piątek, 13 lutego 2015

Rozdział 18

   Rano chodziłam jak prawdziwy duch. Nie byłam wyspana. Do północy sprzątałam pokój, a potem, gdy tylko zamykałam oczy, widziałam tą biedną dziewczynę Ruby, a raczej jej ciało. Próbowałam też myśleć o bardziej przyziemnych sprawach. Nie odpuszczę Coltonowi tak łatwo. Leo coś mówił, że wykorzystał już wiele dziewczyn, więc może one mi pomogą.
   Dzień mi się trochę dłużył i byłam taka szczęśliwa, gdy została nam tylko jedna lekcja: walka bronią.
   Wybrałam sobie sztylet. Łuk jakoś do mnie nie przemawiał, może dlatego, że posługiwali się nim łowcy, tak samo jak kuszą. Nie mieliśmy tu broni palnej, więc zostały jeszcze składane włócznie, toporki itp. Zastanawiałam się między sztyletem, a tak zwanym „omnes”. Z łacińskiego „wszystko”. Było to urządzenie o kształcie i wielkości rolki papieru kuchennego. Było całe czarne, ze srebrnym paskiem po środku. Zamieniało się w dowolną broń. Nie wybrałam tego, ponieważ jest dla bardziej zaawansowanych obozowiczów. Trzeba mieć najpierw opanowane podstawowe bronie, bez tego omnes jest bezużyteczny.
   Mój sztylet wyglądał jakby go nie używano od wieków. Miał czarną pochwę z okuciami z brązu. Jego rzeźbiona, drewniana rączka świetnie leżała w moich dłoniach. Gdy wysunęłam go z pochwy, zobaczyłam trójkątne ostrze, długie na jakieś piętnaście centymetrów, które błyszczało, jakby ktoś je przed chwilą polerował. Brzegi jego klingi były ostre jak brzytwa.
   Pan Reno pokazał mi jak się nim posługiwać. Powiedział, że ta broń powinna być przedłużeniem mojej ręki.
   - Nie rozumiem – odparłam. – Skoro mamy pazury, to po co nam sztylety?
   - Nie wiesz co Ci się może przytrafić. Pazury mogą się złamać, tak samo jak kły. W tych czasach łowcy posługują się również środkami odurzającymi. Niektóre z nich blokują naszą wilczą stronę.
   Po długich ćwiczeniach pan Reno powiedział, że niedługo przydzieli mnie do jakiegoś ucznia, ponieważ wybiłam się na przeciętny poziom.
   Jutro nareszcie sobota… Będę mogła trochę odetchnąć. Przemyśleć wszystko na spokojnie. Czy to miejsce naprawdę było złe? Czy dyrektor miał trzysta lat? Westchnęłam. Czy naprawdę wszystko musi być takie skomplikowane? A co jeśli to co mówił Neema jest prawdą i naszyjnik próbuje mnie omamić wciskając mi kity? Sama nie wiem, czy dobrze postępuję…
   Lekcje się skończyły, a ja poszłam do pracowni. Tak teraz nazywałam salę zainteresowań. Moja nazwa o wiele lepiej brzmi. Już chciałam zająć się malowaniem, gdy zauważyłam, że do pomieszczenia wszedł Louis. Zatrzymał się przy stołach z mechanizmami i zmarszczył brwi podnosząc coś na kształt małego silniczka. Gdy marszczył brwi wyglądał tak zabawnie… i pociągająco… Skarciłam się w myślach. Potem on odwrócił głowę i zauważył, że się mu przyglądam. Odwróciłam wzrok. Odłożył silniczek i już chciał iść w moją stronę, gdy Aya zawołała go po imieniu. Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
   Muszę w coś uderzyć. Zacisnęłam zęby i ruszyłam ku wyjściu. Zdążyłam zobaczyć jeszcze, że Lou patrzy ze smutną miną w miejsce, gdzie przed chwilą stałam.
   Czułam, że jestem cała czerwona na twarzy. Dlaczego jestem taka zła? Przecież lubię Ayę.
   Usiadłam przy ognisku i objęłam się ramionami. Patrzyłam jak drewienka pożera zachłanny ogień.
   - Hej – odparł Leo, siadając obok mnie. – Co tam?
   - Po staremu – powiedziałam bez entuzjazmu.
   - Hmm… - przyglądał mi się chwilę. – Jak myślisz, jak się nazywa chiński zawodnik karate?
   Zmarszczyłam brwi.
   - Co? Nie mam pojęcia.
   - Jajami o mate.
   Zaśmiałam się.
   - Będziesz mi tu teraz walił sucharami?
   - Muszę poprawić Ci humor. Co mówi prostytutka, gdy umiera?
   - Nie wiem – nadal się uśmiechałam.
   - Dłużej już nie pociągnę. Już lepiej? – spytał, widząc mój promienny uśmiech.
   - Tak, o wiele. Dzięki.
   - Nie ma za co. Dziś w nocy wybieramy się do miasta – dodał po chwili – chcesz iść z nami?
   - Jak to do miasta? Przecież nie możemy wychodzić. I dlaczego w nocy?
   - Bo widzisz… wymykamy się co jakiś czas. Jesteśmy tu na odludziu i każdemu przyda się trochę rozrywki. A nauczyciele nic jeszcze nigdy nie zauważyli.
   - I tak nie mamy pieniędzy.
   - Colton ma konto bankowe. Co jakiś czas rodzice przelewają mu na nie jego spore kieszonkowe. Myślę, że Ci nie odmówi.
   - Daj spokój. Nie wezmę od niego ani złamanego grosza.
   - Ale chociaż rozerwiesz się.
   - A kto jeszcze jedzie?
   - Aya, Sonia, Colton, ja i ty. Jest tylko pięć miejsc w aucie.
   - Skąd macie auto?
   - Znalazłem je jakiś rok temu przy małej dróżce, w lesie. Było popsute i leżało tam już sporo czasu. Naprawiliśmy je z Neemą i schowaliśmy w krzakach niedaleko stąd. No weź, będzie fajnie, zobaczysz.
   - No nie wiem, coś mi tu śmierdzi kitem.
   Hmm… sama nie wiem. Jutro jest sobota, więc nic się nie stanie, jak zarwę noc. Poza tym nie chciałam wracać do moich problemów, które i tak zajmowały mi większość czasu.
   - Będzie fajnie. To jak?
   - Okej – zgodziłam się. – To kiedy jedziemy?
   - Po ciszy nocnej. Spotykamy się na placu bojowym.
   Po kolacji wróciłam do domu. Otworzyłam znów wisiorek, ale on milczał. Może go popsułam? Nie… przetrwał jezioro, więc zwykłe rzucenie go o ścianę nie powinno nic zdziałać.
   Czas mijał wolno, a ja czekałam i czekałam na tą ciszę nocną. W końcu wybiła dziesiąta. Odczekałam pięć minut i wyszłam po cichu z domku. Obóz pogrążony był w półmroku, gdzieś w oddali majaczyło światło jednej z lamp. Wokół panowała grobowa cisza i szczerze mówiąc trochę się bałam.
   W końcu dostrzegłam trzy osoby na skraju pola. Podbiegłam do nich. Rozmawialiśmy szeptem o zwykłych sprawach, czekając na Sonię. Nadal nie mogę się przyzwyczaić do nowego koloru jej włosów. Gdy się zjawiła, wszyscy weszliśmy w las. Szliśmy jakieś pół kilometra i doszliśmy do dużych zarośli. Jak się okazało, był pod nimi przykryty samochód terenowy. Był cały porysowany, w drzwiach z prawej strony było wielkie zgniecenie, a tylna szyba była wybita. Może jednak Leo mówił prawdę? Aya i Colton usiedli z przodu, a reszta z tyłu. Ja siedziałam na środku. Przed chwilę jechaliśmy w milczeniu przez wąską dróżkę, gdy w końcu Colton się odezwał:
   - Parę dni temu Neema mówił, że odcięli nam dostęp do Internetu w Sali komputerowej. Byłem dzisiaj to sprawdzić, ale budynek był całkowicie zamknięty. Pisało, że to jakaś awaria.
   - Dziwne – powiedziała Aya. – Tu zawsze wszystko działa.
   - Poza tym – kontynuował Colton – zauważyłem, że dawno nie doszedł do nas nikt nowy. Wy byłyście ostatnie – zwrócił się do mnie i do Sonii, jednak nie śmiał spojrzeć mi w oczy.
   Wyjechaliśmy na asfalt. Drogi były puste, więc spokojnie jechaliśmy.
   - Są tu u was czasem jakieś imprezy? – spytała Sonia.
   - Jasne – odparł Leo – przeważnie dyskoteki, ale niedługo będzie większa impreza.
   - Bal wiosenny – powiedziała Aya. – Co tu się stało? – zapytała patrząc przed siebie.
   Na drodze stało kilka rozwalonych aut i jeden tir. Chyba był tu wypadek. Tir zablokował drogę. Za poniszczonymi autami stało jeszcze wiele innych, jakby całe miasteczko wybrało się na emigrację.
   - Jedź dalej – powiedział Colton.
   Aya zjechała na pobocze i minęła samochody. Próbowaliśmy coś dostrzec, ale było zbyt ciemno.
   Dojechaliśmy do centrum miasteczka i zaparkowaliśmy auto przed supermarketem. Była absolutna cisza, nikogo w okolicy. Widziałam, że powoli każdy z nas staje się kłębkiem nerwów.
   Jedna, duża szyba w supermarkecie była zbita, ale w środku paliło się światło. Na drzwiach był napis „24h na dobę”. Spojrzeliśmy po sobie. Nikt nie chciał wejść pierwszy, oczywiście ja musiałam to zrobić.
   - Halo? – zapytałam. – Jest tu kto?
   Cisza. Przyjaciele weszli za mną do sklepu. Nagle białe światło zgasło i cały sklep pogrążył się w ciemności. Po chwili jednak znów się zapaliło, ale zaczęło migotać.
   Przełknęłam ślinę. Strasznie się bałam. Co tu się stało?
   Z pozorów sklep wyglądał normalnie, ale gdy się weszło dalej, wszystkie półki po prawej stronie były porozwalane. Ruszyłam jeszcze dalej, w głąb sklepu.
   Fuj. Co tu tak śmierdzi? Czy to zgniłe mięso? Zapach chyba leci zza tamtej półki z chemikaliami. Podeszłam bliżej i zakryłam nos. Smród był nie do wytrzymania. Przełknęłam ślinę i spojrzałam co jest za półką.
   Krzyknęłam. Zakryłam usta dłonią.
   Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak przerażającej scenki. Po środku przedziału leżało ciało w morzu krwi. Było rozprute od szyi aż do krocza. Trudno było powiedzieć czy to mężczyzna, czy kobieta, ponieważ twarz była całkowicie zmasakrowana. Żebra ofiary były wygięte do góry tak, aby był łatwiejszy dostęp do wnętrzności. A one wyglądały, jakby ktoś je zmielił w mielarce do mięsa i zrobił sobie sałatkę. Wokół ciała walały się kawałki tej sałatki. Wszystko gniło i skóra z nagich nóg dosłownie spływała na ziemię ujawniając zgnite mięśnie i kości.
   Zanim odwróciłam wzrok, zdążyłam jeszcze zobaczyć, że ciało ma odgryzione palce od rąk i nóg.
   Jako pierwszy podbiegł do mnie Leo i też zakrył usta dłonią, aby nie zwymiotować. Aya niestety nie wytrzymała.
   - Kto mógł zrobić coś takiego? – powiedziała z przerażeniem Sonia.
   - Lepiej się stąd zmywajmy – odparł Colton.
   - Zgadzam się - odpowiedziała roztrzęsionym głosem Aya.
   Nagle usłyszałam kroki. Były stłumione jakby dochodziły zza ściany. Spojrzałam na najbliższe drzwi.
   - Nie ma mowy – powiedziała Sonia. – Wiem o czym myślisz.
   - Jesteśmy wilkołakami – odparłam przekonująco – on nic nam nie zrobi.
   - A jeśli to łowca?
   - Oni nie zabijają cywilów. To jakiś psychopata z nożem. Dam mu radę.
   - Nie pójdziesz sama.
   - Ja pójdę – powiedział stanowczo Leo.
   Ruszyliśmy do drzwi. Położyłam rękę na klamce.
   - Zaczekamy na was – powiedział Colton. – Tylko uważajcie na siebie.
   Nacisnęłam klamkę i wsunęliśmy się do wąskiego korytarza, który biegł w lewą stronę. Nikogo tam nie było, więc ruszyliśmy przed siebie. Oboje byliśmy cicho jak myszki pod miotłą. Leo szedł tuż za mną. Minęliśmy jedne drzwi, ale odgłosy dobiegały z drugiego pomieszczenia. Wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam powoli klamkę. Uchyliłam drzwi.
   Pokój był spowity ciemnością. Widać było tylko jedno: ogromną człekokształtną sylwetkę kryjącą się w kącie. Postać miała dwa i pół metra i była cała pokryta sierścią. Jej nogi były dziwnie skrzywione, jakby należały do zwierzęcia, a nie człowieka. Jego ręce były bardziej człowiecze. Talię miał bardzo chudą, a barki olbrzymie. Miał dużą muskulaturę, jednak widać było mu żebra. Był przygarbiony i zdawało się, że nie ma szyi. A twarz… nie to nie była twarz. To był pysk wilka połączony z twarzą. Zwierze wyglądało jak dziecko człowieka i wilka. Nie było ani tym, ani tym. A najstraszniejsze były jego oczy. Czerwone oczy, które wpatrywały się prosto we mnie i Leo.
  Adrenalina podskoczyła mi maksymalnie. Czułam, że jeszcze chwila i dostanę zawał.
   - Wiej! – krzyknęłam do Leo.

***
Z góry przepraszam za czcionkę, ale gdy chciałam ją zwiększyć, robiła się całkiem duża. Chyba blogger mi szwankuje...

4 komentarze:

  1. Super, masz talent do pisania, pisz dalej! Czekam na kolejny rozdział ♥ ☺
    Widzę że chyba bardzo lubisz wilki ;)

    http://haywi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń