wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział 19

   Wiem, co sobie pomyślicie. Bryn, przecież mogłaś zatrzymać czas.
   No właśnie nie mogłam. Próbowałam i to nie jednokrotnie. Po prostu czułam pustkę w klatce piersiowej, jakby cała moc ze mnie uszła. Nie wiem czy tak było naprawdę, czy po prostu byłam zestresowana i nie potrafiłam myśleć logicznie.
   Wybiegliśmy z holu jak burza. Leo zamknął szybko drzwi i zakluczył je.
   Nie musieliśmy nic mówić. Wszyscy ruszyli biegiem za nami. Wyskoczyliśmy przez wybite okno i wskoczyliśmy do auta. Potwór tymczasem biegł z szaleństwem w oczach prosto na nas. Aya ruszyła z miejsca w ostatniej chwili, a rozpędzony potwór wbiegł do lasu.
   - Co to, do cholery było?!
   Nikt się nie odezwał.
   Aya nadal nabierała prędkości, ale nic już nas nie goniło. Nie wierzę. Sądząc po jego wzroku, tak łatwo nie odpuści.
   Przez chwilę słuchałam podenerwowanych oddechów. Byliśmy już na skraju miasteczka, jeszcze chwila i wyjedziemy z tej zasranej dziczy.
   Taa… jasne. Chciałabym.
   Jedyne co zdążyłam zauważyć to czerwone ślepia. Pchnął nas z całej siły w bok, a samochód przekoźlołkował i uderzył w jakiś drewniany płot, który z trzaskiem złamał się i upadł na ziemię pod naporem auta, które zgasło.
   Absolutna cisza. Potwora nie ma, nikt nie krzyczy, nikt nic nie mówi. Każdy wsłuchuje się nawet w najdrobniejszy szelest. Strach sparaliżował nasze ciała.
   Nagle ciszę przerwał skowyt. Przerażające wycie wilka. A potem odpowiedź drugiego. I jeszcze jednego.
   Było ich trzech. Wycie oznaczało wzywanie na polowanie. Najlepsze było to, że to my mięliśmy być kolacją. Spojrzeliśmy po sobie. Pokazałam głową w stronę najbliższego domu. Inni pokiwali potwierdzająco, a Sonia pokazała, że mamy być cicho. Każdy z nas otworzył drzwi samochodu najciszej jak umiał. Wszyscy ruszyli w stronę domu, rozglądając się na boki, w poszukiwaniu napastnika. Na szczęście drzwi były otwarte. Weszliśmy i zakluczyliśmy je. W środku wszystko było porozwalane, jakby ktoś pakował się w pośpiechu. Było tak ciemno, że idąc po omacku, uderzyłam się małym palcem od nogi w kant szafki. Bolało jak cholera, ale wydałam z siebie tylko ciche westchnienie, a i tak wszyscy spojrzeli na mnie.
   Usłyszeliśmy jak stwory niszczą nasze auto. Pewnie myślały, że jesteśmy w środku. Skoro są pół-wilkami, to czy nie powinni mieć dobrego słuchu? Albo węchu? Jedno było pewne: są silniejsi od nas.
   Colton pokazał, że mamy wejść w głąb domu. Wszyscy domyślili się, że najlepiej będzie, jeśli się ukryjemy. Dom był jednopiętrowy. Był naprawdę mały. Był tu tylko mały hol, salon, pokój z kuchnią i mała łazienka. Aya zmieściła się do małej szafki kuchennej. Colton poszedł do łazienki, pod prysznic (nie sądzę, aby była to dobra kryjówka). Sonia wsunęła się pod jednoosobowe łóżko, a Leo wlazł do szafy w salonie. Tak, a ja nie miałam się gdzie podziać. Chciałam wejść do Sonii, ale nie było miejsca, ponieważ stało tam wiele pudeł. W końcu Leo mnie przygarnął. W szafie było bardzo ciasno, ale jakoś się zmieściliśmy.
   Nagle coś walnęło w drzwi frontowe. Potem usłyszeliśmy wycie.
   Serce biło mi jak oszalałe. Tyle razy w ostatnim czasie mi groziło, ale ta śmierć byłaby najgorsza. Rozszarpanie przez człowieka-wilka.
   - O boże… - szepnęłam.
   - Cicho – skarcił mnie stojący obok Leo – bo usłyszy.
   Usłyszałam jak stwór drapie drzwi, a potem w nie wali. W końcu udało mu się wyłamać zamek.
   Wstrzymałam oddech. Spojrzałam w oczy Leonowi. Miał twardy wzrok i zaciśnięte zęby. Też wstrzymywał powietrze.
   Ciężkie kroki odbijały się echem od pomieszczeń. Albo mi się przesłyszało, albo słyszałam gardłowe warczenie.
   Potwory chyba się rozdzieliły. Jeden wszedł do sypialni. Z tej odległości słyszałam jak bije serce Sonii. Oczywiście serce Leo zagłuszało wszystko inne. Też straszliwie się bał, tak jak my wszyscy. W duchu błagałam, aby te głupie stwory nie miały dobrego słuchu. Aby choć coś w nich szwankowało.
   Potwór już chciał wyjść z sypialni, ale Sonia odetchnęła. Było to naprawdę ciche westchnienie, ale usłyszał.
   Coś chrupnęło, jakby łamane deski. Sonia krzyknęła. Chciałam wyjść z szafy, ale Leo szybko unieruchomił mnie w ciasnym uścisku. Zakrył mi usta ręką i nie mogłam ani mówić, ani się ruszać.
   - Już po niej…
   CO?! Nie, muszę ją uratować! Ale Leo trzymał mnie mocno… Nie mogłam się wyrwać.
   Z oczu pociekły mi łzy. Moja kochana Sonia…
   Leo poluzował ucisk. Wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową. Poczułam zapach cytryny.
   Ale zaraz… nadal słyszę bicie jej serca. Ona jeszcze żyje. Szarpnęłam się Leonowi i tym razem mnie puścił. Chyba też słyszał, że ona żyje.
   Po domu rozległ się głośny skowyt. Potwór wybiegł z sypialni na czterech nogach i wyskoczył przez okno.
   Sonia była żywa. Ale jak to zrobiła? Tym zajmę się później. Ważne było, że skowyt tamtego ściągnął do sypialni dwa pozostałe. Zmieniłam się w wilka i wyskoczyłam z szafy. Pognałam w stronę sypialni. Rzuciłam się na pierwszego człowieko-wilka. Wskoczyłam mu na plecy, wbijając ostre jak brzytwa pazury w jego ramiona, aby nie spaść. Wilczymi kłami wbiłam mu się w szyję. Polała się gęsta krew, a potwór zaskomlał. Sonia wpatrywała się w drugiego. Co ona robi?! Powinna walczyć! Zaraz, zaraz… Drugi stękał i po chwili nie miał sił stać na własnych nogach. Zaskomlał i zaczął się wycofywać. Gdy już był poza zasięgiem wzroku Sonii, po prostu uciekł. Tymczasem mój potwór zrzucił mnie z pleców. Zmieniłam się z powrotem w człowieka. Do sypialni wpadł Leo i przebił go grzebaczem do piecyka. Stworzenie zaskomlało jeszcze raz, po czym upadło na ziemię. Leo miał całą koszulkę we krwi, a ja całą twarz. Rzucił narzędzie na ziemię.
   Po chwili do sypialni wbiegła reszta. Ja siedziałam na ziemi, cała obolała, a inni z przerażeniem patrzyli na korytarz, gdzie przed chwilą wybiegł spłoszony potwór. Spojrzałam pytająco na Sonię.
   Ona uniosła lekko ramiona, a potem wzniosła oczy do góry, tak, że widać było tylko białka i upadła na ziemię.

   - Żyjesz? – spytałam.
   - Tak, chyba… - Sonia złapała się za głowę. – Co się dzieje?
   - Jedziemy do obozu.
   Ukradliśmy samochód. Tak w zasadzie to pożyczyliśmy. Wątpię, aby jego właściciel go szukał. Pewnie i tak już był martwy.
   Tym razem prowadził Colton. Leo, siedział obok niego, z przodu. Z tyłu, siedziałam ja i Aya, a Sonia leżała na środku trzymając głowę na moich kolanach.
    - Boże… - powiedziała Aya. – W obozie nikt nie wie co się dzieje. Trzeba powiedzieć panu Moore…
   - Tylko nie to – odparłam. – Błagam was, niech nikt nic nie mówi.
   Byłam pewna, że on za tym stoi.
   To znów się zaczyna, mówił naszyjnik.
   - Dlaczego? – spytał Leo.
   Ale jak ja mam im to wytłumaczyć?! Westchnęłam.
   Opowiedziałam im o wszystkim, zaczynając od tego jak ukradłam naszyjnik Łowcy. Opowiedziałam im również, jak widziałam śmierć tej dziewczyny Ruby i że widziałam pana Arthura.
   - Może to był jakiś jego krewny, który jest do niego podobny – tłumaczyła Aya.
   - Od dzisiaj jestem na sto procent pewna, że to był on.
   Myślałam, ze wyzwą mnie. Że jestem głupia i dałam się łatwo przekabacić na stronę złej Elizabeth. Ale nic takiego się nie stało.
   - Wierzycie mi?
   - Chyba tak – odparł Leo. – W historii o Dirige jest wiele niedopowiedzeń. Równie dobrze mogliby ją zmyślić. A te dzieciaki, które giną… Jednak z drugiej strony, to wszystko może być iluzją…
   Westchnęłam.
   - To co robimy?
   - Na razie utrzymamy to w tajemnicy, dla bezpieczeństwa – stwierdziła Aya. – Nie byliśmy w mieście i nic nie widzieliśmy.
   Wszyscy pokiwali w ciszy głowami. Colton zaparkował w dawnym miejscu i dalej ruszyliśmy lasem do obozu. Za każdym razem, gdy ktoś usłyszał jakiś szelest, podskakiwał ze strachu.
   - To dlatego zamknęli pracownię komputerową. Media pewnie huczą o tym miasteczku… - zamyślił się Colton.
   Doszliśmy do placu bojowego i rozstaliśmy się. Zaczynało już świtać, a ja nie miałam pojęcia, która to godzina. Wróciłam do domku, zmyłam krew i położyłam się do łóżka.
   Gdy wstałam, była już druga po południu. Ogarnęłam się i poszłam na obiad. Aya stwierdziła, że nie powiemy Neemie i Louisowi. Im mniej osób wie, tym lepiej. Poza tym, jeśli mam rację, nie potrzebnie narażalibyśmy ich na niebezpieczeństwo ze strony Arthura. Po obiedzie poszliśmy do biblioteki. Leo podsunął, że może tam coś znajdziemy na temat stworów. Wyciągnęliśmy kilka bestiariuszy z półek i zaczęliśmy je przeglądać szukając obrazka podobnego do tamtych monstrum. Wokół rozchodził się zapach starych książek. Niestety Aya wkrótce musiała iść. Nie powiedziała dlaczego, ale się domyśliłam. Była bardzo podekscytowana. Mam tylko nadzieję, że mu nic nie powie. Nie chciałabym, aby coś mu się stało. W końcu zaczęłam się nudzić. Pierwszy raz w życiu znudziło mnie przeglądanie książek.
   - Tu nic nie ma – powiedziałam. – Ciągle to samo… w każdej książce…
   - Cierpliwości – Leo się uśmiechnął. – Chyba Ci jej brakuje…
   Przewróciłam oczami.
   - Ej! Co to miało być?
   - Daj spokój, jestem zmęczona. Nie mam ochoty na dowcipy.
   - Jak sobie królewna życzy.
   - Tak, ze mnie taka królewna…
   Jeszcze przez chwilę przekomarzaliśmy się z Leo, gdy Colton odparł:
   - Chyba znalazłem…
   - Nareszcie – odparła Sonia. – Ci dwoje zaczęli mnie wkurzać.
   Uśmiechnęłam się.
   - Pokaż, co tam masz.
   Bestiariusz był stary. Miał skórzaną okładkę, a strony były żółte od starości. Pachniał niesamowicie. Na stronie, którą wskazywał Colton, widniał rysunek wielkiego stwora. Był dokładnie taki sam, jakiego widzieliśmy. Był zrobiony ołówkiem, ale jego ślepia lśniły czerwienią. Na drugiej stronie widniał napis: Lupus Informibus.
   - Co to znaczy? – zapytałam.
   - Lupus to po łacinie wilk – odparł Leo. - A informibus to chyba kształt. Wychodzi na to, że chyba wilkokształtny.
   Pod spodem widniał tekst opisujący zwierzę, ale wszystko było po łacinie. Tłumaczenie tego zajmie nam wieki. W końcu stwierdziliśmy, że poprosimy, aby Aya się tym zajęła. Podobno uwielbiała łacinę.
   Gdy opuściliśmy bibliotekę, było już ciemno. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, więc usiadłam nad ogniskiem. Długo sobie nie posiedziałam w samotności. Chwilę później przysiadł się Lou.
   - Hej – powiedział.
   - Hej…
   - Bryn… dlaczego mnie unikasz?
   Spojrzałam w jego morskie oczy.
   - Nie unikam…
   Jego twarz mówiła: na serio? Westchnęłam.
   - Czemu o to pytasz?
   - Bo nie chcę żeby tak było. Ja wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale bardzo głupio się czuję…
   - Nie, właśnie nie wiesz. A wiesz jak mi jest głupio? Za każdym razem, gdy jesteś przy mnie, to czuję, że się zaraz spalę ze wstydu… A najgorsze jest to, że kiedy widzę Cię z Ayą, to czuję ogromną zazdrość. A naprawdę lubię Ayę i nie chcę jej czuć. Ja rozumiem, że nie czujesz tego samego, ale proszę Cię. Nie pogarszaj sprawy. Daj mi trochę odetchnąć… Myślisz, że od razu mi przejdzie?
   - Bryn… - położył mi rękę na plecach.
   - Nie rób tak – odsunęłam się. – Na razie zostaw mnie w spokoju… - wstałam od ogniska i poszłam na plażę.
   Weszłam na pomost i spojrzałam w dal. Zdjęłam buty i skarpetki, i zamoczyłam nogi w wodzie. Zamknęłam oczy i zaczęłam oddychać świerzym powietrzem. Nawet nie poczułam, że łzy ciekną mi po policzkach.

   Dlaczego to wszystko musi być takie trudne? Dlaczego nie mogę pstryknąć palcami i sprawić, że wszystkie smutki i zmartwienia znikną?


Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Jeśli czytasz, to proszę, zostaw po sobie komentarz :)
Usuwam zakładkę "W następnym rozdziale..." bo czasami jest tak, że wpadnę na coś lepszego, a potem muszę się dostosować do tego, co już napisałam. W nagrodę mogę stworzyć zakładkę Q&A. Co wy na to?

piątek, 13 lutego 2015

Rozdział 18

   Rano chodziłam jak prawdziwy duch. Nie byłam wyspana. Do północy sprzątałam pokój, a potem, gdy tylko zamykałam oczy, widziałam tą biedną dziewczynę Ruby, a raczej jej ciało. Próbowałam też myśleć o bardziej przyziemnych sprawach. Nie odpuszczę Coltonowi tak łatwo. Leo coś mówił, że wykorzystał już wiele dziewczyn, więc może one mi pomogą.
   Dzień mi się trochę dłużył i byłam taka szczęśliwa, gdy została nam tylko jedna lekcja: walka bronią.
   Wybrałam sobie sztylet. Łuk jakoś do mnie nie przemawiał, może dlatego, że posługiwali się nim łowcy, tak samo jak kuszą. Nie mieliśmy tu broni palnej, więc zostały jeszcze składane włócznie, toporki itp. Zastanawiałam się między sztyletem, a tak zwanym „omnes”. Z łacińskiego „wszystko”. Było to urządzenie o kształcie i wielkości rolki papieru kuchennego. Było całe czarne, ze srebrnym paskiem po środku. Zamieniało się w dowolną broń. Nie wybrałam tego, ponieważ jest dla bardziej zaawansowanych obozowiczów. Trzeba mieć najpierw opanowane podstawowe bronie, bez tego omnes jest bezużyteczny.
   Mój sztylet wyglądał jakby go nie używano od wieków. Miał czarną pochwę z okuciami z brązu. Jego rzeźbiona, drewniana rączka świetnie leżała w moich dłoniach. Gdy wysunęłam go z pochwy, zobaczyłam trójkątne ostrze, długie na jakieś piętnaście centymetrów, które błyszczało, jakby ktoś je przed chwilą polerował. Brzegi jego klingi były ostre jak brzytwa.
   Pan Reno pokazał mi jak się nim posługiwać. Powiedział, że ta broń powinna być przedłużeniem mojej ręki.
   - Nie rozumiem – odparłam. – Skoro mamy pazury, to po co nam sztylety?
   - Nie wiesz co Ci się może przytrafić. Pazury mogą się złamać, tak samo jak kły. W tych czasach łowcy posługują się również środkami odurzającymi. Niektóre z nich blokują naszą wilczą stronę.
   Po długich ćwiczeniach pan Reno powiedział, że niedługo przydzieli mnie do jakiegoś ucznia, ponieważ wybiłam się na przeciętny poziom.
   Jutro nareszcie sobota… Będę mogła trochę odetchnąć. Przemyśleć wszystko na spokojnie. Czy to miejsce naprawdę było złe? Czy dyrektor miał trzysta lat? Westchnęłam. Czy naprawdę wszystko musi być takie skomplikowane? A co jeśli to co mówił Neema jest prawdą i naszyjnik próbuje mnie omamić wciskając mi kity? Sama nie wiem, czy dobrze postępuję…
   Lekcje się skończyły, a ja poszłam do pracowni. Tak teraz nazywałam salę zainteresowań. Moja nazwa o wiele lepiej brzmi. Już chciałam zająć się malowaniem, gdy zauważyłam, że do pomieszczenia wszedł Louis. Zatrzymał się przy stołach z mechanizmami i zmarszczył brwi podnosząc coś na kształt małego silniczka. Gdy marszczył brwi wyglądał tak zabawnie… i pociągająco… Skarciłam się w myślach. Potem on odwrócił głowę i zauważył, że się mu przyglądam. Odwróciłam wzrok. Odłożył silniczek i już chciał iść w moją stronę, gdy Aya zawołała go po imieniu. Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
   Muszę w coś uderzyć. Zacisnęłam zęby i ruszyłam ku wyjściu. Zdążyłam zobaczyć jeszcze, że Lou patrzy ze smutną miną w miejsce, gdzie przed chwilą stałam.
   Czułam, że jestem cała czerwona na twarzy. Dlaczego jestem taka zła? Przecież lubię Ayę.
   Usiadłam przy ognisku i objęłam się ramionami. Patrzyłam jak drewienka pożera zachłanny ogień.
   - Hej – odparł Leo, siadając obok mnie. – Co tam?
   - Po staremu – powiedziałam bez entuzjazmu.
   - Hmm… - przyglądał mi się chwilę. – Jak myślisz, jak się nazywa chiński zawodnik karate?
   Zmarszczyłam brwi.
   - Co? Nie mam pojęcia.
   - Jajami o mate.
   Zaśmiałam się.
   - Będziesz mi tu teraz walił sucharami?
   - Muszę poprawić Ci humor. Co mówi prostytutka, gdy umiera?
   - Nie wiem – nadal się uśmiechałam.
   - Dłużej już nie pociągnę. Już lepiej? – spytał, widząc mój promienny uśmiech.
   - Tak, o wiele. Dzięki.
   - Nie ma za co. Dziś w nocy wybieramy się do miasta – dodał po chwili – chcesz iść z nami?
   - Jak to do miasta? Przecież nie możemy wychodzić. I dlaczego w nocy?
   - Bo widzisz… wymykamy się co jakiś czas. Jesteśmy tu na odludziu i każdemu przyda się trochę rozrywki. A nauczyciele nic jeszcze nigdy nie zauważyli.
   - I tak nie mamy pieniędzy.
   - Colton ma konto bankowe. Co jakiś czas rodzice przelewają mu na nie jego spore kieszonkowe. Myślę, że Ci nie odmówi.
   - Daj spokój. Nie wezmę od niego ani złamanego grosza.
   - Ale chociaż rozerwiesz się.
   - A kto jeszcze jedzie?
   - Aya, Sonia, Colton, ja i ty. Jest tylko pięć miejsc w aucie.
   - Skąd macie auto?
   - Znalazłem je jakiś rok temu przy małej dróżce, w lesie. Było popsute i leżało tam już sporo czasu. Naprawiliśmy je z Neemą i schowaliśmy w krzakach niedaleko stąd. No weź, będzie fajnie, zobaczysz.
   - No nie wiem, coś mi tu śmierdzi kitem.
   Hmm… sama nie wiem. Jutro jest sobota, więc nic się nie stanie, jak zarwę noc. Poza tym nie chciałam wracać do moich problemów, które i tak zajmowały mi większość czasu.
   - Będzie fajnie. To jak?
   - Okej – zgodziłam się. – To kiedy jedziemy?
   - Po ciszy nocnej. Spotykamy się na placu bojowym.
   Po kolacji wróciłam do domu. Otworzyłam znów wisiorek, ale on milczał. Może go popsułam? Nie… przetrwał jezioro, więc zwykłe rzucenie go o ścianę nie powinno nic zdziałać.
   Czas mijał wolno, a ja czekałam i czekałam na tą ciszę nocną. W końcu wybiła dziesiąta. Odczekałam pięć minut i wyszłam po cichu z domku. Obóz pogrążony był w półmroku, gdzieś w oddali majaczyło światło jednej z lamp. Wokół panowała grobowa cisza i szczerze mówiąc trochę się bałam.
   W końcu dostrzegłam trzy osoby na skraju pola. Podbiegłam do nich. Rozmawialiśmy szeptem o zwykłych sprawach, czekając na Sonię. Nadal nie mogę się przyzwyczaić do nowego koloru jej włosów. Gdy się zjawiła, wszyscy weszliśmy w las. Szliśmy jakieś pół kilometra i doszliśmy do dużych zarośli. Jak się okazało, był pod nimi przykryty samochód terenowy. Był cały porysowany, w drzwiach z prawej strony było wielkie zgniecenie, a tylna szyba była wybita. Może jednak Leo mówił prawdę? Aya i Colton usiedli z przodu, a reszta z tyłu. Ja siedziałam na środku. Przed chwilę jechaliśmy w milczeniu przez wąską dróżkę, gdy w końcu Colton się odezwał:
   - Parę dni temu Neema mówił, że odcięli nam dostęp do Internetu w Sali komputerowej. Byłem dzisiaj to sprawdzić, ale budynek był całkowicie zamknięty. Pisało, że to jakaś awaria.
   - Dziwne – powiedziała Aya. – Tu zawsze wszystko działa.
   - Poza tym – kontynuował Colton – zauważyłem, że dawno nie doszedł do nas nikt nowy. Wy byłyście ostatnie – zwrócił się do mnie i do Sonii, jednak nie śmiał spojrzeć mi w oczy.
   Wyjechaliśmy na asfalt. Drogi były puste, więc spokojnie jechaliśmy.
   - Są tu u was czasem jakieś imprezy? – spytała Sonia.
   - Jasne – odparł Leo – przeważnie dyskoteki, ale niedługo będzie większa impreza.
   - Bal wiosenny – powiedziała Aya. – Co tu się stało? – zapytała patrząc przed siebie.
   Na drodze stało kilka rozwalonych aut i jeden tir. Chyba był tu wypadek. Tir zablokował drogę. Za poniszczonymi autami stało jeszcze wiele innych, jakby całe miasteczko wybrało się na emigrację.
   - Jedź dalej – powiedział Colton.
   Aya zjechała na pobocze i minęła samochody. Próbowaliśmy coś dostrzec, ale było zbyt ciemno.
   Dojechaliśmy do centrum miasteczka i zaparkowaliśmy auto przed supermarketem. Była absolutna cisza, nikogo w okolicy. Widziałam, że powoli każdy z nas staje się kłębkiem nerwów.
   Jedna, duża szyba w supermarkecie była zbita, ale w środku paliło się światło. Na drzwiach był napis „24h na dobę”. Spojrzeliśmy po sobie. Nikt nie chciał wejść pierwszy, oczywiście ja musiałam to zrobić.
   - Halo? – zapytałam. – Jest tu kto?
   Cisza. Przyjaciele weszli za mną do sklepu. Nagle białe światło zgasło i cały sklep pogrążył się w ciemności. Po chwili jednak znów się zapaliło, ale zaczęło migotać.
   Przełknęłam ślinę. Strasznie się bałam. Co tu się stało?
   Z pozorów sklep wyglądał normalnie, ale gdy się weszło dalej, wszystkie półki po prawej stronie były porozwalane. Ruszyłam jeszcze dalej, w głąb sklepu.
   Fuj. Co tu tak śmierdzi? Czy to zgniłe mięso? Zapach chyba leci zza tamtej półki z chemikaliami. Podeszłam bliżej i zakryłam nos. Smród był nie do wytrzymania. Przełknęłam ślinę i spojrzałam co jest za półką.
   Krzyknęłam. Zakryłam usta dłonią.
   Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak przerażającej scenki. Po środku przedziału leżało ciało w morzu krwi. Było rozprute od szyi aż do krocza. Trudno było powiedzieć czy to mężczyzna, czy kobieta, ponieważ twarz była całkowicie zmasakrowana. Żebra ofiary były wygięte do góry tak, aby był łatwiejszy dostęp do wnętrzności. A one wyglądały, jakby ktoś je zmielił w mielarce do mięsa i zrobił sobie sałatkę. Wokół ciała walały się kawałki tej sałatki. Wszystko gniło i skóra z nagich nóg dosłownie spływała na ziemię ujawniając zgnite mięśnie i kości.
   Zanim odwróciłam wzrok, zdążyłam jeszcze zobaczyć, że ciało ma odgryzione palce od rąk i nóg.
   Jako pierwszy podbiegł do mnie Leo i też zakrył usta dłonią, aby nie zwymiotować. Aya niestety nie wytrzymała.
   - Kto mógł zrobić coś takiego? – powiedziała z przerażeniem Sonia.
   - Lepiej się stąd zmywajmy – odparł Colton.
   - Zgadzam się - odpowiedziała roztrzęsionym głosem Aya.
   Nagle usłyszałam kroki. Były stłumione jakby dochodziły zza ściany. Spojrzałam na najbliższe drzwi.
   - Nie ma mowy – powiedziała Sonia. – Wiem o czym myślisz.
   - Jesteśmy wilkołakami – odparłam przekonująco – on nic nam nie zrobi.
   - A jeśli to łowca?
   - Oni nie zabijają cywilów. To jakiś psychopata z nożem. Dam mu radę.
   - Nie pójdziesz sama.
   - Ja pójdę – powiedział stanowczo Leo.
   Ruszyliśmy do drzwi. Położyłam rękę na klamce.
   - Zaczekamy na was – powiedział Colton. – Tylko uważajcie na siebie.
   Nacisnęłam klamkę i wsunęliśmy się do wąskiego korytarza, który biegł w lewą stronę. Nikogo tam nie było, więc ruszyliśmy przed siebie. Oboje byliśmy cicho jak myszki pod miotłą. Leo szedł tuż za mną. Minęliśmy jedne drzwi, ale odgłosy dobiegały z drugiego pomieszczenia. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam powoli klamkę. Uchyliłam drzwi.
   Pokój był spowity ciemnością. Widać było tylko jedno: ogromną człekokształtną sylwetkę kryjącą się w kącie. Postać miała dwa i pół metra i była cała pokryta sierścią. Jej nogi były dziwnie skrzywione, jakby należały do zwierzęcia, a nie człowieka. Jego ręce były bardziej człowiecze. Talię miał bardzo chudą, a barki olbrzymie. Miał dużą muskulaturę, jednak widać było mu żebra. Był przygarbiony i zdawało się, że nie ma szyi. A twarz… nie to nie była twarz. To był pysk wilka połączony z twarzą. Zwierze wyglądało jak dziecko człowieka i wilka. Nie było ani tym, ani tym. A najstraszniejsze były jego oczy. Czerwone oczy, które wpatrywały się prosto we mnie i Leo.
  Adrenalina podskoczyła mi maksymalnie. Czułam, że jeszcze chwila i dostanę zawał.
   - Wiej! – krzyknęłam do Leo.

***
Z góry przepraszam za czcionkę, ale gdy chciałam ją zwiększyć, robiła się całkiem duża. Chyba blogger mi szwankuje...

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 17

   Wstałam wcześnie i wybrałam się na śniadanie. Dziś miałam pierwszą lekcję z panią Tape – matematykę. Zawsze byłam dobra z tego przedmiotu, ale ostatnio opuściłam się we wszystkim.
   Usiadłam zrezygnowana obok Sonii i nałożyłam sobie jajecznicy. Na początku wszyscy jedni w spokoju, a ja nie lubiłam takiej ciszy. Może nie była niezręczna, ale nieprzyjemna.
   Od początku śniadania Colton unikał mojego spojrzenia. Wreszcie, gdy złapałam jego wzrok, mrugnęłam do niego i uśmiechnęłam się. Od razu wkleił wzrok w swój talerz.
   - Co Ci się stało Colton? – spytałam. – Jesteś dzisiaj bardzo małomówny.
   Odchrząknął.
   - Nie, nic mi nie jest.
   Siedzący obok niego Leo, dyskretnie zakrył ręką uśmiech, którego nie mógł się pozbyć.
   Patrząc na niego, nie mogłam się nie uśmiechnąć.
   Nagle podeszła do nas niska Azjatka i spytała:
   - Widzieliście gdzieś Emmę?
   Była czymś zmartwiona. Włosy miała rozpuszczone, co jeszcze bardziej podkreślało jej piękną twarz. Miała na sobie bluzkę obozu i krótkie spodenki. Robiło się coraz cieplej, ale moim zdaniem na krótkie spodenki było jeszcze za wcześnie.
   - Nie – odparła Aya. – A coś się stało?
   - Nie mogę jej nigdzie znaleźć – dziewczyna miała zmartwioną minę. – Chyba nie wróciła na noc do pokoju. Gdy byłam u niej dzisiaj rano, drzwi były zamknięte. Boję się o nią.
   - Przykro nam. Ale jak ją gdzieś zobaczymy, to od razu damy Ci znać.
   Dziewczyna odeszła powolnym krokiem.
   - Kto to był? – spytałam.
   - Sarah – odpowiedział Neema. - Emma to jej przyjaciółka. Pewnie uciekła, tak jak wszyscy. Dziwi mnie jednak, że jej nie powiedziała, co chce zrobić. Emma była bardzo otwartą osobą.
   - Uciekła? – spytał Louis. Całkiem zapomniałam, że siedzi niedaleko mnie.
   - Tak – Aya spojrzała na niego, a mnie ukuła zazdrość. – Raz na jakiś czas ktoś ucieka z obozu. Bynajmniej każdy tak powtarza.
   - Czyli nie ma pewności?
   - Nie. Ale za każdym razem znikają wszystkie ubrania i w ogóle.
   - A one miały razem pokój? – zainteresowała mnie ta sprawa.
   - Nie, tutaj każdy ma oddzielne.
   Przełknęłam ślinę. Coś mi tu śmierdzi.
   Po lekcjach poszłam na chwilę do biblioteki, bo musiałam wypożyczyć lekturę (tak, tu też kazali nam czytać te nudne książki). Nie lubię ich. Książki, które ja czytam są ciekawe i naprawdę mają wiele morałów, a z lektur można co najwyżej nauczyć się patriotyzmu (takie jest moje zdanie). Weszłam w dział „wilcze lektury” i zaczęłam szukać książki pt. „Wzgórze pełne wilków”.
   - Tego szukasz?
   Odwróciłam się i spojrzałam na Leo, który trzymał w ręce chudą książkę. Tytuł się zgadzał, więc to chyba była ta.
   - Tak, dzięki – powiedziałam, biorąc lekturę od niego.
   Zapadła niezręczna cisza. Leon chciał odejść, ale złapałam go za ramię.
   - Zaczekaj. Dziękuję ci, że… - spuściłam wzrok. Nagle moje buty wydały mi się bardzo ciekawe. - …no wiesz… Colton to twój przyjaciel i…
   - Nie ma za co – odparł. – Colton miał już wiele przygód.
   Spojrzałam mu w oczy. Dopiero teraz zauważyłam, że jest nawet przystojny. Był wyższy ode mnie o połowę głowy. Miał szczupłą posturę, a jego skóra była idealnie opalona, co nie było dziwne, ponieważ był Latynosem.
   - Jak się na nim odegrasz? Zasrańcowi się należy.
   Uśmiechnęłam się.
   - Jeszcze nie wiem. Ale uwierz mi, zapamięta mnie do końca życia.
   - Pomóc Ci? Jestem w tym bardzo dobry. Zrobimy mu jakiś kawał.
   - Interesująca propozycja, ale wolałabym wymyślić coś sama.
   Ruszyłam ku wyjściu.
   - Okej, to powodzenia! – krzyknął jeszcze w moją stronę.
   Na poważnie będę musiała coś wymyślić. Najlepiej go ośmieszyć, tylko jak?
   Wróciłam do domku, rzuciłam plecak na ziemię i zamarłam w bezruchu. Wszystkie rzeczy, które leżały na biurku, znajdowały się teraz na podłodze. Nie, nie wszystkie. Jedna rzecz leżała na samym środku biurka. Naszyjnik, który należał do Elizabeth. Podeszłam bliżej. Był całkowicie suchy, jakby nigdy nie miał nawet styczności z wodą. Otworzyłam go.
   Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz…
   - Boże… - powiedziałam. – To przecież tylko wisiorek…
   To znów się zaczyna. Musisz ich powstrzymać.
   - Ale o co do cholery chodzi?! – jeszcze trochę, a znów znajdę się w domu dla wariatów. Czy ja naprawdę rozmawiam z wisiorkiem?
   Załóż go. Dowiesz się wszystkiego.
   Chciałam cisnąć nim o ścianę, ale tego nie zrobiłam. Czy kiedyś już wspominałam, że jestem słaba emocjonalnie? Szybko się denerwuję, szybko się smucę… i szybko ulegam.
   No więc nie zostało mi nic innego, jak założyć wisiorek. W końcu nadal nie wiedziałam komu ufać, a muszę przyznać, że te zniknięcia były dziwne. Już parę razy widziałam jak ktoś rzęsiście płacze, ale zawsze bałam się spytać o co chodzi. Nie wierzę w to, że wilki uciekały z miejsca, gdzie mogły czuć się bezpieczne, do świata, gdzie tuż za rogiem czaił się jakiś łowca.
   Zamknęłam wisiorek i włożyłam go na szyję.
   Las, w którym się znalazłam był spowity ciemnością, jednak poznawałam te tereny. Byłam tam kilka dni temu.
   Nagle przeszła obok mnie niska kobieta. Swoje blond włosy uplotła w dziwną fryzurę. Miała na sobie długą do ziemi osiemnastowieczną suknię, którą kiedyś widziałam w jakimś filmie. Szła dziarsko w głąb lasu.
   Ja oczywiście ruszyłam za nią starając się zapamiętać drogę.
   Doszłyśmy na sam skraj obozu. Skąd to wiedziałam? Dostrzegłam w oddali duży kamień pomalowany na jaskrawy róż, który oznaczał granicę obozu. Takie kamienie leżały co kilkanaście metrów.
   Kobieta skręciła w prawo i po paru minutach moim oczom ukazało się wielkie zagłębienie w ziemi. Wyglądało tak, jakby kiedyś uderzył tu meteoryt. Duży krater cały zarośnięty był runem, a gdzie niegdzie rosły młode drzewa. Blondynka zeszła na sam dół. Nagle stanęła przy wielkiej ścianie ziemi. Rozejrzała się dookoła. Myślałam, ze mnie zobaczy, ale ona ominęła mnie wzrokiem, jakbym była duchem. Kobieta, upewniając się, że nikt jej nie śledzi, podwinęła swoją długą suknię i wyjęła z kozaka klucz. Tak, ten kluz, który wcześniej widziałam w pokoju jakiegoś nauczyciela. Nie mam pojęcia jak go zmieściła w swoim bucie. Ten klucz był ogromny.
   Nagle jakaś gałązka w lesie pękła. Kobieta znów się rozejrzała i schowała klucz z powrotem do buta. Odeszła kawałek od ściany. Jej wzrok jakby przeszywał las.
   Zza ziemistej ściany dobiegały jakieś odgłosy. Jakby krzyki. Nagle ziemia się poruszyła i ukazała metalowe drzwi, które za sobą skrywała. Drzwi się otworzyły i wybiegła z nich nastolatka. Miała krótkie, brązowe włosy i bladą skórę. Była ubrana w… nie, to nie były ubrania. Po prostu owinięto jej białym materiałem klatkę piersiową i biodra. Tylko, że ten materiał, nie był już biały. Był cały bordowy od krwi. Dziewczyna zlękła się kobiety i zaczęła uciekać w drugą stronę. Ja zaczęłam się cofać, bo biegła prosto na mnie. Wywróciłam się o konar wystawiający z ziemi, ale nastolatka nie zdążyła do mnie dobiec. Kobieta w długiej sukni skoczyła jej na plecy. Oczy blondynki były czerwone, co oznaczało, że jest alfą. Wywróciła dziewczynę na ziemię, siadając jej na plecach. Blondynka złapała nastolatkę za włosy i pociągnęła do góry tak, że dziewczyna była wygięta w półksiężyc. Potem przyłożyła rękę do jej szyi i jednym, zgrabnym ruchem zakończyła jej żywot. Krew tryskała na wszystkie strony, dosięgając nawet mnie. Ja nadal leżąc na ziemi, zaczęłam się cofać jak najdalej od krwi, która i tak już opryskała mi całe nogi. Oczy nastolatki zaświeciły się na złoto i powoli blakły, podkreślając, że coraz szybciej uchodziło z niej życie. Gdy dziewczyna wydała ostatni oddech, jej gałki oczne całkowicie straciły kolor. Wszystko to zdarzyło się w zaledwie kilku sekundach.
   Usłyszałam krótkie oddechy, kilka metrów ode mnie w lewo. Zobaczyłam jak jakaś młoda dziewczyna wygląda zza pnia dużego drzewa. Otworzyła usta i już miała krzyknąć, gdy chłopak, który za nią stał, zatknął jej usta ręką. Dziewczyna złapała go za dłoń i próbowała uwolnić się, lecz na marne. Poddała się i patrząc na martwe ciało zaczęła płakać. Chłopak przytulił, ją i pokazał, że ma być cicho.
   Tymczasem zza metalowych drzwi wybiegł mężczyzna. Nie, to niemożliwe… To był pan Moore, tylko, że w osiemnastowiecznych ubraniach. Ale jak… on był nieśmiertelny? Przez trzysta lat się nie zestarzał?
   - Co to do cholery było?! – krzyknęła blondynka, schodząc z martwego ciała. – Wiesz, co by się stało, gdyby uciekła? Nasz cały plan wziąłby w łeb! Jak mogłeś do tego dopuścić, Arthur?! – otrzepała swoją suknię. – Dlaczego drzwi były otwarte?!
   - Charlotte… ona… przy zabiegu zaczęła się wyrywać i wbiła strzykawkę w pracownika… do działo się tak szybko…
   - Ktoś mógł ją widzieć! Usłyszeć coś!
   Spojrzałam w prawo. Chłopak i dziewczyna nadal chowali się za drzewem.
   - Charlotte, proszę…
   - Kto zostawił drzwi otwarte?!
   - J-ja – odpowiedział Arthur ze skruchą i przełknął ślinę.
   Charlotte wpatrywała się w niego przez chwilę, a potem cały jej gniew jakby opadł.
   - Masz ogromne szczęście, że jesteś moim mężem. Inaczej potraktowałabym cię tak, jak tą dziewuchę. A teraz pomóż mi zanieść ciało z powrotem do środka. Potem przyślij kogoś, żeby usunął krew.
   Ona chwyciła za ręce, a on za nogi. Gdy Charlotte zamykała drzwi, chwyciła kawałek ziemi w ręce.
   - Terra, nostra celar secretum – powiedziała i zamknęła za sobą drzwi.
   Ziemia z powrotem przykryła sobą drzwi i las wyglądał tak, jakby nic się nie stało. Oczywiście oprócz wielkiej plamy krwi obok mnie.
   Dziewczyna kryjąca się za drzewem, upadła na ziemię.
   - Nie… - szepnęła gniotąc liście w pięściach. – Dlaczego to musiała być ona? Nie…
   Chłopak ukląkł przy niej.
   - Elizabeth… musimy stąd iść.
   - Ale oni zabili Ruby… Dlaczego?
   - Elizabeth, musimy iść…
   Nagle obraz zaczął się zmieniać. Znów siedziałam w swoim pokoju. Czym prędzej zdjęłam naszyjnik i rzuciłam go w kąt.
   Pan Moore był taki miły… to były tylko pozory? Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Tyle pytań chodziło w mojej głowie.
   Dlaczego zabili tą dziewczynę? Czy pan Arthur miał ponad trzysta lat? Czy może był nieśmiertelny? Kim była ta kobieta Charlotte? Po co trzymali tą biedną dziewczynę w zamknięciu? O jakim zabiegu mówił pan Moore? I najważniejsze: co znajdowało się za tymi drzwiami?
   Serce biło mi jak oszalałe. Odsunęłam się z krzesłem od biurka. Strach oblał mnie jeszcze bardziej. Na moich łydkach i butach znajdowały się krople krwi. Tak się przestraszyłam, że spadłam z krzesła. Pobiegłam do łazienki i w ubraniach weszłam pod prysznic.


***

Rozdziały są trochę krótsze. Nie jest to wielka różnica, ale jednak. Mam już ustawione "W następnym rozdziale..." Znajduje się tuż pod rozdziałami. Chciałabym również abyście pomogli mi wymyślić jak Bryn zemści się na Coltonie. Mam już wymyślony plan awaryjny, ale szczerze mówiąc nie podoba mi się. Więc do dzieła! Pomóżcie mi, proszę...

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 16


   - Co wtedy czułaś?
   - Gniew, strach… - siedziałam ze skrzyżowanymi nogami w środku lasu. Każdy z uczniów ma dodatkowe lekcje z jednym z nauczycieli. Ja akurat miałam pana Reno, co mnie bardzo ucieszyło, ponieważ, mimo że jest nauczycielem, można z nim pogadać i w pewnym sensie się z nim zaprzyjaźniłam. W tym tygodniu miałam już pięć lekcji sam na sam z nim. Próbował nauczyć mnie panowania nad mocą. – Czułam w środku taką chęć pomagania… Ten chłopak…
   Popatrzył chwilę na mnie.
   - A może skupimy się na zatrzymaniu czasu? Cofanie nam nie wychodzi…
   Pokiwałam głową.
   - Przywołaj te emocje do siebie. Przypomnij sobie jak się wtedy czułaś, o czym myślałaś. Zamknij oczy i weź głęboki oddech.
   Zrobiłam jak kazał. Tylko… o czym ja wtedy myślałam? O przyjaciołach, o tym, że więcej ich nie zobaczę. A co robiłam? Stałam, zaciskałam zęby, mrużyłam oczy i… wbijałam pazury w dłonie. Może to pomoże?
   Wysunęłam je i zacisnęłam dłonie w pięści. Czułam jak krew spływa mi po palcach.
   - Bryn, co ty… - pan Reno nie dokończył zdania.
   Otworzyłam oczy. Stał w bezruchu, pochylony nade mną. Wyciągał rękę, aby złapać moją dłoń. Miał otwartą buzię i bardzo dziwny grymas na twarzy.
   Udało mi się! Zatrzymałam czas. Tyle się trudziłam, a tu się okazuje, że ból może mi w tym pomóc. Ale się cieszę! Tyle godzin poświęciłam tym lekcjom. Nareszcie.
   Wstałam i zaczęłam śmiać się sama do siebie. Stanęłam za panem Reno i zamknęłam oczy. Pomyślałam, że chciałabym, aby czas znów dalej płynął.
   Pan Neil rozglądał się na wszystkie strony.
   - Zrobiłam to! – wykrzyknęłam, a mój nauczyciel się odwrócił. – Zatrzymałam czas!
   Radość wypełniała moje serce. Nareszcie. Poćwiczyłam jeszcze parę godzin i szło mi coraz łatwiej. Pod koniec dnia, wystarczyło już, że się porządnie skupiałam, a efekty były zadowalające. Niestety nadal nie umiałam cofać czasu.
   Na kolacji pochwaliłam się wszystkim.
   - Gratulacje – odparł Colton.
   Przyzwyczaiłam się już do jego zalotów. Czasami dawał mi jakieś pojedyncze kwiaty, mrugał do mnie często i zarywał. Po jakimś czasie nawet mi się to spodobało. Zawsze miałam z kim pogadać.
   Na kolacji Lou znów był zajęty rozmową z Ayą. A ja siedziałam i zaciskałam zęby.
   Wieczorem stwierdziłam, że przejdę się dookoła obozu. Chodziłam po lesie, oglądając budynki z tyłu. Gdy doszłam do budynku nauczycieli, coś zwróciło moją uwagę. Coś błysnęło w jednym z okien. Podeszłam bliżej i spojrzałam do środka. Na jednej z półek leżał wielki klucz. I mówiąc wielki mam na myśli naprawdę duży. Musiał wiele ważyć, bo był miej więcej wielkości mojego przedramienia. Był chyba ze srebra i świecił się nawet w ciemności. Miałam wrażenie, że jest związany z czymś strasznym. Po prostu miałam takie przeczucie.
   Po co komu taki duży klucz? Nie wiem.
   Im dłużej na niego patrzyłam, tym bardziej miałam wrażenie, że leci od niego chłód. Czułam również jakby ciągnął mnie w swoją stronę.
   Usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi w pokoju i skryłam się szybko pod oknem. Wyszłam powoli w bok i weszłam szybkim krokiem z powrotem do lasu. Rozmyślałam jeszcze chwilę o tym co zaszło. Nie powinno mnie przecież nic martwić, to tylko klucz. Więcej o tym nie będę myśleć. Przechadzałam się dalej w spokoju, aż doszłam do jeziora. Tylko z której strony byłam? Jak będę szła jego brzegiem, to kiedyś dojdę do plaży, o której mówiła Aya.
   Ciekawe co się teraz dzieje z mamą… Czy obwinia mnie o zabicie Ericka? Pewnie tak. Czy tęskni za mną? Pewnie nie.
   Po śmierci Michela często myślałam o samobójstwie. Tylko, że teraz to nie było takie proste – byłam wilkołakiem, a jak już wszyscy wiedzą, nie tak łatwo go zabić. Ale czy byłabym w stanie to zrobić? Pewnie nie. To znaczy starczyłoby mi odwagi, ale… Sonia… Z pewnością nie zostawię jej samej. Za bardzo ją kocham, ale ostatnio oddaliłyśmy się od siebie. Może dlatego, że jesteśmy wilkołakami? Zawsze tego chciałyśmy, a teraz nasza przyjaźń rdzewieje.
   Miom oczom ukazał się wielki dąb. Był o wiele większy od pozostałych. Rósł na samym skraju ziemi. Miał wielkie gałęzie. Podeszłam bliżej i zobaczyłam huśtawkę zawieszoną długimi linami na największej z gałęzi. Zwisała jakieś pół metra nad wodą. Bez zastanowienia podniosłam najbliższą mi gałąź i przysunęłam huśtawkę do siebie. Zdjęłam buty i skarpetki. Usiadłam na huśtawce i zaczęłam się huśtać.
   Zawsze to kochałam. Ten powiew we włosach… Z Sonią potrafiłyśmy huśtać się godzinami na pobliskim placu zabaw. Wiem, że byłyśmy na to już za duże, ale pokusa była zbyt wielka…
   Odetchnęłam głęboko powietrzem i spojrzałam na księżyc. Niedługo pełnia.
   Zastanawiałam się jak wygląda taka pełnia. Z tyloma wilkami. I uwierzcie mi, to nic specjalnego. Wyglądała prawie tak samo jak poprzednia, z tym minusem, że był ogrom wilków. Nikt nikogo nie mógł rozpoznać, poza tym trzeba było uważać na wilki, które jeszcze nie potrafiły się opanować. Jedno zmartwiło mnie porządnie: żaden wilk nie miał niebieskich oczu. Raz myślałam, że coś zobaczyłam, ale chyba mi się przywidziało.
   Gdy powoli zaczęło świtać, wróciłam do domku. Nie chciałam, aby wszyscy wkoło dowiedzieli się, że to ja jestem tym wilkiem.
   Zaczynał się kwiecień. Niedługo moje urodziny. Łał, osiemnastka… To jest coś. Już niedługo będę dorosła. Nie zamierzałam jednak mówić tego nikomu. Nikt nie wiedział oprócz Sonii i miałam nadzieję, że tak zostanie.
   Wilkokrwiści nie czcili swoich bóstw. A było ich dużo. Mówili tylko o nich. Nie chodzili do żadnego kościoła, nie składali im żadnych ofiar, nic. Po prostu mówili o nich z szacunkiem i często patrzyli w niebo, jakby myśleli, że bogowie ich słyszą.
   Wpadłam w rutynę. Chodziłam na nudne zajęcia, uczyłam się walki, wieczorami spotykaliśmy się grupą przy ognisku. Przez jakiś czas nic się nie działo.
   Pewnego dnia, na historii wilkołaków, pan Norris zaczął bardzo ciekawy temat. Zwykle na takich lekcjach mówił o wojnach, w których wzięły udział wilki. Ale dziś było inaczej.
   - Dziś powiemy sobie o pewnej kobiecie, która wiele lat temu zaburzyła naszą równowagę. Czy ktoś może się domyśla o kim mowa? – Pan Norris rozejrzał się po klasie. – Tak, Heather?
   Grubsza szatynka wstała.
   - Mówimy o Elizabeth Dirige, prawda?
   - Tak jest. A kto wie, co ona takiego zrobiła?
   - Sprzeciwiła się naszej bogini Artemidzie i zhańbiła całą rodzinę Lupy.
   Kto to jest Lupa? Imienia to jej nie zazdroszczę.
   - Tak – odpowiedział nauczyciel. – Nasza Wilcza Matka nie była zadowolona wyczynami Elizabeth. Gdyby ktoś nie wiedział: Luperca to imię wilczycy, która wychowała Remusa i Romulusa. Od tego czasu stała się naszą matką, więc wszystkie wilki są jej dziećmi, jej rodziną. Dirige sprzeciwiła się wszystkim. Była żądna władzy. Myślała, że jest dość silna, by pokonać naszą boginę. Matka Lupa nieźle się wkurzyła.
   Po tej lekcji, odpuściłam sobie następne i wróciłam do mojego domku. Wyciągnęłam szufladę z biurka i odwróciłam ją do góry nogami, wysypując wszystko. Spojrzałam na naszyjnik w woreczku, który był przyklejony na taśmę do spodu szuflady. Odkleiłam go i wyciągnęłam z woreczka. Usiadłam przy biurku, włączyłam lampkę i jeszcze raz przyjrzałam się wisiorkowi. Otworzyłam go i spojrzałam na jej zdjęcie.
   - Coś ty narobiła.
   Nagle jej obrazek zniknął, a pojawiło się białe tło. Upuściłam ciężki wisiorek. Na tle pojawił się napis: Załóż go, a wszystkiego się dowiesz.
   Neema mówił, że ten wisiorek potrafi opętać.
   - Nigdy – powiedziałam do wisiorka.
   Wszystko co ci mówią to kłamstwa.
   Napisy pojawiały się i automatycznie znikały, gdy już je przeczytałam.
   Wymyślili tą historyjkę, aby nikt mi nie wierzył To oni są źli! To oni chcieli zniszczyć Artemidę!
   - Nie – powiedziałam.
   Wzięłam naszyjnik z powrotem do rąk.
   Niedługo sama się przekonasz.
   I z powrotem obrazek powrócił.
   Muszę zniszczyć ten wisiorek. On mąci mi w głowie. Przypomniałam sobie klucz, który widziałam. Po co komu taki klucz?
   Nie myśl o tym.
   Poczekałam do wieczora, aby nikt mnie nie zauważył. Wyślizgnęłam się z domku o północy. Było dawno po ciszy nocnej, więc nie powinnam nikogo spotkać. Poszłam nad jezioro i stanęłam na pomoście. Zamachnęłam się i z całej siły rzuciłam naszyjnikiem. Po chwili usłyszałam jak wpada do wody, bardzo daleko od brzegu. Patrzyłam jeszcze chwilę w głąb jeziora, gdy nagle usłyszałam jakieś śmiechy z oddali. Zbiegłam szybko z pomostu, ale nie zdążyłabym wbiec do lasu. Zostało mi tylko skrycie się na drzewie, więc bez najmniejszego trudu wdrapałam się do góry i usiadłam na gałęzi.
   Pode mną przeszli dwaj chłopcy. Nie zauważyli mnie. W pierwszej chwili ich nie poznałam, ale potem zdałam sobie sprawę, że to Colton i Leo.
   - …hahah, taa to było świetne.
   - A ich mina niezapomniana… w ogóle nie wiedzieli o co chodzi.
   Usiedli na pomoście, ale bardzo blisko brzegu, więc nie mogłam ześlizgnąć się niezauważona, a nie chciałam, żeby pytali się, co robię sama na drzewie w środku nocy. Serce waliło mi jak opętane i miałam szczęście, że mnie nie usłyszeli. Podobno jeden dzień po pełni nasze zmysły szaleją, a następnego dnia zanikają, potem już jest jak zwykle.
   Siedzieli chwilę w ciszy. W końcu Leo powiedział:
   - Nie możesz tak robić.
   - O co ci chodzi? – spytał Colton.
   - Dobrze wiesz.
   - Jezuu… stary, nigdy Ci to nie przeszkadzało.
   - Ale to nasza przyjaciółka. Poza tym wiele przeszła. Widać to w jej oczach. Nie zauważyłeś tego smutku?
   - A co Ci na niej tak zależy? Nie pierwsza i nie ostatnia. Prześpię się z nią i tyle.
   - Jak nie zostawisz Bryn, to sam jej powiem, dlaczego tak za nią latasz – odparł Leo bardzo poważnie.
   Aha.
   Jaka byłam głupia. Z biegiem czasu myślałam, że Colton naprawdę mnie lubi. Czy doznałam zawodu? Może trochę. Zdawał się taki miły i gdyby dłużej taki był, pewnie uległabym. Takie z niego bydle.
   - Nie będziesz musiał – odparłam i zeskoczyłam z drzewa. Zwinnie wylądowałam na stopach. Na ich twarzach malowało się takie zdziwienie, jakby zobaczyli ducha. – Przykro mi Colton, ale twoje plany wzięły w łeb – wzruszyłam ramionami. – Już Ci współczuję… Nie toleruję kłamców. Zemsta będzie słodka – posłałam mu pocałunek, odwróciłam się na pięcie i z uśmiechem odeszłam.
   Już ja coś wymyślę…