wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 20

   Ktoś usiadł obok mnie na pomoście. Nie widziałam, kto to, ponieważ wcześniej podciągnęłam kolana, objęłam je rękoma i ukryłam twarz cicho szlochając.
   - Dlaczego płaczesz? – to znów Leo.
   - Bo życie mi na nic innego nie pozwala… - powiedziałam smutnym głosem. Otarłam sobie łzy.
   - Coś się stało?
   - A dlaczego chcesz wiedzieć? Dlaczego wszyscy są tacy upierdliwi i wtykają nos w nie swoje sprawy?
   Smutek przerodził się w lekki gniew. W chwili, gdy chciałabym pobyć sama, w spokoju, przemyśleć wszystko, to przychodzi taki Leon i musisz mu wszystko tłumaczyć.
   - Nie robiłbym tego – odparł spokojnie. – Ale zauważyłem, że jesteśmy do siebie bardzo podobni.
   Spojrzałam na niego. On był Latynosem, a ja Amerykanką. Nie było w nas nic podobnego. Nawet akcent mieliśmy inny, chociaż Leo wychował się w Ameryce. 
   - W jakim sensie?
   - Bo widzisz… - spojrzał w dal. – Wiem, że czujesz się samotnie. Masz przyjaciół, ale widzę, że i tak jesteś jakaś przygnębiona. Ja mam tak samo. Oboje wiele przeszliśmy w życiu… Oboje mamy niebieskie oczy.
   Spojrzałam na niego z przerażeniem.
   - Skąd wiesz?
   Tak bardzo się starałam, żeby nikt nie zauważył…
   - Zgadywałem – odparł patrząc mi w oczy. – Byłem jedynym takim wilkiem w obozie. A gdy wy przyjechaliście, pojawił się drugi. Louis urodził się wilkiem. Oni od małego uczą się jak opanować swoje moce. Zostałaś ty i Sonia. Pomyślałem, że ty.
   - Dlaczego?
   - Cały czas chodzisz przygnębiona. W oczach masz pełno bólu i wyglądasz jakby sumienie cię gryzło.
   Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Spojrzałam w dal tępym wzrokiem i nie myślałam o niczym.
   - Jeśli powiesz mi, dlaczego twoje oczy są niebieskie, to ja powiem Ci dlaczego moje są.
   Nie odzywałam się. Czy mogłabym mu powiedzieć? Czy osądzałby mnie? On też zabił kogoś niewinnego, ale na pewno zrobił to nieumyślnie, a ja… Sama już nie wiem. Nienawidziłam siebie, że to mi się podobało. Gdy patrzałam na Erica przypomniałam sobie wszystkie krzywdy jakie mi wyrządził. I tak się cieszyłam, że to wszystko pójdzie w niepamięć. Że będę wolna. Ale teraz było całkiem odwrotnie. Poczucie winy spętało mnie w swoje łańcuchy, a ja nie miałam się jak uwolnić.
   - Chciałbym zostać twoim przyjacielem – odparł. – Wiem jak trudno jest znaleźć kogoś kto cię zrozumie. Inni nie wiedzą jak to jest – zamyślił się i spojrzał na horyzont. – Nie wiedzą co czujesz, gdy patrzysz na śmierć, którą sam zadałeś…
   Znów pociekły mi łzy. Podciągnęłam nosem.
   - Muszę już iść.
   Wstałam i odeszłam szybkim krokiem.

   Niedziela rozpoczęła się energicznie. Od samego rana rozmawialiśmy o tym co stało się ostatnio. Snuliśmy jakieś domysły. Po południu Aya oznajmiła, że ma przetłumaczony cały tekst. Zaprowadziłam nas do miejsca, w którym była huśtawka, aby nikt nie słyszał o czym rozmawiamy. Usiedliśmy w kółku, Aya wyciągnęła kartkę i zaczęła mówić:
   - Ten gatunek to Lupus Informibus, czyli coś na kształt człowieko-wilka. Są to potomkowie Lykana ble, ble, ble… który był wrogiem matki Lupy. Na początku miały to być lepsze wersje nas – zmarszczyła brwi. – Lykan chciał na siłę udowodnić, że jest lepszy od Lupy. Zawarł pakt z jakimś czarownikiem i wyszło takie szkaradło. Lykan się wściekł. Nawet się nie dziwię. No i chciał zabić wszystkie dzieci, ale kilka z nich uciekło… ble, ble, ble… O, teraz zacytuję: „Są to człekokształtne istoty zrodzone z człowieka i wilka.”
   - Fuj – powiedziała Sonia. – Człowiek z wilkiem? Ble!
   - Mają dużą muskulaturę ciała, są niesamowicie silni i szybcy, ale nie grzeszą inteligencją. Często zawodzą ich zmysły takie jak: wzrok i słuch. Bardzo trudno je zabić. Można to zrobić tylko obcinając głowę, inaczej Lupus Informibus uleczy wszystkie rany i odrodzi się jeszcze silniejszy.
   - Więc ten, którego „zabiliśmy”… – odparł Leo – …jest teraz silniejszy?
   - Na to wygląda.
   - Hmmm… - mruknęłam. – Są głupi, a ich słabość to słuch i węch. Świetnie…
   - To co robimy? -zapytał Colton.
   Wszyscy spojrzeli na mnie.
   - Muszę się zastanowić – powiedziałam.
   Ale ja już wiedziałam co zrobię. Tylko muszę jeszcze ten plan dopracować. I wykonam go sama.
   Wieczorem ubrałam się na czarno. I tak pewnie jakiś wilkołak zauważyłby mnie, ale zawsze jest większe prawdopodobieństwo, że tak się nie stanie. Już chciałam wychodzić, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Z niechęcią otworzyłam.
   - To jaki masz plan? – zapytał z uśmiechem Leo.
   Przewróciłam oczami.
   - Nie mam żadnego planu…
   - To dziwne. Gdy mówiłaś, że musisz się zastanowić, miałaś minę jakbyś już dawno wiedziała. A przez resztę dnia chodziłaś zamyślona, jakbyś dopracowywała szczegóły. No i… jesteś ubrana na czarno. Wychodzisz, a jest już po ciszy nocnej.
   Patrzył na mnie z zadowoleniem.
   - Jak ty…? No jak? – zapytałam ze zdziwieniem.
   - Lubię obserwować ludzi i wyciągać wnioski.
   Westchnęłam. Nie zabiorę go ze sobą.
   - Leo… idź spać.
   - Niestety, ale zatrzasnąłem sobie drzwi i jesteś skazana na mnie – wyszczerzył zęby. – Nie pozbędziesz się mnie.
   Ugh… on naprawdę robi się wkurzający…
   - Dobra… ale trzymaj się z tyłu i o nic nie pytaj. Później Ci wyjaśnię. I… nie przeszkadzaj mi.
   Wyszliśmy z domku i zagłębiliśmy się w las staraliśmy się być jak najciszej. Niestety Leo długo nie wytrzymał.
   - Jak myślisz, co zrobiła Sonia?
   O kurczę. Jeszcze jej o to nie pytałam. Ale mam wrażenie, że patrząc na tego potwora, sprawiła, że czuł ból.
   - Może jej moc się ujawniła? – starałam się mówić jak najciszej. - W końcu już sporo czasu minęło odkąd zostałyśmy zmienione. Dwie pełnie już mamy za sobą.
   - Może - odparł. – Ale to i tak bardzo szybko.
   Dalej szliśmy w ciszy. Leo jeszcze męczył mnie o mój plan, więc w końcu uległam i wytłumaczyłam na czym polega. Doszliśmy do budynku nauczycieli.
   - Które to okno? – spytał.
   - To – wskazałam na jedno ze środkowych.
   - Może jednak ja pójdę?
   - Nie ma mowy. Chodzisz jak słoń.
   Podeszłam do danego okna. Wejrzałam do środka. Nikogo nie było. Niestety klucza też nie mogłam dostrzec. Zauważyłam, że zasuwka na starym oknie jest lekko wysunięta. Skorzystałam z okazji i mocno pchnęłam je. Zasuwka odskoczyła i okno otworzyło się.
   - Stój na czatach – powiedziałam i wsunęłam się do środka.
   Było tam dosyć ciemno, ale byłam wstanie dostrzec półkę na książki, łóżko i inne meble. Najpierw spojrzałam w miejsce, gdzie ostatnio go widziałam. Nic. No dobra, będę musiała poszukać. Hmm… Gdybym chciała schować ogromny klucz, to gdzie bym go schowała? W biurku? Ruszyłam w jego stronę. Gdy zrobiłam trzeci krok, podłoga zatrzeszczała. Zatrzymałam się. Przełożyłam ciężar ciała na drugą nogę i z powrotem. Znów zatrzeszczała. Schyliłam się. Tak, jedna deska była luźna, czy to przypadek? Spróbowałam ją wyciągnąć i udało się. Włożyłam rękę do dziury i zaczęłam szukać. Dotknęłam zimnego metalu, chwyciłam go w rękę i wyciągnęłam. Bingo. Ułożyłam deskę z powrotem na miejsce i wyślizgnęłam się z pokoju. Przymknęłam okno i odetchnęłam z ulgą.
   - Masz?
   - Tak – odpowiedziałam i pokazałam Leonowi klucz.
   - Łał. On jest naprawdę duży.
   Potem z powrotem ruszyliśmy w las.
   - A ty w ogóle wiesz, gdzie jest to miejsce? – spytał Leo po jakimś czasie.
   - No właśnie… w tym rzecz, że nie wiem… Ale to było gdzieś blisko granicy. Na pewno znajdziemy…
   Błąkaliśmy się dobra parę godzin po lesie. Szliśmy wzdłuż granicy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało.
   Doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Szukaliśmy tego miejsca już dosyć długo i nogi zaczęły nas boleć. Już chcieliśmy wracać, ale Leo coś zauważył. Poszłam za nim i zobaczyłam ten sam krater co wtedy.
    Zeszliśmy na sam dół i stanęliśmy przy ziemistej ścianie. Miej więcej zapamiętałam, gdzie była dziurka od klucza i w tym miejscu zaczęłam skrobać ziemię palcami. Na początku ziemia była miękka i spadała łatwo, jednak potem stała się coraz twardsza i w końcu ani ja, ani Leo nie byliśmy w stanie jej usunąć.
   - Charlotte, zanim zamknęła drzwi coś powiedziała – odparłam. Poszukałam słów w pamięci. – Terra coś tam secretum.
   - Terra to ziemia, a drugiego nie muszę tłumaczyć. Przypomnij sobie, co było w środku?
   - Cerar?
   - Celar, jak już. To chyba fundacja…  Terra celar secretum. Albo… Ziemio ukryj sekret. Czy coś w tym stylu.
   - A jak jest po łacinie „pokaż”?
   - Nie mam zielonego pojęcia. Z łaciny na nasz jeszcze trochę rozumiem, ale na odwrót nie ma szans…
   - To może wrócimy jutro?
   - Dobra. A co z tym? – pokazał ma klucz.
   - Trzeba go gdzieś ukryć, nie wezmę go do domu.
   Zastanawiał się przez chwilę.
   - Daj – powiedział. Uklęknął i wykopał rękoma dziurę w ziemi. Włożył tam klucz i przysypał. – I po sprawie. Miejmy nadzieję, że nikt go nie znajdzie.
   Otrzepał ręce i ruszyliśmy do obozu.
   Leo odprowadził mnie do domku. Przez drogę powrotną prawie wcale nie rozmawialiśmy, ale nie przeszkadzało nam to. Tak w zasadzie to jeszcze nie wiem co do niego czuję. Lubię go. Chociaż to typ człowieka, którego po prostu nie da się nie lubić.
  - Fajnie się z tobą kradnie – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
   - Dzięki – odparłam.
   Jeszcze chwilę staliśmy przy drzwiach. Czekałam, aż odwróci się i odejdzie. Nie ładnie tak zamykać drzwi komuś przed nosem. Ale on nadal stał. W końcu zdołał z siebie wydukać:
   - Wiesz… - podrapał się po głowie. – Wcale nie zmyśliłem tej historyjki z drzwiami.
   Uniosłam jedną brew.
   - Mam Cię zaprosić do środka?
   Zmieszał się.
   - Nie… ja… prześpię się gdzieś w lesie…
   Już chciałam go puścić, ale się rozmyśliłam. Spałam raz sama w lesie. Jest niewygodnie, chodzą po tobie robaki i różne inne stworzenia. Jest zimno, jeszcze się przeziębi, albo dostanie pcheł.
   Otworzyłam drzwi na oścież. Przez chwilę się zastanawiał, czy wejść.
   - Chcesz specjalne zaproszenie?
   Dałam mu koc, który wyciągnęłam z szafy. Kazałam mu wziąć prysznic. Gdy wyszedł z łazienki powiedziałam:
   - Panują tutaj trzy zasady. Po pierwsze: śpisz na kanapie i nie masz nawet prawa myśleć o czymś innym. Po drugie: pod żadnym pozorem mnie nie podrywasz, bo skończy się to bardzo źle. Oczywiście dla ciebie. I po trzecie: nikomu nie powiesz, że tu byłeś.
   - Jak chcesz księżniczko.
   Wyszczerzył zęby, a ja przewróciłam oczami. Patrzył się na mnie z uśmiechem. Jego kędzierzawe włosy były mokre i jeszcze trochę kapały. Opadły mu bezwładnie, zakrywając oczy. Odgarnął je. Stał w samych dżinsach. Klatkę piersiową miał nawet dobrze umięśnioną.
   - Ubierz koszulkę – powiedziałam mimo woli.
   Sama poszłam się wykąpać. Gdy już to zrobiłam, to nie wiedziałam co ubrać. Szczerze mówiąc nie miałam żadnej ładnej piżamy. Posiadałam tylko jedną, która i tak była za mała. Najczęściej spałam w majtkach i jakiejś koszulce, ale czy mam tak do niego wyjść? Chyba nie mam innego wyboru. Ubrałam najdłuższą koszulkę jaką miałam i bokserki. Wysuszyłam włosy i wyszłam z łazienki.
   Leo siedział przy biurku. Miał w ręce jakiś zeszyt. Najpierw nie wiedziałam co to, ale gdy podeszłam bliżej, rozpoznałam go.
   - Zostaw to! – wyrwałam mu mój szkicownik. – Kto pozwolił Ci grzebać w moich rzeczach?!
   - Leżał na wierzchu – bronił się.
   - Mówiąc „na wierzchu” masz na myśli same dno szuflady?
   - Nie wiedziałem, że nie mogę. Tego nie było w zasadach – uśmiechnął się.
   Zacisnęłam zęby.
   - Dobrze. Więc oto czwarta zasada: nie grzeb w moich rzeczach!
   Schowałam z powrotem szkicownik do szuflady.
   - Powinnaś zostać artystką – odparł po chwili, gdy moja złość już trochę opadła. – Pięknie malujesz. Szczególnie ludzi.
   Obserwował mnie z zaciekawieniem. Spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam najspokojniej jak potrafiłam:
   - Nie powiesz mu.
   - Ja nic przecież nie widziałem – uniósł ręce w geście poddania.
   Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę. Wydaje mi się, że nie zrobiłby mi tego. Już od dawna malowałam Lou. Z każdej strony, z różnymi minami. Znałam jego twarz na pamięć. Tyle razy mu się przyglądałam…
   Moja złość już całkowicie opadła. Nie potrafiłam się na niego gniewać.
   Usiadłam na łóżku i westchnęłam.
   - Powiedz mu, co do niego czujesz.
   - Mówiłam.
   W oczach wezbrały mi się łzy.
   - Jest już późno. Powinnyśmy iść spać.
   Zgasił lampkę i położył się na kanapie, która teraz była nieco bliżej łóżka, niż poprzednio.
   Leżeliśmy chwilę w ciszy. Leo wystawił głowę zza podłokietnika i zapytał:
   - Pogadamy o czymś?
   Odwróciłam się w jego stronę. Włosy miał już suche.
   - A o czym chcesz pogadać?
   - Nie wiem… o wszystkim i o niczym.
   O czym moglibyśmy pogadać? Trudno tak wymyślić temat na poczekaniu. Jeszcze raz spojrzałam mu w oczy. Chyba mogę mu zaufać.

   - Zabiłam swojego ojczyma. Dlatego mam niebieskie oczy.


3 komentarze:

  1. Świetne ! Czy ten Leo jest sobowtórem z Obozu Herosów ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam taki zamiar. Niedługo założę jeszcze bloga, który będzie dotyczył PJ i OH. Mam już nawet wymyśloną historię. To moje ulubione książki EVER.

      Usuń