piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 17

   Wstałam wcześnie i wybrałam się na śniadanie. Dziś miałam pierwszą lekcję z panią Tape – matematykę. Zawsze byłam dobra z tego przedmiotu, ale ostatnio opuściłam się we wszystkim.
   Usiadłam zrezygnowana obok Sonii i nałożyłam sobie jajecznicy. Na początku wszyscy jedni w spokoju, a ja nie lubiłam takiej ciszy. Może nie była niezręczna, ale nieprzyjemna.
   Od początku śniadania Colton unikał mojego spojrzenia. Wreszcie, gdy złapałam jego wzrok, mrugnęłam do niego i uśmiechnęłam się. Od razu wkleił wzrok w swój talerz.
   - Co Ci się stało Colton? – spytałam. – Jesteś dzisiaj bardzo małomówny.
   Odchrząknął.
   - Nie, nic mi nie jest.
   Siedzący obok niego Leo, dyskretnie zakrył ręką uśmiech, którego nie mógł się pozbyć.
   Patrząc na niego, nie mogłam się nie uśmiechnąć.
   Nagle podeszła do nas niska Azjatka i spytała:
   - Widzieliście gdzieś Emmę?
   Była czymś zmartwiona. Włosy miała rozpuszczone, co jeszcze bardziej podkreślało jej piękną twarz. Miała na sobie bluzkę obozu i krótkie spodenki. Robiło się coraz cieplej, ale moim zdaniem na krótkie spodenki było jeszcze za wcześnie.
   - Nie – odparła Aya. – A coś się stało?
   - Nie mogę jej nigdzie znaleźć – dziewczyna miała zmartwioną minę. – Chyba nie wróciła na noc do pokoju. Gdy byłam u niej dzisiaj rano, drzwi były zamknięte. Boję się o nią.
   - Przykro nam. Ale jak ją gdzieś zobaczymy, to od razu damy Ci znać.
   Dziewczyna odeszła powolnym krokiem.
   - Kto to był? – spytałam.
   - Sarah – odpowiedział Neema. - Emma to jej przyjaciółka. Pewnie uciekła, tak jak wszyscy. Dziwi mnie jednak, że jej nie powiedziała, co chce zrobić. Emma była bardzo otwartą osobą.
   - Uciekła? – spytał Louis. Całkiem zapomniałam, że siedzi niedaleko mnie.
   - Tak – Aya spojrzała na niego, a mnie ukuła zazdrość. – Raz na jakiś czas ktoś ucieka z obozu. Bynajmniej każdy tak powtarza.
   - Czyli nie ma pewności?
   - Nie. Ale za każdym razem znikają wszystkie ubrania i w ogóle.
   - A one miały razem pokój? – zainteresowała mnie ta sprawa.
   - Nie, tutaj każdy ma oddzielne.
   Przełknęłam ślinę. Coś mi tu śmierdzi.
   Po lekcjach poszłam na chwilę do biblioteki, bo musiałam wypożyczyć lekturę (tak, tu też kazali nam czytać te nudne książki). Nie lubię ich. Książki, które ja czytam są ciekawe i naprawdę mają wiele morałów, a z lektur można co najwyżej nauczyć się patriotyzmu (takie jest moje zdanie). Weszłam w dział „wilcze lektury” i zaczęłam szukać książki pt. „Wzgórze pełne wilków”.
   - Tego szukasz?
   Odwróciłam się i spojrzałam na Leo, który trzymał w ręce chudą książkę. Tytuł się zgadzał, więc to chyba była ta.
   - Tak, dzięki – powiedziałam, biorąc lekturę od niego.
   Zapadła niezręczna cisza. Leon chciał odejść, ale złapałam go za ramię.
   - Zaczekaj. Dziękuję ci, że… - spuściłam wzrok. Nagle moje buty wydały mi się bardzo ciekawe. - …no wiesz… Colton to twój przyjaciel i…
   - Nie ma za co – odparł. – Colton miał już wiele przygód.
   Spojrzałam mu w oczy. Dopiero teraz zauważyłam, że jest nawet przystojny. Był wyższy ode mnie o połowę głowy. Miał szczupłą posturę, a jego skóra była idealnie opalona, co nie było dziwne, ponieważ był Latynosem.
   - Jak się na nim odegrasz? Zasrańcowi się należy.
   Uśmiechnęłam się.
   - Jeszcze nie wiem. Ale uwierz mi, zapamięta mnie do końca życia.
   - Pomóc Ci? Jestem w tym bardzo dobry. Zrobimy mu jakiś kawał.
   - Interesująca propozycja, ale wolałabym wymyślić coś sama.
   Ruszyłam ku wyjściu.
   - Okej, to powodzenia! – krzyknął jeszcze w moją stronę.
   Na poważnie będę musiała coś wymyślić. Najlepiej go ośmieszyć, tylko jak?
   Wróciłam do domku, rzuciłam plecak na ziemię i zamarłam w bezruchu. Wszystkie rzeczy, które leżały na biurku, znajdowały się teraz na podłodze. Nie, nie wszystkie. Jedna rzecz leżała na samym środku biurka. Naszyjnik, który należał do Elizabeth. Podeszłam bliżej. Był całkowicie suchy, jakby nigdy nie miał nawet styczności z wodą. Otworzyłam go.
   Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz…
   - Boże… - powiedziałam. – To przecież tylko wisiorek…
   To znów się zaczyna. Musisz ich powstrzymać.
   - Ale o co do cholery chodzi?! – jeszcze trochę, a znów znajdę się w domu dla wariatów. Czy ja naprawdę rozmawiam z wisiorkiem?
   Załóż go. Dowiesz się wszystkiego.
   Chciałam cisnąć nim o ścianę, ale tego nie zrobiłam. Czy kiedyś już wspominałam, że jestem słaba emocjonalnie? Szybko się denerwuję, szybko się smucę… i szybko ulegam.
   No więc nie zostało mi nic innego, jak założyć wisiorek. W końcu nadal nie wiedziałam komu ufać, a muszę przyznać, że te zniknięcia były dziwne. Już parę razy widziałam jak ktoś rzęsiście płacze, ale zawsze bałam się spytać o co chodzi. Nie wierzę w to, że wilki uciekały z miejsca, gdzie mogły czuć się bezpieczne, do świata, gdzie tuż za rogiem czaił się jakiś łowca.
   Zamknęłam wisiorek i włożyłam go na szyję.
   Las, w którym się znalazłam był spowity ciemnością, jednak poznawałam te tereny. Byłam tam kilka dni temu.
   Nagle przeszła obok mnie niska kobieta. Swoje blond włosy uplotła w dziwną fryzurę. Miała na sobie długą do ziemi osiemnastowieczną suknię, którą kiedyś widziałam w jakimś filmie. Szła dziarsko w głąb lasu.
   Ja oczywiście ruszyłam za nią starając się zapamiętać drogę.
   Doszłyśmy na sam skraj obozu. Skąd to wiedziałam? Dostrzegłam w oddali duży kamień pomalowany na jaskrawy róż, który oznaczał granicę obozu. Takie kamienie leżały co kilkanaście metrów.
   Kobieta skręciła w prawo i po paru minutach moim oczom ukazało się wielkie zagłębienie w ziemi. Wyglądało tak, jakby kiedyś uderzył tu meteoryt. Duży krater cały zarośnięty był runem, a gdzie niegdzie rosły młode drzewa. Blondynka zeszła na sam dół. Nagle stanęła przy wielkiej ścianie ziemi. Rozejrzała się dookoła. Myślałam, ze mnie zobaczy, ale ona ominęła mnie wzrokiem, jakbym była duchem. Kobieta, upewniając się, że nikt jej nie śledzi, podwinęła swoją długą suknię i wyjęła z kozaka klucz. Tak, ten kluz, który wcześniej widziałam w pokoju jakiegoś nauczyciela. Nie mam pojęcia jak go zmieściła w swoim bucie. Ten klucz był ogromny.
   Nagle jakaś gałązka w lesie pękła. Kobieta znów się rozejrzała i schowała klucz z powrotem do buta. Odeszła kawałek od ściany. Jej wzrok jakby przeszywał las.
   Zza ziemistej ściany dobiegały jakieś odgłosy. Jakby krzyki. Nagle ziemia się poruszyła i ukazała metalowe drzwi, które za sobą skrywała. Drzwi się otworzyły i wybiegła z nich nastolatka. Miała krótkie, brązowe włosy i bladą skórę. Była ubrana w… nie, to nie były ubrania. Po prostu owinięto jej białym materiałem klatkę piersiową i biodra. Tylko, że ten materiał, nie był już biały. Był cały bordowy od krwi. Dziewczyna zlękła się kobiety i zaczęła uciekać w drugą stronę. Ja zaczęłam się cofać, bo biegła prosto na mnie. Wywróciłam się o konar wystawiający z ziemi, ale nastolatka nie zdążyła do mnie dobiec. Kobieta w długiej sukni skoczyła jej na plecy. Oczy blondynki były czerwone, co oznaczało, że jest alfą. Wywróciła dziewczynę na ziemię, siadając jej na plecach. Blondynka złapała nastolatkę za włosy i pociągnęła do góry tak, że dziewczyna była wygięta w półksiężyc. Potem przyłożyła rękę do jej szyi i jednym, zgrabnym ruchem zakończyła jej żywot. Krew tryskała na wszystkie strony, dosięgając nawet mnie. Ja nadal leżąc na ziemi, zaczęłam się cofać jak najdalej od krwi, która i tak już opryskała mi całe nogi. Oczy nastolatki zaświeciły się na złoto i powoli blakły, podkreślając, że coraz szybciej uchodziło z niej życie. Gdy dziewczyna wydała ostatni oddech, jej gałki oczne całkowicie straciły kolor. Wszystko to zdarzyło się w zaledwie kilku sekundach.
   Usłyszałam krótkie oddechy, kilka metrów ode mnie w lewo. Zobaczyłam jak jakaś młoda dziewczyna wygląda zza pnia dużego drzewa. Otworzyła usta i już miała krzyknąć, gdy chłopak, który za nią stał, zatknął jej usta ręką. Dziewczyna złapała go za dłoń i próbowała uwolnić się, lecz na marne. Poddała się i patrząc na martwe ciało zaczęła płakać. Chłopak przytulił, ją i pokazał, że ma być cicho.
   Tymczasem zza metalowych drzwi wybiegł mężczyzna. Nie, to niemożliwe… To był pan Moore, tylko, że w osiemnastowiecznych ubraniach. Ale jak… on był nieśmiertelny? Przez trzysta lat się nie zestarzał?
   - Co to do cholery było?! – krzyknęła blondynka, schodząc z martwego ciała. – Wiesz, co by się stało, gdyby uciekła? Nasz cały plan wziąłby w łeb! Jak mogłeś do tego dopuścić, Arthur?! – otrzepała swoją suknię. – Dlaczego drzwi były otwarte?!
   - Charlotte… ona… przy zabiegu zaczęła się wyrywać i wbiła strzykawkę w pracownika… do działo się tak szybko…
   - Ktoś mógł ją widzieć! Usłyszeć coś!
   Spojrzałam w prawo. Chłopak i dziewczyna nadal chowali się za drzewem.
   - Charlotte, proszę…
   - Kto zostawił drzwi otwarte?!
   - J-ja – odpowiedział Arthur ze skruchą i przełknął ślinę.
   Charlotte wpatrywała się w niego przez chwilę, a potem cały jej gniew jakby opadł.
   - Masz ogromne szczęście, że jesteś moim mężem. Inaczej potraktowałabym cię tak, jak tą dziewuchę. A teraz pomóż mi zanieść ciało z powrotem do środka. Potem przyślij kogoś, żeby usunął krew.
   Ona chwyciła za ręce, a on za nogi. Gdy Charlotte zamykała drzwi, chwyciła kawałek ziemi w ręce.
   - Terra, nostra celar secretum – powiedziała i zamknęła za sobą drzwi.
   Ziemia z powrotem przykryła sobą drzwi i las wyglądał tak, jakby nic się nie stało. Oczywiście oprócz wielkiej plamy krwi obok mnie.
   Dziewczyna kryjąca się za drzewem, upadła na ziemię.
   - Nie… - szepnęła gniotąc liście w pięściach. – Dlaczego to musiała być ona? Nie…
   Chłopak ukląkł przy niej.
   - Elizabeth… musimy stąd iść.
   - Ale oni zabili Ruby… Dlaczego?
   - Elizabeth, musimy iść…
   Nagle obraz zaczął się zmieniać. Znów siedziałam w swoim pokoju. Czym prędzej zdjęłam naszyjnik i rzuciłam go w kąt.
   Pan Moore był taki miły… to były tylko pozory? Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Tyle pytań chodziło w mojej głowie.
   Dlaczego zabili tą dziewczynę? Czy pan Arthur miał ponad trzysta lat? Czy może był nieśmiertelny? Kim była ta kobieta Charlotte? Po co trzymali tą biedną dziewczynę w zamknięciu? O jakim zabiegu mówił pan Moore? I najważniejsze: co znajdowało się za tymi drzwiami?
   Serce biło mi jak oszalałe. Odsunęłam się z krzesłem od biurka. Strach oblał mnie jeszcze bardziej. Na moich łydkach i butach znajdowały się krople krwi. Tak się przestraszyłam, że spadłam z krzesła. Pobiegłam do łazienki i w ubraniach weszłam pod prysznic.


***

Rozdziały są trochę krótsze. Nie jest to wielka różnica, ale jednak. Mam już ustawione "W następnym rozdziale..." Znajduje się tuż pod rozdziałami. Chciałabym również abyście pomogli mi wymyślić jak Bryn zemści się na Coltonie. Mam już wymyślony plan awaryjny, ale szczerze mówiąc nie podoba mi się. Więc do dzieła! Pomóżcie mi, proszę...

2 komentarze:

  1. Nie moja tematyka, ale przeczytałam wszystkie rozdziały i czytało mi się bardzo fajnie :)
    Czekam na kolejny rozdział, szczególnie po tym zwiastunie ;D
    Obserwuję i zapraszam do siebie:
    http://jakogieniwoda.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Opowiadanie wydaje mi się bardzo ciekawe. Dobrze napisane, że z lektur można nauczyć się tylko patriotyzmu, popieram w 100%.
    http://sercelodowe.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń