wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 22

  - Musimy jakoś zareagować – powiedział Leo. – Pan Moore nie może sobie tak po prostu chodzić, musimy go zdemaskować. Tylko kiedy i jak?
   Nadal leżeliśmy w łóżkach. Usiadłam i oparłam się o ścianę. Trochę się krępowałam siedzieć przy nim w samych majtkach i koszulce, ale raz się żyje. Leo zrobił to samo. Jego kędzierzawe włosy jeszcze bardziej mu sterczały. Gdy spał, wyglądał jak potulny aniołek, a teraz niczym zaczepny diabełek.
   - I w ogóle czy powiemy innym co chcemy zrobić? Nie ufam Coltonowi – odparłam.
   Pokiwał lekko głową.
   Tak w zasadzie to nie wiedzieliśmy czy te potwory miały jakikolwiek związek z naszym dyrektorem. To były tylko nasze domysły. Ale byłam pewna, że to on maczał w tym palce.
   Wzięłam do ręki naszyjnik. Zapatrzyłam się w niego i przejechałam po nim palcem. Otworzyłam.
   Załóż go.
   Zrobiłam jak kazał. Wciągnęłam szybko powietrze pod naporem wspomnień. Znalazłam się w jakimś starym biurze. Na jego środku stało staromodne, ręcznie rzeźbione biurko, a przy ścianach stały takie same meble. Ściany były o kolorze kawy z mlekiem. Nie było tu żadnych roślin. W powietrzu emanowała władza i pewność siebie. Za biurkiem siedział pan Moore.
   Nagle rozległo się ciche pukanie. Charlotte ubrana w siedemnastowieczną suknię dziarskim krokiem weszła do pokoju. Zamknęła za sobą drzwi.
   - Kochanie – powiedziała – nasze badania pną się do góry. Mamy tylko jeden mały problem.
   Arthur słuchał z zaciekawieniem.
   - Otóż pewna młoda, niewinna uczennica zagraża naszym badaniom. Wygląda na to, że włamała się do… do ośrodka. Opowiada o tym co widziała.
   Mężczyzna zmarszczył brwi.
   - Skąd to wiesz?
   - Dzieciaki się buntują. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zdusić każdy plon, który zasiała ta… dziewczyna - za każdym razem próbowała powstrzymywać się, aby nie powiedzieć czegoś obraźliwego. – Pozwól mi zająć się tą sprawą.
   Wizja zmieniła się.
   Młoda dziewczyna – Elizabeth - szła sama przez las w długiej do ziemi czarnej pelerynie. Wyglądała trochę jak czerwony kapturek.
   Nagle zatrzymała się. Spojrzałam się tam gdzie ona. U jej stóp kłębiła się mgła. Tylko, że to nie była mgła. To był czarny dym. Dokładnie taki, w jaki potrafi zamieniać się Louis. Dym ukształtował się w ludzką postać i zanim Elizabeth zdążyła zareagować, zmaterializowała się ręka i złapała ją za szyję. Ale to nie była ręka Lou. Ta była kobieca i miała paznokcie pomalowane na czerwono. Elizabeth nie mogła się ruszyć. Ręka puściła ją, ale dziewczyna nadal stała w bezruchu. Mogła poruszać tylko gałkami ocznymi, w których malowało się przerażenie. Potem zmaterializowała się cała postać Charlotte. Uśmiechała się szyderczo, jej krwiste oczy wpatrywały się w Elizabeth.
   - Jesteś o wiele bardziej potulna, gdy nie możesz panować nad czasem – odparła.
   Scena znów się zmieniła.
    Znajdowałyśmy się teraz w małym, białym pomieszczeniu.  Na samym środku stało wielkie łóżko operacyjne, na którym leżała nieprzytomna Elizabeth w tych samych szmatach, w których wcześniej była ta dziewczyna, która zginęła z rąk Charlotte. Sama Charlotte stała przy małym wózku z narzędziami potrzebnymi do operacji. Elizabeth ocknęła się i zaczęła się szarpać na łóżku.
   - Co jest…? – krzyknęła. – Nie mogę…
   - Widzisz, moja droga – przerwała jej Charlotte – moja moc tymczasowo sparaliżowała twoją. Ale nie na długo – wzięła do ręki skalpel i uniosła jedną brew. – Zamierzam Ci ją odebrać na zawsze. Władanie czasem jest zbyt niebezpieczne, kochaniutka. Ale nie bój się, nie umrzesz na tym stole – podeszła do łóżka ze skalpelem w ręku. – Mogłabym zamienić Cię w jednego z nich, tak jak robiliśmy ze wszystkimi, ale masz za mocną wolę, trwałoby to za długo. Mam dla ciebie zaplanowane coś innego – rozcięła skalpelem prowizoryczną bluzkę Elizabeth ujawniając jej nagie ciało. Dziewczyna oczywiście szarpała się i krzyczała, ale nic to nie dało, ponieważ była przywiązana do łóżka grubymi pasami. – Odbiorę Ci moc za zawsze. Nasze moce kryją się w naszych sercach, Elizabeth. Wystarczy, że naruszę ten jeden mały przyrząd, który znajduje się w sercu i już będzie po wszystkim. Potem rzucę Cię moim wilczkom na pożarcie.
    Sceneria znów się zmieniła.
    Elizabeth stała przy drzwiach. Miała na sobie białą halkę, która przesiąkła krwią dwóch potworów, które leżały zabite u jej stóp. Wszystkie pomieszczenia tutaj były podobne. Dziewczyna grzebała zakrwawionym pazurem w zamku. Gdy usłyszałam kliknięcie, Elizabeth wydała cichy okrzyk szczęścia i wyszła z pokoju.
   Następnym miejscem, w którym się znalazłam był obóz. Ale tutaj wszystko było inne. Nie miałam czasu, aby dokładniej się przyjrzeć, ale układ budowli był nawet inny.
   Panował półmrok. Wszędzie słychać było krzyki i warknięcia. Na całym terenie obozu wrzała bitwa. Obozowicze walczyli z potworami. Siły były zrównoważone. W tłumie pełnym wrzasków i lejącej się krwi dostrzegłam Elizabeth. Była cała zmizerniała i wychudzona. Miała podkrążone oczy, ale walczyła dzielnie. Posługiwała się omnes, który co chwilę zamieniał się w inną broń: raz miała w rękach miecz, innym razem włócznię, a potem sztylet. Szła jak huragan, cały czas pędząc do przodu. W końcu dotarła do swojego celu: do Charlotte. Walczyły przez chwilę unikając swoich ciosów. W końcu Elizabeth zwinnie wbiła pazury w brzuch blondynki.
   - To za to, że odebrałaś mi moc – odparła brunetka. – Za to, że zabiłaś Ruby i Toma – wbiła pazury głębiej, a blondyna stęknęła i zrobiła się purpurowa. – Za to, że zamieniłaś go w potwora.
   Blondynce oczy zamieniły się na czerwone.
   - Mocno walczył, ale i tak go złamałam – uśmiechnęła się blado. – I tak przegracie.
   Wyczytałam z twarzy Elizabeth, że Charlotte się nie myli.
   - Ale przynajmniej ty umrzesz – Eliza wycedziła przez zęby.
   - Tak, ale ty ze mną – krzyknęła Charlotte, zamachnęła się słabą ręką, ale i tak poderżnęła gardło Elizabeth swoimi pazurami.
   Po tym zdarzeniu obozowicze zaczęli przegrywać. Eric, widząc swoją zmarłą żonę dostał szału i sam zaczął zabijać uczniów. Po krótkim czasie, na polu waliki znajdował się tylko on i kupa martwych obozowiczów jak i potworów.
   - Bryn!
   - Co?! – krzyknęłam i automatycznie usiadłam.
   Poczułam mocny ból w czole. Złapałam się za nie i powoli otworzyłam oczy. Siedziałam w łóżku, przykryta kołdrą. Zdjęłam naszyjnik. Obok łóżka leżał Leo trzymając się ręką za czoło. Spojrzałam na niego zdezorientowana.
   - Nie przejmuj się. Boli tylko trochę.
   Zdałam sobie sprawę, że gdy siadałam, musiałam mu przyłożyć z główki, co oznaczało, że się nade mną pochylał. Trochę się speszyłam, bo przypomniało mi się jak innemu chłopakowi przyłożyłam sierpowym i on również spadł z łóżka. A potem go pocałowałam…
   Wyrzuciłam te myśli z głowy.
   Opowiedziałam wszystko Leonowi. Opracowaliśmy plan, jak dostać się do tego „ośrodka”. Stwierdziliśmy, że najlepiej zrobić to w bal maskowy, który miał się odbyć za kilka dni. Będzie zamieszanie i nikt się nie skapnie, że znikniemy. A potem nastąpi wojna.
   Przez cały dzień nie ruszaliśmy się z pokoju. Opracowywaliśmy szczegóły planu i wygłupialiśmy się. Tak dobrze czułam się w jego towarzystwie. Mogliśmy robić wszystko, nawet biliśmy się na poduchy. Mimo sytuacji, która panowała wokół, Leo był wesoły i co chwilę rzucał jakimiś żartami. Przy nim mogłam oderwać się od rzeczywistości i przestać myśleć o tym co nas czeka.
   Pod wieczór zrobiliśmy się zmęczeni. Przeszliśmy na bardziej poważne tematy. W pewnej chwili Leo poprosił mnie, abym go narysowała. Wzięłam więc kartkę i ołówek i zaczęłam szkicować. Usiadłam na podłodze, opierając się o łóżko. Leo zrobił to samo z drugiej strony. Na jego twarz wlazł szelmowski uśmieszek. Przez chwilę rysowałam w ciszy. W końcu spytałam:
   - Dlaczego macie dwuosobowy pokój? Myślałam, że każdy ma oddzielnie, tak mówiła Aya.
   - Nasz to jest wyjątek. Mam pewien układ z Neemą. – odparł.
   - Jaki?
   - Bo widzisz… formalnie to on ma swój pokój. Przenieśliśmy po prostu jego łóżko do tego pokoju.
   - Dlaczego?
   Mimo wolnie pomyślałam, że może być gejem.
   - No bo… - westchnął - …ja boję się spać sam w pokoju. Nie chodzi tu o ciemność, po prostu… ja boję się, że kiedyś zostanę sam. Że kiedyś obudzę się sam na całej planecie, że będę samotnie chodził i szukał kogoś, kogo i tak nie znajdę. Że nie będzie przy mnie nikogo, kto mógłby mi pomóc uporać się z przeszłością. Kiedy jestem sam, to do mnie powraca. Czuję się, jakbym każdej nocy zabijał swoją rodzinę… - zasępił się.
   - Też boję się samotności – odparłam, a on spojrzał mi w oczy.
   - Gdy dzielę pokój z Neemą, to jakby odlatuje. Myślę wtedy o innych rzeczach.
   Całe szczęście, że nie był gejem… Nawet nie wiem dlaczego tak pomyślałam. Przecież to niczego by nie zmieniło między nami. Nie mam nic do homoseksualistów.
   - Jeszcze jedno mnie zastanawia – odparłam i nawet lekko się uśmiechnęłam. – Skoro masz pokój z Neemą, to nie mogłeś po prostu wczoraj tutaj przyjść i zapukać do drzwi? Przecież by Ci otworzył. A może ty wcale nie zgubiłeś tych kluczy, co?
   Uśmiechnął się.
   - Pokaż co tam nabazgrałaś - Zaczął się przysuwać w moją stronę.
   - Jeszcze nie skończyłam! – przytknęłam pracę do piersi.
   Usiadł obok mnie.
   - No pokaż – chciał mi wyciągnąć pracę, więc ją schowałam za plecy.
   - Jeszcze nie skończyłam.
   - No weź…
   Chciał wyjąc mi kartkę zza pleców, ale ją odsunęłam, więc spróbować z drugiej strony. Teraz pochylał się nade mną i można by powiedzieć, że mnie obejmował, bo próbował wyciągnąć mi kartkę z dwóch stron na raz. Spojrzałam w jego sarnie oczęta. Zrobiło mi się gorąco.
   - Twoje serce bije jak szalone – odparł.
   - Twoje też – odpowiedziałam.
   To była prawda. Myślałam, że moje zaraz wyskoczy z klatki piersiowej. Jego serce równie mocno biło jak moje.
   Uśmiechnął się lekko i wtedy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Leo odsunął się ode mnie.
   - Schowaj się – szepnął. – To może być ktoś z nauczycieli.
   Posłusznie wlazłam szybko do szafy i usiadłam na jej dnie. Przez szpary zobaczyłam jak Leo ogarnia trochę pokój. Rozległo się drugie pukanie. Tym razem podszedł do drzwi i otworzył.
   - Hej… - usłyszałam głos Louisa. – Przyszedłem do ciebie po radę.
   Leo podrapał się po głowie.
   - No dobra, wejdź… - otworzył drzwi na szerz i spojrzał w moim kierunku.
   Louis usiadł na łóżku Neemy.
   - Dlaczego są tu dwa łóżka? – spytał.
   - To dłuższa historia – odparł Leo. – O co chciałeś się poradzić?
   - No bo widzisz… niedługo jest bal i tak sobie pomyślałem, że… hmm… czy Aya mówiła Ci coś o mnie?
   Jak to usłyszałam to poczułam gorącą potrzebę, aby wyjść z tej szafy i wykopać go za drzwi. Jeśli kiedykolwiek spotkam Kupidyna to wsadzę mu te jego zasrane strzały prosto w dupę. Dlaczego wszystko musi być takie skomplikowane?
   - Mi? – spytał Leo.
   - Tak, no przecież przyjaźnicie się. Albo czy ma może parę na bal?
   Leo znów podrapał się po czuprynie i spojrzał w moją stronę.
   - Chyba nie…
   Dobrze wiedział, że jestem zakochana w Lou i jak przykro musi mi być.
   - Dzięki. A ty z kim idziesz?
   - Jeszcze nie wiem…
   - No dobra, to ja będę się zbierał – wstał z łóżka.
   Czekałam aż wyjdzie, ale on zmarszczył brwi.
   - Skąd to masz? – spytał Lou. – To jest wisiorek Bryn.
   Podniósł go z szafki nocnej.
   - Ona… - zaciął się Leo - …dała mi go na przechowanie.
   Louis pokiwał lekko głową ściskając wisior.
   - Nie było jej dzisiaj na zajęciach. Zresztą ciebie też. Wiesz może gdzie jest? Byłem u niej, ale nikogo nie zastałem.
   - Wiem, gdzie jest. Ale nie sądzę, aby chciała kogokolwiek widzieć…
   Louis spojrzał na Leona.
   - Martwię się o nią – z powrotem usiadł na łóżku.
   Boże, niech już on idzie. Z każdą chwilą rosną szanse, że odkryje, że siedzę w szafie. Chociaż z drugiej strony chciałabym wiedzieć, co o mnie powie.
   - W jakim sensie?
   - No bo ona jest ostatnio taka… nieobecna. Nie chce ze mną rozmawiać – spuścił głowę. – Powiedziała Ci dlaczego?
   - Ta.
   - Wiesz… ja chyba jednak coś do niej czuję…
   Prawie zakrztusiłam się własną śliną. To on cały czas mnie odpychał i nagle się rozmyślił? Co to jest za człowiek?!
   Leo zrobił wielkie oczy i spojrzał na szafę, w której siedziałam, a potem powrotem na Lou.
   - A więc… podoba Ci się Bryn, ale umawiasz się z Ayą? Świetne zagranie – zakpił Leo.
   - Nie, bo… Ayę też lubię. Tylko nie wiem, którą bardziej…
   - Chyba Ci padło na mózg, chłopie. Wiesz, że ranisz obydwie? Zdecyduj się.
   Louis schował twarz w dłonie i westchnął.
   - Gdyby to było takie proste… - siedział przez chwilę w ciszy. - No dobra, zbieram się – wstał i wyszedł.
   Faceci są z pewnością bardziej skomplikowani niż dziewczyny. Co on sobie myśli? Że będę na niego czekać? Że będę patrzeć jak flirtuje z Ayą, a potem przyjmę go z otwartymi ramionami? On coś do mnie czuje? Nie wydaje mi się. Jakby coś do mnie czuł, to nie odrzuciłby mnie, prawda?
   - Bryn?
   Leo stał przy otwartej szafie i patrzył jak siedzę skulona na jej dnie.
   - Co?
   - Nie powinnaś się cieszyć? To chyba dobrze, że coś do ciebie czuje, prawda?
   Nie mogłam nic odczytać z jego twarzy. Był zawiedziony? A może po prostu mu to zwisało? Sama nie wiem.
   - Zdążymy jeszcze na kolację?
   - Chyba zdążymy – pomógł mi wstać.