oczami.
   Zdziwiłam się.
   - Skąd…?
  Uśmiechnął się szelmowsko. Z burzą kędzierzawych włosów, rozbieganymi oczami i tym uśmieszkiem wyglądał naprawdę zabawnie.
   - Domyśliłem się. Jestem niezwykle inteligentny.
   Przyjrzałam się mu. Bardzo dziwnie wyglądał.
   - Ćpałeś?
   Zaczął się śmiać.
   - Dlaczego każdy o to pyta?
   - Bo tak wyglądasz – odparłam bez ogródek.
   - Dzięki – powiedział. – Wiem, że jestem przystojny.
   Nie potrafiłam się nie zaśmiać. Jego zachowanie mnie bawiło.
   - Zaraz obiad. Lepiej zanieś go do pokoju, bo ktoś go zniszczy. Mamy tu wiele agresywnych osób.
   - Obiad? – spytałam. – Już? Przecież przed chwilą było śniadanie.
   - Tak. Jakieś pięć godzin temu.
   Aż tak długo malowałam? Tak, to prawda, że co chwilę coś poprawiałam, nakładałam kolejne kolory, chwilę czekałam aż ciało kobiety wyschnie, aby namalować krew, ale zajęło mi to aż tyle czasu?
   Leo uśmiechnął się znowu i odszedł.
   Westchnęłam, wzięłam zamalowane płótno i zaniosłam je do mojego domku. Gdy weszłam do jadalni, prawie wszystkie miejsca były zajęte. Na szczęście znalazło się jedno miejsce obok Sonii. Usiadłam i uderzyły mnie rozmaite zapachy mięsa. Wszyscy już jedli. Zobaczyłam, że obok Leo siedzi jakaś dziewczyna. Miała kasztanowo-rude włosy i jasną cerę. Przedstawiła mi się jako Becky. Miała na sobie modne ubrania, siedziała wyprostowana i uśmiechała się co chwilę do Leo, ale najwyraźniej inni jej nie interesowali. Zjedliśmy obfite obiady składające się z frytek, schabu i przepysznej sałatki z kapusty pekińskiej, gdy nagle Neema zapytał:
   - Zbieramy się dzisiaj przy ognisku?
   - Chyba beze mnie – powiedziała Becky. – To nie moje klimaty. Nie bawi mnie brzdękanie na gitarze i śpiewanie frajerskich piosenek. Wolę pomalować sobie paznokcie, schodzi mi lakier.
   Od razu widać, że ma wiele wspólnego z Sonią.
   - Masz jakiś lakier? – zapytała Sonia. – A ja wszystkie zostawiłam w domu…
   - Pożyczę Ci.
   Pogrążyły się w temacie.
   - A ty, Bryn? – spytał Colton.
   Ugh…
   - Ja chyba sobie podaruję…
   - No weź… Zobaczysz, będzie fajnie – namawiała mnie Aya.
   Spojrzałam się na nią. Miała nadzieję w oczach, które mówiły: „Proszę, proszę, proszę…”
   Zgodziłam się. A co innego mogłam zrobić?

***

Come on please close your eyes now
Just close your eyes and open your mind
And please don't look at me now
And feel the sky on your hands

   Leo brzdąkał na gitarze, a każdy po kolei śpiewał piosenkę. Słowa były piękne. Mogłabym słuchać jej w kółko. Gdy zapytałam, czy sami ją wymyślili, Colton powiedział, że gdzieś ją kiedyś usłyszeli i wpadła im w ucho. Refren był najładniejszy:

And I hope somewhere you hear me still
Wherever you are, whatever you feel
And I hope somewhere you hear me still*

   Atmosfera była niesamowita. Księżyc świecił jasno, tak samo jak gwiazdy. Siedzieliśmy na ławkach wokół ogniska, nasze twarze były oświetlone przez ogień. Wszyscy bujali się w rytm piosenki. Chłopcy grali jeszcze parę fajnych utworów, jak mówili tego samego zespołu. Potem przeszli na weselszą nutę i zaczęły się szaleństwa. Śpiewaliśmy piosenki, które wszyscy znają. W końcu wszyscy stali wokół ogniska i tańczyli.
   Leo nie powiedział nikomu, że to ja wyłam. Tak wywnioskowałam z zachowania innych. Niestety Sonii nie było z nami. Malowała paznokcie z Becky. Lou za to bawił się w najlepsze. Co chwilę spoglądałam w jego stronę. Bardzo szybko nawiązywał nowe przyjaźnie. Rozmawiał i śmiał się z Ayą. Lubię Ayę, ale…. Zrobiło mi się strasznie przykro. Co ona ma takiego w sobie, czego nie mam ja?
   Niedziela minęła spokojnie. Do czasu. Gdy otworzyłam szafkę, znów znalazłam tam ten naszyjnik.    Ten z wilkiem.
   Elizabeth Jana Dirige.
   Hmmm…
   - Kto to jest Elizabeth Jana Dirige? – spytałam na kolacji.
   Spojrzeli po sobie.
   - Nie wiesz? – spytał Neema. – To pierwsza wilkokrwista, która sprzeciwiła się Artemidzie, rozumiesz? Zginęli wtedy prawie wszyscy wilkokrwiści.
   - Kto to Artemida? – spytała Sonia.
   - Ludzie! Skąd wy się wzięliście?! – Colton złapał się za głowę.
   - Artemida to nasza bogini – odparł Lou.
   - Ale Artemida to przecież jedna z bogiń olimpijskich – powiedziałam. – Kiedyś bardzo interesowałam się mitologią.
   - Tak, ale to nie są mity – wyraz twarzy Ayi wskazywał, że mówi poważnie.
   - Chcecie mnie teraz wrobić, tak?
   Aya przecząco pokiwała głową.
   - Nie zdziwiło Cię, że we wszystkich mitach zawsze towarzyszyły jej wilki? Artemida stworzyła zastęp Łowczyń, które pomagają jej w łowach. W rzeczywistości to Łowczynie same w sobie są wilkami. Artemida jest naszą panią. Jest boginią łowów i księżyca.
   Nastąpiła krótka cisza.
   - Dirige była żądną władzy suką – odparł Neema. - Myślała, że pokona naszą boginię. Utworzyła nawet swoją armię sprzymierzeńców, a uwierz mi, miała dar przekonywania. Gdy wiedziała, że przegra, przy pomocy czarodzieja, stworzyła naszyjnik, który miał opętać osobę, która go nosi. Niestety zaginął wiele lat temu.
   - To bujdy – odparł Colton.
   - Wcale nie.
   - Jesteś dziecinny.
   Leo westchnął.
   - Każdy ma jakieś wady. Ja na przykład jestem zabójczo zabawny i szaleńczo przystojny. Hmm… ociekam również zajebistością.
   Atmosfera od razu się rozładowała. Na twarzach moich przyjaciół pojawiły się promienne uśmiechy. Ja jednak nadal byłam zaniepokojona. Nosiłam ten naszyjnik wcześniej, ale nie czułam nic dziwnego… Chyba, że…
   Eric. Gdy go zabiłam, czułam się taka silna. Wyzwolona. Czy… czy to były jej uczucia?
   Leo udawał urażonego.
   - No co, to prawda…
   - Taa, jasne chwalipięto – Colton zmierzwił włosy Leonowi.
   Nagle zauważyli, że mnie to wcale nie bawi.
   - Coś się stało? – spytała Sonia.
   Spojrzałam po kolei na każdego. Przyglądali mi się z zaciekawieniem. Pokiwałam głową przecząco. Nie mogłam im powiedzieć.

   Następnego dnia był poniedziałek i oczywiście lekcje zaczęły się o ósmej. Dowiedziałam się, że większość naszych lekcji to samoobrona, walka wręcz, posługiwanie się mocami oraz walka bronią. Te lekcje odbywały się na dworze, na tak zwanym „polu bitewnym”. Reszta to historia wilkokrwistych i jeszcze takie podstawowe jak matematyka itp.
   Idąc aleją między domami, spojrzałam na plan lekcji. Pierwsza moja lekcja dzisiaj to walka wręcz. Droga na plac bojowy znajdowała się między łazienkami, a domkiem Elementarnych. Dotarłam do dużego placu całego w trawie. Niektórzy walczyli już na pięści, inni próbowali się bronić. Po lewej stronie znajdował się stojak z bronią. Były tam różnej wielkości noże, łuki i jakieś dziwne czarne rurki ze srebrnym paskiem pośrodku. Zastanawiałam się do czego służą, gdy Sonia przywołała mnie do siebie.
   - Dziś walczymy bez broni.
   - Brynel Case, tak? – usłyszałam za plecami.
   Odwróciłam się i zobaczyłam ciemnoskórego, siwego mężczyznę. Ubrany był swobodnie. Miał za sobie dresy i bokserkę. Jego twarz miała łagodne rysy, a w oczach widać było opanowanie i spokój.
   Kiwnęłam głową.
   - Jestem Neil Reno i uczę was walki wręcz. Najpierw musimy Cię nauczyć podstaw. Na początku popracujesz ze mną, ale później przydzielę kogoś do ciebie.
   Pokiwałam niepewnie głową.
   - Uwierz mi. Każdy znajduje tu swoje miejsce.
   Uśmiechnął się i zaczął tłumaczyć mi, jak mam stawiać nogi, gdy dojdzie do walki wręcz.




*Słowa piosenki Fismoll – Let’s play birds

Każdy komentarz jest jak balsam dla mej duszy. Pozostawcie po sobie pamiątkę. Z góry dziękuję!

3 komentarze:

  1. Zaczęłam czytać twojego bloga dzisiaj, powiem ze jest fantastyczny.! Spodobała mi się wolea głównej bohaterki, jej wytrwałość i odwagę, szkoda mi tylko tych łowców, Boże co ona z nimi zrobi. ? Jestem też ciekawa czy będzie taki moment " ona idzie korytarzem cała zasmucona, będzie mijała Lou, on przy niej się zatrzyma, z nagłego powodu dziewczyna syknie bólu, on ją złapie i zaniesie do jej pokoju, gdy zobaczy jej bliznę spojrzy jej w twarz, nie wiedząc co robi pocaluje ją namiętnie po czym nie opusci jej nawet na krok. ...." ale ja mam bujną wyobraźnię. ...xD
    Nie słuchaj mnie. ...!

    OdpowiedzUsuń