wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 21

   Opowiedziałam mu prawie o wszystkim. Od samego początku. Nie ominęłam nawet krzywd, które mi wyrządzono. Słowa wylewały się ze mnie jak z woda z wodospadu. Po policzkach płynęły mi gorące łzy. Usiadłam na łóżku i podciągnęłam kolana. Zaszlochałam i podciągnęłam nosem. Nie powiedziałam mu tylko o jednym. O mojej bliźnie. Powiedziałam mu wszystko co leżało mi na sercu. Gdy już skończyłam, Leo nie odzywał się. Pomyślałam, że zasnął, więc spojrzałam na niego. Jego sarnie oczy wpatrywały się we mnie.
   Leo zaczął opowiadać o sobie. Jego ojciec porzucił go, gdy był mały. Mieszkał z młodszą siostrą i matką. Bardzo je kochał. Mama była surowa, ale i tak uważał ją za najwspanialszą kobietę na ziemi. Lubił chodzić do lasu i rozmyślać. Pewnego razu pobił się w szkole z kolegą, który mówił wyssane z palca historie na temat jego ojca. Leo dostał szlaban. Jednak w domu nie mógł się skupić, więc wieczorem wymknął się do lasu. Alfa go dopadła. Wrócił do domu, nie wiedząc co się stało. Nie powiedział nic swojej mamie, bo nie chciał, aby straciła do niego zaufanie. Rana się nie goiła, ale siedział cicho i sam próbował się wyleczyć. Gdy nadeszła pełnia, czuł się okropnie. Jego matka to zauważyła i wtedy powiedział, że ugryzł go wilk. Wsiedli w samochód i pojechali do szpitala. Tylko, że nie dojechali. W czasie jazdy Leo zmienił się. Gdy się obudził, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zobaczył poturbowany samochód, który wcześniej przekoźlołkował przez zbocze. Na drzwiach zadrapania pazurów. W środku pełno krwi i ciała jego rodziny. Był do połowy nagi i cały w czerwonej, gęstej mazi. To on je zabił. Zabił jedyne bliskie mu osoby. Sumienie doprowadzało go do szaleństwa. Podciął sobie żyły o wystający kawałek metalu z samochodu. Ale rany się zagoiły. Przez resztę dnia chodził obłąkany po lesie. W końcu ktoś go znalazł. Jeden z agentów M.A.R.Z.N. zabrał go do obozu.
   Opowiadał tą historię z wielkim trudem. Gdy już skończył, również rozpłakał się jak dziecko. Siedziałam na łóżku, patrząc jak trzęsie się, targany emocjami. Nie wiedziałam co mam zrobić. W końcu powiedziałam:
   - Chodź tu.
   Usiadł obok mnie i wtulił głowę w moją klatkę piersiową. Zmoczył mi łzami całą bluzkę, ale nie byłam na niego zła. W końcu oderwał się ode mnie i oboje oparliśmy się o ścianę. Siedzieliśmy w ciszy. W nocy zrobiło się zimno, więc przykryłam się kołdrą i bezwiednie opadłam na poduszkę.
   - Nie rozumiem tego – powiedziałam. – Louis również zabił człowieka, a jego oczy nadal są złote.
   - Zmieniają kolor, gdy osoba jest niewinna – odparł Leo zachrypiałym od płaczu głosem.
   - Tak, ale określenie „niewinny” może mieć wiele znaczeń.
   - W tym przypadku miano „niewinnej” ma osoba, która nigdy nie zabiła. Eric próbował Cię zabić, ale wcześniej nic nie zrobił. Dlatego był niewinny.
   - Ale dlaczego tylko my mamy te cholerne niebieskie oczy? Przecież wilki nie pamiętają swojej przemiany. Szaleją i zabijają wszystko co widzą. Nie wierzę, że nikt nikomu nic nie zrobił.
   - Alfy pilnują swoich bet. Każda alfa ma obowiązek nie dopuścić, aby jej beta kogoś zabiła podczas pełni. Ja mojej alfy nigdy nie poznałem. Porzuciła mnie. Gdyby nie obóz, byłbym omegą.
   Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę w ciszy. Leo chciał wrócić na kanapę.
   - Poczekaj… - chwyciłam go za przedramię. – Mogę się jeszcze do ciebie przytulić? – spytałam z nadzieją w głosie.
   - Złamię kolejną zasadę – odparł z lekkim uśmiechem na twarzy, ale i tak położył się obok mnie.
   Tym razem to ja wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Pachniał cytrynami, tak jak zawsze. Przyciągnął mnie do siebie i objął w talii, a ja zasnęłam w jego ramionach. I nie chciałam się budzić…


   Ale się obudziłam. I jego już przy mnie nie było. Potem powiedział, że wyszedł szybciej, aby nikt go nie zauważył. Trochę się zawiodłam. Chciałabym kiedyś się przekonać, jak to jest obudzić się w czyichś ramionach.
   Śniadanie mijało powili i spokojnie. Do czasu.
   Do sali wszedł pan Moore. Miał naburmuszoną minę i był zły. Ostatni raz widziałam go w obozie, gdy tu przybyłam. Od tego czasu go nie widziałam. Pewnie był na innych placówkach M.A.R.Z.N.. Co go skłoniło do przyjazdu do obozu?
   Odchrząknął i wszyscy obozowicze spojrzeli prosto na niego.
   - Przyjechałem do obozu w ważnej sprawie – odparł. – Mianowicie z domu nauczycieli została skradziona pewna rzecz. Jest ona bardzo ważna i nie puścimy tego płazem. Jeśli złodziej się przyzna i odda skradzioną rzecz, jego kara nie będzie aż taka sroga. A jeśli nie… - spojrzał mi prosto w oczy - …powinien się już bać. Ma czas do wieczora.
   Odwrócił się na pięcie i odszedł.
   Wiedział, że to ja. Ale skąd?
   Wymieniliśmy z Leo porozumiewawcze spojrzenia. Mieliśmy ponure miny.
   - Ktoś musiał być naprawdę głupi, żeby coś ukraść Arthurowi – powiedziała Aya.
   Louis spojrzał na mnie. Podejrzewał mnie. Widać to było w jego wzroku. On nie miał pojęcia co działo się w miasteczku. Był na mnie zły, że zaburzyłam jego cudowne wyobrażenia. Myślał, że chcę wszystko zniszczyć.
   - Nie jestem już głodny – odparł Leo i spojrzał na mnie. Wstał od stołu, a ja za nim.
   Upewniliśmy się, że nikt za nami nie idzie i poszliśmy do drzewa z huśtawką. Leo usiadł na ziemi, a ja zaczęłam się huśtać.
   - Co robimy? – spytał.
   - Nic – odparłam. – Nie zrobimy nic.
   Spojrzałam mu prosto w oczy.
   - Jeśli jakoś się dowiedzą, ciebie tam nie było i nic nie wiesz. Rozumiesz?
   Nie mogłam pozwolić, aby był w to zamieszany. Nie on.
   - Nie zrobię Ci tego – odparł. – Też tam byłem.
   - Nie było Cię tam. Byłam sama. Obiecaj, że się nie przyznasz.
   - Nie mogę Ci tego obiecać.
   - Musisz.
   Pokiwał przecząco głową i na tym się skończyło. Nie potrafiłam go przekonać.
   Poszliśmy na lekcje samoobrony. Tak jak mówił wcześniej pan Reno, wzbiłam się na średni poziom. Na moje nieszczęście Louis też. Pan Reno przydzielił nas do siebie.
   Przez chwilę unikaliśmy swoich ciosów w ciszy. W końcu Lou się odezwał:
   - Wreszcie jesteśmy bezpieczni. A ty wszystko psujesz.
   - Wcale nie jesteśmy bezpieczni – warknęłam. – Ty nie masz zielonego pojęcia co się tu dzieje.
   - To mnie oświeć.
   - Nie mogę… - powiedziałam łamiącym się głosem.
   - Nie chcę znów uciekać. Mam już tego dość. Nie zniszcz tego.
   - Nie jesteś w to zaplątany.
   - Myślisz, że zostawiłbym Cię samą?
   Co?
   Wykorzystał moją nieuwagę i powalił mnie na ziemię.
   Zabolała mnie moja rana, więc obróciłam się na brzuch.
   - Co to jest? – zapytał, podnosząc wyżej moją bluzkę.
   - Nic – szybko wstałam z ziemi. – Nie twoja sprawa – ściągnęłam bluzkę najniżej jak potrafiłam. – Muszę odpocząć.
   Podeszłam do małej ławeczki stojącej na skraju pola. Czułam jak odprowadza mnie wzrokiem. Usiadłam i westchnęłam. Siedziałam chwilę w spokoju, ciężko dysząc. Potem ktoś usiadł obok mnie.
   - Ładny dziś mamy dzień, prawda? – spytał pan Moore.
   - Tak, piękny – przyznałam. – Niedługo lato.
   Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy.
   - Jeśli wiesz coś na temat złodzieja, to może zapomnę.
   - Co pan zapomni, panie dyrektorze?
   - To, co zrobiłaś odejdzie w niepamięć.
   Zmarszczyłam brwi. O co mu, do jasnej cholery chodzi? Może o wypad do miasta?
   - Nie mam zielonego pojęcia o czym pan mówi – nawet nie mrugnęłam.
   Uśmiechnął się.
   - Mieszkałaś w Bullhead City, prawda? Tak, wiem dlaczego musiałaś wyjechać. Znam kolor twoich oczu.
   - Skąd…
   - Ufasz niewłaściwym osobom, panno Case. Jeśli znajdę dowód, że to ty – pochylił się nade mną – nie puszczę tego płazem.
   Wstał i odszedł.
   Wiedzieli o tym tylko Louis, Sonia i… Leo.
   Jak mógł? Zaufałam mu! Zwierzyłam się z wszystkiego! Pewnie teraz rozpowiadał moje tajemnice! A te jego gówniane historyjki były zmyślone! Jaka ja byłam głupia. Ufałam mu…
   Zawód jaki mi sprawił, był nie do opisania. A ja myślałam, że mogę mu powiedzieć wszystko!
   Wstałam z ławki z zaciśniętymi zębami. Leo ćwiczył z Neemą i śmiali się z czegoś. Podeszłam tam szybkim krokiem i popchnęłam Leona.
   - Jak mogłeś?! – krzyknęłam. – Ufałam Ci!
   Zmarszczył brwi.
   - O co Ci…
   - Jesteś taki jak wszyscy – przerwałam mu. – Nawet się do mnie nie zbliżaj!
   - Ale… - złapał mnie za ramię, ale się wyrwałam.
   - Co się dzieje? – Louis zaciekawił się moimi krzykami.
   - Nie twój zasrany interes!
   Odwróciłam się i pobiegłam do domku. Po drodze ocierałam łzy.
   Jak mógł?
   Dotarłam do drzwi i oparłam się o nie. Jęknęłam. Czułam się gorzej, niż po tym jak dowiedziałam się, że Lou nic do mnie nie czuje. Otworzyłam drzwi, podciągając nosem. Zakluczyłam. Nawet mnie nie zdziwiło, że cały mój pokój był pogrążony w chaosie. Spodziewałam się, że go przeszukają w poszukiwaniu klucza. Przeszłam przez pokój próbując na nic nie nadepnąć i podłam bezwładnie na łóżko. W pokoju nadal roznosił się zapach cytryn.
    Najpierw przyszedł Leo. Pukał do drzwi i próbował wejść. Tłumaczył, że nic nie zrobił i nie wie o co chodzi. Przykryłam sobie poduszką uszy i próbowałam myśleć o czymś innym. Po jakimś czasie odszedł.
   Potem przyszedł Louis. Pukał chwilę i mówił, żebym go wpuściła, ale ja byłam nieugięta. Zniechęcił się i odszedł.
   Była również Sonia. Próbowała zachęcić mnie, abym przyszła na kolację. Nie udało jej się.
   W wolnym czasie posprzątałam pokój. I tak nie miałam nic innego do roboty. Na szczęście nie znaleźli wisiorka Dirige. Wzięłam go do ręki i otworzyłam.
   Terra, ostende occultum.
   Pisało w środku. Łacina. Tylko co to oznacza?
   Powiedz to, a zobaczysz drzwi.
   A więc to jest zaklęcie, które mi pomoże! Wzięłam zwitek kartki i zapisałam je. Nie ma bata, muszę tam iść. Włożyłam kartkę do kieszeni. Ubrałam czarną kurtkę i wyszłam po cichu. Całe szczęście było już ciemno.
   Szłam cicho przez las. Gdy byłam w połowie drogi, coś usłyszałam. Stanęłam jak wryta. Zamknęłam oczy i natężyłam słuch. Usłyszałam bicie serca. Nie zaraz, dwóch… trzech. Ukrywali się w cieniu. Zaczęłam biec. Oblazło mnie przerażenie. Miałam przeczucie, że chcą mi coś zrobić.
   Dobiegłam do pomostu, a dalej na plac główny. Zagłębiłam się w tłum nastolatków i uspokoiłam trochę oddech. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Krzyknęłam i odwróciłam się. Za mną stał Louis.
   - Co się stało? – spytał.
   Nie odpowiedziałam. Objęłam go tylko i wtuliłam twarz w jego klatkę piersiową. Załkałam, a on przytulił mnie. Był trochę nieobecny, jakby się nad czymś zastanawiał.
   - Powiedziałaś Leonowi o Ericu? – spytał.
   Spojrzałam mu w oczy i zmarszczyłam brwi.
   - A co?
   - I o to nakrzyczałaś na niego? Podczas lekcji? Myślałaś, że powiedział panu Moore, tak?
   Pokiwałam głową.
   - Bo widzisz… - westchnął. – Dzisiaj rano, jeszcze przed śniadaniem pan Moore wezwał mnie do siebie. Mówił, że coś zrobiłaś. Powiedział, że jesteś jeszcze szczenięciem w naszym świecie i może dać Ci drugą szansę. Musiałem mu tylko powiedzieć wszystko co wiem na twój temat. Więc powiedziałem.
   Gdy to mówił, krajało mi się serce. On i Sonia byli osobami, którym najbardziej ufałam. Przyglądałam mu się tępym wzrokiem. Łza spłynęła mi po policzku, ale nic nie powiedziałam. Po prostu odwróciłam się na pięcie i ruszyłam biegiem do domku. Powiedziałam sobie, że nie będę płakać. Już dość tych łez. Zaciskałam tylko zęby. Nawet za mną nie poszedł.
   Już byłam prawie przy domku, gdy zauważyłam, że ktoś się przy nim kręci. Najpierw ogarnął mnie strach. Potem zdałam sobie sprawę, że to Leo. Zrobiło mi się strasznie głupio. Oskarżyłam go praktycznie bez podstaw. Musiałam go przeprosić. Zauważył mnie i podszedł szybkim krokiem.
  - Bryn, proszę, wysłuchaj mnie. Ja nic nie zrobiłem…
  - Ja… wiem. I… przepraszam – spuściłam wzrok, zaczęłam grzebać nogą w piasku.
   Przez chwilę nic nie mówił.
   - Mogłabyś chociaż powiedzieć o co mnie oskarżyłaś?
   Opowiedziałam mu o mojej rozmowie z Moore’em. Wyjaśniłam mu, dlaczego pomyślałam, że to on.
   Pokiwał lekko głową. Przełknęłam ślinę i westchnęłam.
   - Wszyscy mnie teraz oszukują…
   Już chciałam iść do domku, gdy Leo zapytał:
   - Coś się stało? Wyglądasz jakbyś się czegoś bała…
   Opowiedziałam mu o tym, że słyszałam kogoś w lesie.
   Wyglądał jakby się zastanawiał. Nadal był przygnębiony. Wciąż było mu przykro, że tak go potraktowałam.
   Uśmiechnęłam się blado. Czasami robię coś, a potem żałuję. Stwierdziłam, że dłużej nie będę ciągnąć tej rozmowy. Czy zaprzepaściłam swoją szansę na przyjaźń?
   - Dobranoc – odparłam.
   Złapał mnie za nadgarstek.
   - Czekaj… Nie jesteś tu bezpieczna – wskazał na dom.
   Cóż. Miał rację.
   - Poradzę sobie.
   Pokiwał głową w zamyśleniu.
   - Co zrobisz?
   Wzruszyłam ramionami. I tak pewnie nie zasnę ze strachu. Będę siedzieć na łóżku i wpatrywać się w ciemność.
   - Wezmę całonocną wartę.
   - Nie – odparł. – Mam u ciebie dług. Muszę go spłacić. Tym razem chodź do mnie.
   - Leo…
   - Żadne Leo, tylko idziesz i koniec.
   Z pokoju wzięłam tylko ubrania na przebranie i wisiorek. Zaprowadził mnie do budynku Nieodkrytych. Był jednym z mniejszych. W środku było tak jak we wszystkich innych budynkach. Leo zaprowadził mnie pod pokój nr 103.
   - Ostrzegam Cię – powiedział. – Nie sprzątałem.
   Otworzył drzwi. Pokój był niewielki, ale dobrze zagospodarowany. Z prawej i lewej strony stały dwa łóżka. Między nimi biurko, przy którym siedział Neema. Obok łóżek stały również szafy. Wszędzie walały się ubrania. Neema grał w jakąś grę na PSP. Nawet się nie spytałam skąd to ma.
   - Neema, nie chciałbyś odwiedzić Dave’a? Albo Mathew?
   Neema spojrzał na nas i się uśmiechnął.
   - Leo, nie wiedziałem, że taki z ciebie lovelasek.
   Uśmiechnęłam się lekko i zarumieniłam.
   - Idź już.
   Ciemnoskóry chłopak wstał i wyszczerzył białe zęby.
   - Tylko bądźcie cicho.
   Leo przewrócił oczami, a Neema wyszedł. Latynos pozbierał wszystkie ubrania i wrzucił do jednej z szaf.
   Położyłam się do łóżka z prawej strony. Od razu poczułam zapach cytryn.
   - To twoje łóżko? – spytałam, a on kiwnął głową.
   - Skąd wiedziałaś?
   - Pachnie cytrynami. A wszystko czego dotykasz tak pachnie. Masz szampon o takim zapachu czy jak?
   - Tak, uwielbiam go – usiadł na drugim łóżku i oparł się o ścianę.
   Siedzieliśmy chwilę w ciszy.
   - A więc… wybaczyłeś mi te oskarżenia?
   - Rozumiem Cię – odparł ostrożnie. – I nie mam Ci za złe, że tak pomyślałaś.
   Kiwnęłam głową i wtuliłam twarz w poduszkę.

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 20

   Ktoś usiadł obok mnie na pomoście. Nie widziałam, kto to, ponieważ wcześniej podciągnęłam kolana, objęłam je rękoma i ukryłam twarz cicho szlochając.
   - Dlaczego płaczesz? – to znów Leo.
   - Bo życie mi na nic innego nie pozwala… - powiedziałam smutnym głosem. Otarłam sobie łzy.
   - Coś się stało?
   - A dlaczego chcesz wiedzieć? Dlaczego wszyscy są tacy upierdliwi i wtykają nos w nie swoje sprawy?
   Smutek przerodził się w lekki gniew. W chwili, gdy chciałabym pobyć sama, w spokoju, przemyśleć wszystko, to przychodzi taki Leon i musisz mu wszystko tłumaczyć.
   - Nie robiłbym tego – odparł spokojnie. – Ale zauważyłem, że jesteśmy do siebie bardzo podobni.
   Spojrzałam na niego. On był Latynosem, a ja Amerykanką. Nie było w nas nic podobnego. Nawet akcent mieliśmy inny, chociaż Leo wychował się w Ameryce. 
   - W jakim sensie?
   - Bo widzisz… - spojrzał w dal. – Wiem, że czujesz się samotnie. Masz przyjaciół, ale widzę, że i tak jesteś jakaś przygnębiona. Ja mam tak samo. Oboje wiele przeszliśmy w życiu… Oboje mamy niebieskie oczy.
   Spojrzałam na niego z przerażeniem.
   - Skąd wiesz?
   Tak bardzo się starałam, żeby nikt nie zauważył…
   - Zgadywałem – odparł patrząc mi w oczy. – Byłem jedynym takim wilkiem w obozie. A gdy wy przyjechaliście, pojawił się drugi. Louis urodził się wilkiem. Oni od małego uczą się jak opanować swoje moce. Zostałaś ty i Sonia. Pomyślałem, że ty.
   - Dlaczego?
   - Cały czas chodzisz przygnębiona. W oczach masz pełno bólu i wyglądasz jakby sumienie cię gryzło.
   Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Spojrzałam w dal tępym wzrokiem i nie myślałam o niczym.
   - Jeśli powiesz mi, dlaczego twoje oczy są niebieskie, to ja powiem Ci dlaczego moje są.
   Nie odzywałam się. Czy mogłabym mu powiedzieć? Czy osądzałby mnie? On też zabił kogoś niewinnego, ale na pewno zrobił to nieumyślnie, a ja… Sama już nie wiem. Nienawidziłam siebie, że to mi się podobało. Gdy patrzałam na Erica przypomniałam sobie wszystkie krzywdy jakie mi wyrządził. I tak się cieszyłam, że to wszystko pójdzie w niepamięć. Że będę wolna. Ale teraz było całkiem odwrotnie. Poczucie winy spętało mnie w swoje łańcuchy, a ja nie miałam się jak uwolnić.
   - Chciałbym zostać twoim przyjacielem – odparł. – Wiem jak trudno jest znaleźć kogoś kto cię zrozumie. Inni nie wiedzą jak to jest – zamyślił się i spojrzał na horyzont. – Nie wiedzą co czujesz, gdy patrzysz na śmierć, którą sam zadałeś…
   Znów pociekły mi łzy. Podciągnęłam nosem.
   - Muszę już iść.
   Wstałam i odeszłam szybkim krokiem.

   Niedziela rozpoczęła się energicznie. Od samego rana rozmawialiśmy o tym co stało się ostatnio. Snuliśmy jakieś domysły. Po południu Aya oznajmiła, że ma przetłumaczony cały tekst. Zaprowadziłam nas do miejsca, w którym była huśtawka, aby nikt nie słyszał o czym rozmawiamy. Usiedliśmy w kółku, Aya wyciągnęła kartkę i zaczęła mówić:
   - Ten gatunek to Lupus Informibus, czyli coś na kształt człowieko-wilka. Są to potomkowie Lykana ble, ble, ble… który był wrogiem matki Lupy. Na początku miały to być lepsze wersje nas – zmarszczyła brwi. – Lykan chciał na siłę udowodnić, że jest lepszy od Lupy. Zawarł pakt z jakimś czarownikiem i wyszło takie szkaradło. Lykan się wściekł. Nawet się nie dziwię. No i chciał zabić wszystkie dzieci, ale kilka z nich uciekło… ble, ble, ble… O, teraz zacytuję: „Są to człekokształtne istoty zrodzone z człowieka i wilka.”
   - Fuj – powiedziała Sonia. – Człowiek z wilkiem? Ble!
   - Mają dużą muskulaturę ciała, są niesamowicie silni i szybcy, ale nie grzeszą inteligencją. Często zawodzą ich zmysły takie jak: wzrok i słuch. Bardzo trudno je zabić. Można to zrobić tylko obcinając głowę, inaczej Lupus Informibus uleczy wszystkie rany i odrodzi się jeszcze silniejszy.
   - Więc ten, którego „zabiliśmy”… – odparł Leo – …jest teraz silniejszy?
   - Na to wygląda.
   - Hmmm… - mruknęłam. – Są głupi, a ich słabość to słuch i węch. Świetnie…
   - To co robimy? -zapytał Colton.
   Wszyscy spojrzeli na mnie.
   - Muszę się zastanowić – powiedziałam.
   Ale ja już wiedziałam co zrobię. Tylko muszę jeszcze ten plan dopracować. I wykonam go sama.
   Wieczorem ubrałam się na czarno. I tak pewnie jakiś wilkołak zauważyłby mnie, ale zawsze jest większe prawdopodobieństwo, że tak się nie stanie. Już chciałam wychodzić, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Z niechęcią otworzyłam.
   - To jaki masz plan? – zapytał z uśmiechem Leo.
   Przewróciłam oczami.
   - Nie mam żadnego planu…
   - To dziwne. Gdy mówiłaś, że musisz się zastanowić, miałaś minę jakbyś już dawno wiedziała. A przez resztę dnia chodziłaś zamyślona, jakbyś dopracowywała szczegóły. No i… jesteś ubrana na czarno. Wychodzisz, a jest już po ciszy nocnej.
   Patrzył na mnie z zadowoleniem.
   - Jak ty…? No jak? – zapytałam ze zdziwieniem.
   - Lubię obserwować ludzi i wyciągać wnioski.
   Westchnęłam. Nie zabiorę go ze sobą.
   - Leo… idź spać.
   - Niestety, ale zatrzasnąłem sobie drzwi i jesteś skazana na mnie – wyszczerzył zęby. – Nie pozbędziesz się mnie.
   Ugh… on naprawdę robi się wkurzający…
   - Dobra… ale trzymaj się z tyłu i o nic nie pytaj. Później Ci wyjaśnię. I… nie przeszkadzaj mi.
   Wyszliśmy z domku i zagłębiliśmy się w las staraliśmy się być jak najciszej. Niestety Leo długo nie wytrzymał.
   - Jak myślisz, co zrobiła Sonia?
   O kurczę. Jeszcze jej o to nie pytałam. Ale mam wrażenie, że patrząc na tego potwora, sprawiła, że czuł ból.
   - Może jej moc się ujawniła? – starałam się mówić jak najciszej. - W końcu już sporo czasu minęło odkąd zostałyśmy zmienione. Dwie pełnie już mamy za sobą.
   - Może - odparł. – Ale to i tak bardzo szybko.
   Dalej szliśmy w ciszy. Leo jeszcze męczył mnie o mój plan, więc w końcu uległam i wytłumaczyłam na czym polega. Doszliśmy do budynku nauczycieli.
   - Które to okno? – spytał.
   - To – wskazałam na jedno ze środkowych.
   - Może jednak ja pójdę?
   - Nie ma mowy. Chodzisz jak słoń.
   Podeszłam do danego okna. Wejrzałam do środka. Nikogo nie było. Niestety klucza też nie mogłam dostrzec. Zauważyłam, że zasuwka na starym oknie jest lekko wysunięta. Skorzystałam z okazji i mocno pchnęłam je. Zasuwka odskoczyła i okno otworzyło się.
   - Stój na czatach – powiedziałam i wsunęłam się do środka.
   Było tam dosyć ciemno, ale byłam wstanie dostrzec półkę na książki, łóżko i inne meble. Najpierw spojrzałam w miejsce, gdzie ostatnio go widziałam. Nic. No dobra, będę musiała poszukać. Hmm… Gdybym chciała schować ogromny klucz, to gdzie bym go schowała? W biurku? Ruszyłam w jego stronę. Gdy zrobiłam trzeci krok, podłoga zatrzeszczała. Zatrzymałam się. Przełożyłam ciężar ciała na drugą nogę i z powrotem. Znów zatrzeszczała. Schyliłam się. Tak, jedna deska była luźna, czy to przypadek? Spróbowałam ją wyciągnąć i udało się. Włożyłam rękę do dziury i zaczęłam szukać. Dotknęłam zimnego metalu, chwyciłam go w rękę i wyciągnęłam. Bingo. Ułożyłam deskę z powrotem na miejsce i wyślizgnęłam się z pokoju. Przymknęłam okno i odetchnęłam z ulgą.
   - Masz?
   - Tak – odpowiedziałam i pokazałam Leonowi klucz.
   - Łał. On jest naprawdę duży.
   Potem z powrotem ruszyliśmy w las.
   - A ty w ogóle wiesz, gdzie jest to miejsce? – spytał Leo po jakimś czasie.
   - No właśnie… w tym rzecz, że nie wiem… Ale to było gdzieś blisko granicy. Na pewno znajdziemy…
   Błąkaliśmy się dobra parę godzin po lesie. Szliśmy wzdłuż granicy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało.
   Doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Szukaliśmy tego miejsca już dosyć długo i nogi zaczęły nas boleć. Już chcieliśmy wracać, ale Leo coś zauważył. Poszłam za nim i zobaczyłam ten sam krater co wtedy.
    Zeszliśmy na sam dół i stanęliśmy przy ziemistej ścianie. Miej więcej zapamiętałam, gdzie była dziurka od klucza i w tym miejscu zaczęłam skrobać ziemię palcami. Na początku ziemia była miękka i spadała łatwo, jednak potem stała się coraz twardsza i w końcu ani ja, ani Leo nie byliśmy w stanie jej usunąć.
   - Charlotte, zanim zamknęła drzwi coś powiedziała – odparłam. Poszukałam słów w pamięci. – Terra coś tam secretum.
   - Terra to ziemia, a drugiego nie muszę tłumaczyć. Przypomnij sobie, co było w środku?
   - Cerar?
   - Celar, jak już. To chyba fundacja…  Terra celar secretum. Albo… Ziemio ukryj sekret. Czy coś w tym stylu.
   - A jak jest po łacinie „pokaż”?
   - Nie mam zielonego pojęcia. Z łaciny na nasz jeszcze trochę rozumiem, ale na odwrót nie ma szans…
   - To może wrócimy jutro?
   - Dobra. A co z tym? – pokazał ma klucz.
   - Trzeba go gdzieś ukryć, nie wezmę go do domu.
   Zastanawiał się przez chwilę.
   - Daj – powiedział. Uklęknął i wykopał rękoma dziurę w ziemi. Włożył tam klucz i przysypał. – I po sprawie. Miejmy nadzieję, że nikt go nie znajdzie.
   Otrzepał ręce i ruszyliśmy do obozu.
   Leo odprowadził mnie do domku. Przez drogę powrotną prawie wcale nie rozmawialiśmy, ale nie przeszkadzało nam to. Tak w zasadzie to jeszcze nie wiem co do niego czuję. Lubię go. Chociaż to typ człowieka, którego po prostu nie da się nie lubić.
  - Fajnie się z tobą kradnie – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
   - Dzięki – odparłam.
   Jeszcze chwilę staliśmy przy drzwiach. Czekałam, aż odwróci się i odejdzie. Nie ładnie tak zamykać drzwi komuś przed nosem. Ale on nadal stał. W końcu zdołał z siebie wydukać:
   - Wiesz… - podrapał się po głowie. – Wcale nie zmyśliłem tej historyjki z drzwiami.
   Uniosłam jedną brew.
   - Mam Cię zaprosić do środka?
   Zmieszał się.
   - Nie… ja… prześpię się gdzieś w lesie…
   Już chciałam go puścić, ale się rozmyśliłam. Spałam raz sama w lesie. Jest niewygodnie, chodzą po tobie robaki i różne inne stworzenia. Jest zimno, jeszcze się przeziębi, albo dostanie pcheł.
   Otworzyłam drzwi na oścież. Przez chwilę się zastanawiał, czy wejść.
   - Chcesz specjalne zaproszenie?
   Dałam mu koc, który wyciągnęłam z szafy. Kazałam mu wziąć prysznic. Gdy wyszedł z łazienki powiedziałam:
   - Panują tutaj trzy zasady. Po pierwsze: śpisz na kanapie i nie masz nawet prawa myśleć o czymś innym. Po drugie: pod żadnym pozorem mnie nie podrywasz, bo skończy się to bardzo źle. Oczywiście dla ciebie. I po trzecie: nikomu nie powiesz, że tu byłeś.
   - Jak chcesz księżniczko.
   Wyszczerzył zęby, a ja przewróciłam oczami. Patrzył się na mnie z uśmiechem. Jego kędzierzawe włosy były mokre i jeszcze trochę kapały. Opadły mu bezwładnie, zakrywając oczy. Odgarnął je. Stał w samych dżinsach. Klatkę piersiową miał nawet dobrze umięśnioną.
   - Ubierz koszulkę – powiedziałam mimo woli.
   Sama poszłam się wykąpać. Gdy już to zrobiłam, to nie wiedziałam co ubrać. Szczerze mówiąc nie miałam żadnej ładnej piżamy. Posiadałam tylko jedną, która i tak była za mała. Najczęściej spałam w majtkach i jakiejś koszulce, ale czy mam tak do niego wyjść? Chyba nie mam innego wyboru. Ubrałam najdłuższą koszulkę jaką miałam i bokserki. Wysuszyłam włosy i wyszłam z łazienki.
   Leo siedział przy biurku. Miał w ręce jakiś zeszyt. Najpierw nie wiedziałam co to, ale gdy podeszłam bliżej, rozpoznałam go.
   - Zostaw to! – wyrwałam mu mój szkicownik. – Kto pozwolił Ci grzebać w moich rzeczach?!
   - Leżał na wierzchu – bronił się.
   - Mówiąc „na wierzchu” masz na myśli same dno szuflady?
   - Nie wiedziałem, że nie mogę. Tego nie było w zasadach – uśmiechnął się.
   Zacisnęłam zęby.
   - Dobrze. Więc oto czwarta zasada: nie grzeb w moich rzeczach!
   Schowałam z powrotem szkicownik do szuflady.
   - Powinnaś zostać artystką – odparł po chwili, gdy moja złość już trochę opadła. – Pięknie malujesz. Szczególnie ludzi.
   Obserwował mnie z zaciekawieniem. Spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam:
   - Nie powiesz mu.
   - Ja nic przecież nie widziałem – uniósł ręce w geście poddania.
   Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę. Wydaje mi się, że nie zrobiłby mi tego. Już od dawna malowałam Lou. Z każdej strony, z różnymi minami. Znałam jego twarz na pamięć. Tyle razy mu się przyglądałam…
   Moja złość już całkowicie opadła. Nie potrafiłam się na niego gniewać.
   Usiadłam na łóżku i westchnęłam.
   - Powiedz mu, co do niego czujesz.
   - Mówiłam.
   W oczach wezbrały mi się łzy.
   - Jest już późno. Powinnyśmy iść spać.
   Zgasił lampkę i położył się na kanapie, która teraz była nieco bliżej łóżka, niż poprzednio.
   Leżeliśmy chwilę w ciszy. Leo wystawił głowę zza podłokietnika i zapytał:
   - Pogadamy o czymś?
   Odwróciłam się w jego stronę. Włosy miał już suche.
   - A o czym chcesz pogadać?
   - Nie wiem… o wszystkim i o niczym.
   O czym moglibyśmy pogadać? Trudno tak wymyślić temat na poczekaniu. Jeszcze raz spojrzałam mu w oczy. Chyba mogę mu zaufać.

   - Zabiłam swojego ojczyma. Dlatego mam niebieskie oczy.